środa, 29 marca 2017

Szwajcarskie zakupy okiem klienta

W dzisiejszym poście przygotowałam dla Was garść informacji związanych z zakupami, widzianymi okiem klienta. Jest to zbiór moich osobistych przemyśleń na ten temat, które są oczywiście spowodowane wieloma czynnikami, w tym regionem, jaki zamieszkuję, czy sklepami, w których często robię zakupy. Chciałabym poruszyć dziś 6 różnych kwestii, które nasuwają się już podczas pierwszych zakupów w Szwajcarii. W pewnym stopniu można nazwać je także różnicami pomiędzy Polską, a krajem zegarków i czekolady.

Zapraszam na przegląd ciekawostek ze Szwajcarii związanych z zakupami!

Różnorodność to podstawa?

W ciągu całego mojego pobytu w Szwajcarii nasunęło mi się wiele wniosków i obserwując sytuację na rynku mogę wysnuć teorię, że o wiele większa część społeczeństwa nie gotuje samodzielnie. W każdym supermarkecie istnieje ogrom gotowców, produktów do odgrzania, półproduktów. Asortyment produktów, które można wykorzystać do stworzenia potraw „od zera” jest bardzo niewielka i nieróżnorodna. Za przykład niech posłuży moja reakcja, która zwróciła uwagę wszystkich dookoła, gdy zobaczyłam, że w ofercie marketu, w którym robię cotygodniowe zakupy pojawiły się na stałe surowe buraki. Prawie skakałam z radości! Gdyby pojawiły się jeszcze ogórki, które nadawałyby się do kiszenia, czułabym się jak w domu. 



Kolejnym przykładem, tym razem totalnego lenistwa są ugotowane jajka czy obrane i ugotowane ziemniaki w folii, które kupić można w ilości 5-6 szt za cenę 2,5-kg opakowania. Mimo wysokiej ceny ten produkt jest nadal często kupowany, a przecież ugotowanie ziemniaków nie jest wcale trudne. Po kilku latach robienia zakupów w jednym miejscu powoli łapię się na tym, że nie mam już co kupować. Kolejnym przykładem z mojego życia jest kupno mięsa. Ciężko jest w mojej okolicy dostać mięso, którym nie byłby kurczak, indyk, mięso mielone, czy karkówka (od dawna poluję na golonkę, która miałaby większą średnicę niż 3 cm), ale już 10 półek z przeróżnymi, zapanierowanymi kotletami wraz z gotowym makaronem (danie typowo do mikrofali) lub gotowym spaghetti znajdę bez problemu.



Okazja czyni złodzieja?

Odwiedzając polskie sklepy, często już po wejściu czuję się jak złodziej. Kilka razy zdarzyła mi się nieprzyjemna sytuacja, w której bez powodu pikały bramki antykradzieżowe – często już w momencie wejścia do sklepu – czy gruboskórny ochroniarz chodził za mną krok w krok, patrząc czy aby przypadkiem żaden produkt nie ląduje w mojej torebce. W Szwajcarii sytuacja jest bardzo odmienna. Tu nikt na wstępie nie zakłada, że jesteś złodziejem. Po pierwsze wspomniane bramki występują dość rzadko i nawet jeśli zaczynają pikać, często jest to ignorowane. Gdy kiedyś taka bramka zapikała podczas mojego wyjścia z supermarketu, pani spytała mnie tylko, czy mam na sobie rzecz z C&A. Odpowiedziałam, że tak, ponieważ faktycznie miałam stamtąd bluzkę. Pracownica mogłaby oczywiście prześwietlić mój koszyk, który wypchany był po brzegi, kazać mi przechodzić ponownie przez bramki, prosić o pokazanie wnętrza torebki, ale powiedziała tylko: „Wszystko jasne. Miłego dnia!”. Zaufanie czuć na każdym kroku.



Za inny przykład może posłużyć centrum handlowe, które znajduje się w moim mieście. Są w nim cztery większe supermarkety spożywcze i większość osób nie ogranicza się do zrobienia całościowych zakupów tylko w jednym z nich. W praktyce wygląda to w ten sposób, że klienci biorą duży wózek zakupowy i idą najpierw do jednego, potem do drugiego i jeszcze pięciu innych sklepów z każdego wynosząc minimum jedną torbę z zakupami. Nigdy nie spotkałam się z żadnym problemem, że nie mogę wejść do jakiegoś sklepu z wypełnionym po brzegi wózkiem z towarami z innego sklepu. W Polsce jest już problem z wejściem do Tesco z reklamówką z Biedronki... Sklepy w Szwajcarii nie posiadają również ochroniarzy i zawsze śmieszy mnie wejście do polskiego sklepiku o wymiarach 10 x 10, gdzie Security jest wymagana. 



Klient staje się kasjerem

Pozostając jeszcze chwilę przy temacie zaufania w stosunku do klienta, pamiętam reakcje Polaków na pojawienie się kas samoobsługowych i nie wyobrażam sobie (na dzień dzisiejszy) wprowadzenia takiego systemu, który w Szwajcarii staje się coraz powszechniejszy. Większość supermarketów wprowadziła systemy oparte na zasadzie Self-Scanning. Polega to na tym, że przy wejściu do marketu znajduje się ścianka z urządzeniami do skanowania. Po zeskanowaniu karty klienta można wziąć jedno z urządzeń, po czym robiąc zakupy, skanować każdy produkt przy jego jednoczesnym pakowaniu. Po zakończeniu zakupów wystarczy odłożyć urządzenie w wyznaczone miejsce, podejść do kasy i ponownie zaskanować kartę klienta, na której znajduje się już paragon i kwota, którą należy uiścić. Podczas całego pobytu w sklepie można nawet przez moment nie mieć kontaktu z pracownikiem i nikt nie myśli nawet o tym, by nie zeskanować połowy produktów, będących w koszyku (co pewnie miałoby nagminnie miejsce w Polsce...). Jest to bardzo praktyczne rozwiązanie, ponieważ na bieżąco można śledzić wysokość rachunku, jak i kontrolować cenę konkretnej rzeczy, dlatego też przy kasie nie okaże się nagle, że musimy za coś zapłacić więcej.



Łatwy dostęp do zagranicznych produktów

Kuchnie zagraniczne występują w wielu supermarketach i nie muszą to być ogromne megastore. Nawet w moim osiedlowym sklepie (wielkości polskiego Lewiatana) znajdę kilka półek z takimi produktami. Jakie kuchnie można spotkać najczęściej? Nikogo nie zdziwi obecność produktów bałkańskich, azjatyckich czy meksykańskich. Licznie występującymi sklepami wolnostojącymi są sklepy z cyklu: U Turka, U Bułgara itp.


Kartony na półkach 

Polskie markety wyglądają dla mnie w porównaniu ze szwajcarskimi tak jakoś … niechlujnie. Wpływ ma na to głównie sposób wypakowywania produktów. Zauważyłam w Polsce tendencję do układania na półkach całych kartonów z towarami. Kończy się to w ten sposób, że na sklepowych regałach zalega więcej pustych kartonów niż produktów. Tutaj każdy produkt jest wypakowywany na półkę i ustawiany według konkretnego schematu (sklepy mają powiedziane, że ten produkt musi być ułożony w dwóch rzędach, a inny w 10) i nie ważne, czy są to chipsy czy sosy w proszku, do ich ułożenia nie zostaną użyte kartony. Nawet, gdy konkretny produkt zostanie wykupiony, o wiele estetyczniej wygląda luka na półce niż pusty karton.



Mieszkasz w Szwajcarii? Zbieraj punkty!

Sam system kart lojalnościowych jest w Szwajcarii bardzo rozbudowany i działa na korzystnych zasadach. Karty nie tylko umożliwiają korzystanie z wcześniej opisywanego Self-Scanningu, ale także zapisują na koncie punkty, dzięki którym zakupy stają się przyjemniejsze. Co jakiś czas są one wymieniane na gotówkę, którą otrzymujemy w postaci bonów do wykorzystania w tym sklepie. Jeden z mocarzy wśród supermarketów – Coop – ma również ofertę płacenia punktami za poszczególne produkty czy np. doładowania do telefonu. Posiadając kartę lojalnościową supermarketu, mamy również dostęp do kuponów rabatowych. Na stronie internetowej można zalogować się na swoje konto, gdzie przetrzymywane są paragony z zakupów, mamy wgląd do ilości zebranych punktów, czy też proponowane są nam produkty, na które powinniśmy zwrócić uwagę przy następnych zakupach (według tego, co kupujemy najczęściej).



Co sądzicie o takich zakupach? Czy znaliście wcześniej taki system zakupowy? A może któryś z opisywanych punktów jest dla Was totalnym absurdem?

poniedziałek, 27 marca 2017

Leksykon kosmetyczny - John Frieda

O marce

Marka specjalizująca się w produktach do pielęgnacji włosów stworzona została w 1976 r. przez Johna Friedę. Jego głównym założeniem było indywidualne podejście do każdego rodzaju włosów i stworzenie produktów, które dadzą kobiecie jeszcze większą pewność siebie. Chęć stworzenia innowacyjnych produktów, które rozwiązałyby problemy kobiet doprowadziła do otwarcia pierwszego sklepu JF w Londynie. Marka w krótkim czasie osiągnęła duży sukces. Sieć sklepów zaczynała się powiększać, a salony JF odwiedzało coraz więcej klientek, w tym także wiele znanych osobistości.



 Dostępność

Produkty Johna Friedy są łatwo dostępnymi kosmetykami. W Szwajcarii znaleźć można całą paletę produktów w sieciach Manor, Globus, Jelmoli czy zwykłym supermarkecie Coop. Drogeria Müller również ma w ofercie tę markę.

Strona internetowa

Marka John Frieda posiada jedną stronę internetową dla wszystkich krajów niemieckojęzycznych, którą znaleźć można pod adresem www.johnfrieda.de Sam design strony jest prosty, ale jednocześnie ma w sobie to coś. Strona internetowa nie zawiera przesytu informacji: całość uszeregowana jest w górnych zakładkach. W tym miejscu znaleźć można cały przekrój produktów, które podzielone są na 6 serii. Każdy kosmetyk posiada własny opis, z którego dowiedzieć można się, jak działa, w jaki sposób należy go używać i jaki jest jego skład. Na stronie skorzystać można z opcji znalezienia właściwego dla naszych włosów produktu. Za pomocą strony internetowej można przekazać swoją opinię na temat produktów JF, a także zapisać się do newslettera. Ciekawą zakładką jest „Magazin”, w której znajduje się mnóstwo artykułów, porad i wywiadów ze znanymi ludźmi. 




Produkty


Tak jak wspominałam, w ofercie marki John Frieda znajduje się 6 serii produktów, przeznaczonych do różnych potrzeb kobiecych włosów. Gama produktów do włosów blond nosi nazwę Sheer Blonde, z kolei dla brunetek najlepiej nadaje się Brilliant Brunette. Obie wersje stworzone zostały w ten sposób, by pogłębiać naturalny kolor oraz nadawać włosom słonecznych refleksów. Frizz Ease to seria produktów głęboko odżywiających włosy, które mają działać cuda. Do ich głównych zadań należy: wygładzenie, odbudowa i zmiękczenie puszących się włosów. Z produktami o nazwie Luxurious Volume można nadać swym włosom więcej objętości. Nowymi seriami są: Root Blur, która zawiera produkty, które pomagają w zatuszowaniu odrostów: kosmetyk w formie pudru nakłada się na odrost za pomocą pędzla oraz Beach Blonde, w skład której wchodzą: szampon, odżywka i lakier, a ich główną cechą jest obecność wody morskiej w składzie.


Cena

W Szwajcarii ceny produktów John Frieda wahają się niezależnie od rodzaju kosmetyku pomiędzy 10 – 15 fr.

Pierwsze wrażenie


Do tej pory miałam możliwość używania przedstawionych na zdjęciach produktów: szamponu i odżywki Brilliant Brunette, szamponu Frizz Ease, a także miniaturki emulsji unoszącej włosy Luxurious Volume. Zwłaszcza produkty z serii Brilliant Brunette nie należą do najtańszych, dlatego początkowo nie byłam pozytywnie nastawiona do ich ponownego kupna. Gdy jednak wchodzi w grę niższa, promocyjna cena, wybór jest dość prosty. W moim przypadku wspomniana seria do ciemnych włosów sprawdziła się. Zdecydowanie lepsze wrażenie wywarła na mnie odżywka, która na moich włosach czyniła cuda. Były one miękkie i aksamitne w dotyku. Do tego z łatwością się rozczesywały, a także zauważyłam efekt uniesienia, który ciężko mi uzyskać za pomocą innych produktów. Działanie szamponu było zadowalające. Odświeżał i domywał włosy, jednak nie zauważyłam spektakularnego pogłębienia koloru – jasne dotąd baby hair minimalnie pociemniały. 


Tańszym szamponem jest Frizz Ease, który wcale nie jest gorszy od wcześniej wspomnianego. Ta wersja nadała moim włosom jedwabistą gładkość i dużą dawkę nawilżenia. Przy jego stosowaniu nie potrzebowałam żadnych dodatkowych masek i odżywek. Zdecydowanie najgorszym produktem była emulsja unosząca włosy, która w moim przypadku nie dawała żadnego efektu, może poza nieprzyjemnym uczuciem, który znamy po użyciu lakieru do włosów.

Znacie markę John Frieda? Używałyście tych produktów?

sobota, 25 marca 2017

Coś pysznego #28 - Roladki z piersi kurczaka

W serii Coś pysznego zazwyczaj znaleźć możecie sposoby wykonania wszelkich deserów i ciast. Nie świadczy to jednak o tym, że jem tylko słodkości! Dziś postanowiłam Wam pokazać, że też jestem człowiekiem i przedstawić przepis, który jest banalnie prosty i każdy jest w stanie go wykonać, a przy tym zjeść pyszny, pożywny obiad. Tym razem głównym bohaterem jest mięso z kurczaka.

Roladki z piersi kurczaka



Składniki:

piersi z kurczaka
pęczek natki pietruszki
masło w kostce
2 jajka
2 czubate łyżki maki
bułka tarta do panierowania
sol i pieprz


Wykonanie:

Mięso opłukać, delikatnie rozbić tłuczkiem i rozkroić na pół, nie przecinając mięsa do samego końca. Przyprawić solą i pieprzem.
Opłukaną natkę drobno posiekać i obficie natrzeć nią mięso.
Masło pokroić na słupki o grubości 1 cm i długości około 6-7 cm.
Ułożyć słupki masła na mięsie i zwinąć wzdłuż dłuższych boków, by tworzyły roladkę.
Panierować w mące i dwukrotnie w jajku i bułce tartej.
Olej rozgrzać na małym ogniu. Smażyć na rumiano.
Podawać z ziemniakami i warzywami.


Smacznego!

czwartek, 23 marca 2017

Perfekcyjny kącik nieperfekcyjnej Pani Domu - Robot kuchenny TurMix

Jednym z moich ulubionych zajęć domowych jest z całą pewnością gotowanie i pieczenie. Zwłaszcza w tę drugą czynność wkładam wiele serca i staram się dopracować każdy deser w najmniejszym detalu. Pomimo tego, że w ciągu ostatnich lat częstotliwość przygotowywania ciast w moim domu znacznie się zwiększyła i wręcz nie ma tygodnia, w którym nie czuć byłoby zapachu domowych wypieków, to ja w dalszym ciągu do ich wykonania używałam bardzo wysłużonego miksera, który nie raz sprawiał psikusy. Często nawet decydowałam się wszystkie czynności wykonywać ręcznie (w tym ubijanie białek, co wiadomo jest trochę czasochłonne). Zdecydowanie brakowało mi jednej rzeczy: robota kuchennego. Na początku roku zapadła decyzja o jego kupnie, a poszukiwania trwały trochę czasu. W końcu udało się!


W moje ręce trafił robot marki TurMix, na którego test serdecznie Was zapraszam.



O firmie


Firma TurMix powstała w 1943 roku. Założona została przez pioniera w tej dziedzinie Traugotta Oertli'ego, a pierwszym produktem sprzedawanym pod szyldem marki był mikser ręczny. Chcąc ułatwić życie w kuchni, wynalazca rozpoczął produkcję różnego rodzaju mieszalników, sokowirówek, frytkownic, grillów elektrycznych itp. Również pierwszy ekspres do kawy, wyprodukowany w Szwajcarii, został stworzony przez firmę TurMix, która uchodzi za jedną z lepszych jakościowo, szwajcarskich marek.


TurMix Vario Tronic 550

To multifunkcjonalny robot kuchenny do mieszania, miksowania i zagniatania. Dzięki swojej budowie zajmuje mało miejsca w kuchni. Jest łatwy do utrzymania w czystości. Każdą część można łatwo zdemontować i ponownie złożyć. W skład zestawu wchodzą trzy mieszadła o eliptycznym kształcie. Robot posiada cztery prędkości oznaczone cyframi od 1 do 4 oraz przycisk Pauzy, który stopuje czynność. W dołączonej misce przyrządzić można do 2 kg ciasta. Praktycznym dodatkiem jest również osłonka, zabezpieczająca przed wydostaniem się ciasta na zewnątrz. Całość umieszczona jest na małych przyssawkach, które zapobiegają przemieszczaniu się urządzenia. Do robota dokupić można wiele dodatkowych gadżetów (my posiadamy obecnie jedynie wersję podstawową). Po lewej stronie urządzenia widać małą ściągę, jakie prędkości powinno się ustawić przy konkretnych czynnościach.



Ten robot kuchenny ma wiele użytecznych cech, które są jego niebywałymi zaletami. Do takich należy między innymi długi (1m), wyciągany kabel, który można schować, gdy nie używa się urządzenia. Zarówno miska, jak i mieszadła są bardzo szybkie i łatwe w zmontowaniu. Po naciśnięciu górnego przycisku można podnieść łyżkę miksera i wyciągnąć miskę. Wtedy też możliwa jest wymiana końcówki mieszającej. Dla dorosłej osoby jest to bardzo łatwe, ale dziecko miałoby problem, by sobie z tym poradzić, toteż nie istnieje możliwość przypadkowego skaleczenia się. W stanie gotowości do pracy, dołączona miska blokuje się za pomocą specjalnych otworów w stopie urządzenia i nie ma żadnej możliwości wyciągnięcia jej czy przesunięcia podczas uruchomienia robota.



Poszczególne prędkości są bardzo dobrze rozplanowane: poziom 1 (najwolniejszy) można spokojnie używać podczas przyrządzania ciasta, które posiada składniki, których nie chcemy rozdrobnić (tj. rodzynki czy kawałki czekolady), poziom 4 (najszybszy) z łatwością ubija pianę z białek i miksuje nawet twarde masło. Praktycznie przy każdym wypieku używam osłony na miskę, dla mojej własnej pewności. Jak wiadomo niektóre, miksowane składniki lubią „wyskakiwać” z miski, a dzięki temu drobnemu gadżetowi mogę zostawić włączone urządzenie, a w tym czasie zająć się inną czynnością. Moim zdaniem jest to główna zaleta robota kuchennego w domu. 





Wielokrotnie zauważyłam już, że czas przygotowywanego deseru zdecydowanie się skrócił, odkąd posiadam tego robota. Dzięki specjalnie wyprofilowanej końcówce miksera, mieszadło dociera do każdej ścianki, dzięki czemu na rancie miski nie zostaje warstwa niezmiksowanego ciasta. Na samym środku naczynia znajduje się lekkie wypuklenie, które ma zarówno wady jak i zalety. W przypadku „lejącego się” ciasta składniki ładnie spływają i łyżka dociera do całego ciasta, jednak gdy miksujemy mniejszą ilość składników (na przykład masło z cukrem), ich warstwa osadza się na owym wypukleniu i trzeba przerwać pracę miksera, by usunąć ją z tego miejsca i dodać do reszty ciasta. Cóż, nikt nie jest doskonały.


Nigdy nie miałam najmniejszych problemów ze stabilnością urządzenia, jak i utrzymaniu jego higieny. Do czyszczenia głównej części używałam miękkiej, wilgotnej szmatki, a następnie wycierałam ją na sucho. Mieszadła, jak i miskę można łatwo umyć w zlewie bądź zmywarce. Pochwalić muszę również instrukcję obsługi, która zawiera wiele użytecznych informacji, wśród których znaleźć można listę dostępnych dla tego rodzaju robota gadżetów (wraz z numerami seryjnymi). Ciekawym dodatkiem są również przykładowe przepisy na różne rodzaje podstawowych ciast, a nawet majonez wraz z podanym czasem i prędkością, jakie należy użyć.



W pracy tego urządzenia nie tylko podoba mi się samo jego działanie, ale także to, że jest cichy. Wydawało mi się, że robot będzie wydawał podobne dźwięki do tych, które wydaje mój ręczny mikser. Myliłam się. To urządzenie jest tak ciche, że nie słychać go w drugim pokoju, a ja mogę robić ciasto nawet w godzinach 12 – 13:00 (w Szwajcarii to pora obiadowa, podczas której nie wolno włączać żadnych głośnych urządzeń i wykonywać prac domowych). Cieszy mnie również jego dokładność, jak i sama wygoda w przygotowywaniu ciasta. Jednym słowem jestem bardzo zadowolona z tego zakupu i każdej pani domu polecam posiadanie takiego urządzenia w kuchni.


A czy Wy posiadacie robota kuchennego? Jakie inne urządzenia są Wam pomocne w kuchni?

wtorek, 21 marca 2017

Haul kosmetyczny - Trzeba zawsze wyjść z twarzą!

Mogę śmiało stwierdzić, że pielęgnacja twarzy ma dla mnie ogromne znaczenie. Zwracam uwagę zarówno na jej dokładne oczyszczanie, jak i kosmetyki pielęgnacyjne, których używam. Dbam o to, by była ona zawsze prawidłowo nawilżona, systematycznie ją złuszczam i gdy tylko mam chwilę dopieszczam ją różnymi maseczkami. Nic więc dziwnego, że będąc w Polsce musiałam zatroszczyć się o kilka produktów, które mogę nazwać moimi niezbędnikami (tj. produkty marki Bourjois). W moje ręce wpadło również kilka zupełnych nowości.

Zapraszam na przegląd nowości kosmetycznych, skupiających się wokół oczyszczania i pielęgnacji twarzy!


1) Maseczka oczyszczająca
Marka: Tony Moly
Sklep: Sephora
Rodzaj: I'm Real Seaweeds Mask Sheet
Pojemność: 21 ml (1 płachta)
Cena: 19 zł





Charakterystyka: Anatomiczna maseczka oczyszczająca na bazie alg, która daje efekt jasnej i promiennej skóry i pozostawia orzeźwiające wrażenie na skórze.

2-3) Maseczka do twarzy i plastry pod oczy 
Marka: Sephora
Sklep: Sephora
Rodzaj: Lotus face mask i Green tea eye mask
Zawartość: 1 płachta i 1 para plastrów
Cena: Gratis do zakupu




Charakterystyka: Inspirowane koreańskimi produktami maseczka w płachcie i plastry pod oczy zawierają bogatą formułę, która przywraca skórze piękno i blask.

3) Regenerująca maseczka do twarzy
Marka: Beauty Formulas
Sklep: Superpharm
Rodzaj: Snail Regenerating Facial Mask
Zawartość: 2 g + 1 płachta
Cena: 8,99 




Charakterystyka: Intensywna 2-stopniowa maseczka do twarzy łączy w sobie zalety regenerującego serum oraz maski do twarzy ze śluzem ślimaka dla maksymalnego nawilżenia. Pozostawia uczucie świeżości.

4-5) Regenerująca maseczka do twarzy i maseczka do skóry trądzikowej
Marka: Dermaglin
Sklep: Rossmann
Rodzaj: Zielona glinka kambryjska
Pojemność: 20 g
Cena: 6,99 zł za szt.




Charakterystyka: Maseczki na bazie zielonej glinki kambryjskiej. Maska regenerująca dokładnie oczyszcza, nawilża i koi skórę twarzy. Przyspiesza jej regenerację i pozostawia skórę gładką i przyjemną w dotyku. Maska do skóry trądzikowej jest bogata w cenne minerały i oczyszcza twarz z zanieczyszczeń. Zmniejsza również łojotok i zwęża pory.

6) Głęboko oczyszczające plastry na czoło, brodę i nos
Marka: Dermo pHarma+
Sklep: Rossmann
Rodzaj: Skin Repair Expert
Zawartość: 2 plastry w opak.
Cena: 6,49 zł za opak.




Charakterystyka: Głęboko oczyszczające plastry precyzyjnie oczyszczają skórę, a niedoskonałości stają się niewidoczne. Usuwają zanieczyszczenia, dzięki obecności aktywnego węgla i ekstraktu z oczaru wirginijskiego.

7) Żel do mycia twarzy
Marka: Barwa
Sklep: Rossmann
Rodzaj: Barwa Siarkowa
Pojemność: 120 ml
Cena: 14,29 




Charakterystyka: Żel siarkowy antytrądzikowy do stosowania na twarz, szyję i dekolt. Dokładnie oczyszcza pory, utrzymuje stabilny poziom nawilżenia skóry i zmniejsza jej niedoskonałości. W wyniku długotrwałego stosowania ogranicza pojawienie się nowych zmian trądzikowych.

8) Różany tonik do twarzy
Marka: Evree
Sklep: Rossmann
Rodzaj: Woda różana
Pojemność: 200 ml
Cena: 14,99 




Charakterystyka: Różany tonik do twarzy, który wycisza zaczerwienienia, poprawia kondycję skóry i przywraca jej naturalne pH.

9) Tonik do twarzy
Marka: Bourjois Paris
Sklep: Superpharm
Pojemność: 250 ml
Cena: 11,24 zł




Charakterystyka: Witaminizowany, bezalkoholwy tonik wzbogacony o pochodne witaminy C. Sprawia, że cera jest promienna, a skóra nawilżona. Poprawia napięcie skóry.

10) Woda micelarna
Marka: Bourjois Paris
Sklep: Superpharm
Pojemność: 250 ml
Cena: 9,74  zł




Charakterystyka: Woda micelarna do demakijażu twarzy i oczu. Działa oczyszczająco i łagodząco na skórę. Jest hipoalergiczna, bezzapachowa i bezalkoholowa.

11) Mleczko do demakijażu
Marka: Bourjois Paris
Sklep: Superpharm
Pojemność: 250 ml
Cena: 11,24  zł



Charakterystyka: Mleczko do demakijażu posiada formułę, która zmywa każdy rodzaj makijażu, również wodoodporny. Pozostawia skórę gładką i nawilżoną, bez tłustej warstwy i uczucia lepkości.

Do haulu wdarły się jeszcze dwa produkty do stóp:

12) Zabieg kawowy
Marka: Eveline Cosmetics
Sklep: Superpharm
Pojemność: 2 x 6 ml
Cena: 8,99 zł




Charakterystyka: Intensywnie zmiękczający zabieg kawowy do stóp oparty jest na złuszczających właściwościach ziaren kawy. Skutecznie usuwa martwy naskórek i wygładza stopy. Multiodżywcza maska zawiera urea, dzięki czemu widocznie regeneruje i zmiękcza skórę.

13) Skarpetki regenerujące
Marka: Lirene
Sklep: Superpharm
Zawartość: peeling + 1 para skarpetek
Cena: 9,99 zł




Charakterystyka: Dwustopniowy zabieg wygładzający stopy składa się z gruboziarnistego peelingu enzymatycznego oraz regenerującej maski w formie nasączonych skarpetek. 


Czy znacie któryś z tych kosmetyków? Jak się one u Was sprawdziły? Które marki pojawiają się najczęściej w Waszej pielęgnacji twarzy?

niedziela, 19 marca 2017

Z pamiętnika #2 - Z czym zmaga się przyszła Para Młoda?

W pierwszym poście z serii Z pamiętnika opowiedziałam Wam o moich perypetiach związanych z poszukiwaniem mieszkania w Szwajcarii. W tym cyklu nie chciałabym jednak skupiać się jedynie na temacie kraju, który zamieszkuję, dlatego dziś zdecydowałam się poruszyć z Wami inną, nieco drażliwą kwestię. Jak pewnie wiecie, niedługo czeka mnie zmiana stanu cywilnego. W ciągu ostatnich miesięcy nasze życie kręci się wokół tego, a w naszych głowach pojawiło się wiele przemyśleń na temat samego zawarcia związku małżeńskiego, jak i reakcji najbliższych na tę wiadomość.

Zachęcam do przeczytania mojej historii!

Słowem wstępu...

By dobrze zrozumieć nasze położenie, muszę wyjaśnić, że od 6 lat jestem w związku z moim narzeczonym. Można powiedzieć, że rozpoczynając ten związek, wchodziłam również w dorosłe życie. Dość szybko pojawiła się decyzja o wspólnym zamieszkaniu i tym samym przybyliśmy do Szwajcarii. W maju minie dokładnie 5 lat od momentu naszego zamieszkania razem. Oczywiście początkowo nie mieliśmy zbyt dużego doświadczenia życiowego, ani tak ugruntowanego własnego zdania jak dziś. Mój narzeczony czuł się zatem w obowiązku, by przed wspólnym zamieszkaniem się oświadczyć. Nie należymy do osób romantycznych, nie lubimy tego typu uniesień, patrzenia sobie przez cały wieczór w oczy i przekomarzań na zasadzie Kto kocha kogo bardziej. Jesteśmy typowymi realistami, tak więc zaręczyny nie były specjalnym wydarzeniem i polegały jedynie na wręczeniu pierścionka. Z perspektywy czasu wiem, że to wydarzenie powinno mieć miejsce o wiele później i nie być traktowane jako obowiązek przed wspólnym zamieszkaniem. Nie trudno się domyślić, że w stanie narzeczeństwa byliśmy 5 lat, lecz do ślubu nam się nie spieszyło.




 Ciąg niewygodnych pytań uważam za otwarty!

Od momentu otrzymania pierścionka zaręczynowego dumnie nosiłam go na palcu, ale bardzo niechętnie używałam górnolotnych słów: narzeczony, narzeczona, przez co wielokrotnie byłam poprawiana przez znajomych. W Szwajcarii zaczęliśmy poznawać coraz więcej osób, w tym (jakoś tak się składało) większość par małżeńskich. W przypadku jednych była to kwestia kilku spotkań, w przypadku innych – kilkanaście miesięcy, lecz zawsze pojawiało się w końcu niewygodne pytanie: Kiedy ślub? Praktycznie na każdym spotkaniu w pewnym momencie pojawiał się temat małżeństwa, które (co ważne) było w szerokim spektrum zachwalane, bo nie ma przecież nic piękniejszego niż dwoje ludzi ślubujących sobie miłość i oddanie do końca swoich dni... Przyznam Wam szczerze, że najczęściej w tym momencie szybko się ulatnialiśmy. Pośrednio docierały do mnie opinie (ludzie gadają...), że jestem dziwna, coś ze mną nie tak itp. Po pierwsze nie spotkałam się ze zdaniem, że dziwny jest mój narzeczony, tylko ja – nie chcąc, zaciągnąć go do ołtarza. Kolejnym absurdem był dla mnie fakt, że każdy z góry zakładał, że to on nie chce zgodzić się na ślub, a ja nawet jeśli mówię inaczej, to podświadomie i tak chcę wziąć ślub. Morał wysuwa się sam: Polacy w dalszym ciągu mają obraz patriarchatu mężczyzny, który o wszystkim decyduje i wyobrażenie o kobiecie, która tylko czeka na złowienie dobrej partii, wychodzi za mąż i zajmuje się domem oraz dziećmi. Jeśli ktoś reprezentuje zgoła inne przekonania, uważa się go za dziwnego.




Dobry czas na podjęcie ważnych decyzji

Dochodzące do nas zewsząd pytania zaczynały powoli cichnąć i wśród wielu osób mieliśmy opinię: Im już nic nie pomoże, nie warto nawet zaczynać tematu. Ponad rok temu wybraliśmy się na rejs, który zresztą opisywałam dość dokładnie w relacjach na blogu. O ile mogliście zobaczyć piękne miejsca, które odwiedziliśmy, to już o najważniejszej decyzji Was nie poinformowałam. Podczas jednej z pierwszych kolacji na statku nasunął się temat ślubu. Zupełnie luźna pogadanka przekształciła się w rozmowę o tym, jak oboje wyobrażamy sobie ten dzień i kiedy powinien nastąpić. Wiele kwestii zostało wtedy przez nas ustalonych, mimo że do końca nie zdawaliśmy sobie sprawy, że rozpoczęliśmy planowanie Naszego Wielkiego Dnia. Temat ślubu przewijał się przez cały pobyt, a wracając do domu, wiedzieliśmy już, że wydarzy się to w przyszłym roku. Czy miały na to wpływ pytania i naciski znajomych? Zdecydowanie nie. Obojgu z nas nie przeszkadzałoby, gdybyśmy wzięli ślub w wieku 30, 40 lat czy nawet wcale, lecz w tamtym momencie coś pyknęło. Poczuliśmy, że to ten właściwy moment, że chcemy zacząć planować dzień ślubu i by odbył się on za rok. Oboje dojrzeliśmy do tej decyzji.



W końcu się doczekali!

Po oswojeniu się z tą myślą zaczęliśmy powoli informować najbliższych o naszych planach. Pierwsza dowiedziała się oczywiście rodzina, która o dziwo najmniej naciskała na jakiekolwiek deklaracje z naszej strony. Znajomi reagowali różnie. Większość reakcji była bardzo pozytywna, otrzymywaliśmy gratulacje, a standardowym zdaniem było No! Nareszcie! Pojawiło się jednak grono osób, które zaczęło bojkotować nasz pomysł, a mój narzeczony słyszał wielokrotnie (pół żartem, pół serio): Nie żeń się! Najśmieszniejsze było to, że często takie zdanie padało z ust osób, które wcześniej tak gorliwie zachęcały nas do zawarcia związku małżeńskiego. Często w rodzinach tychże osób działo się nie najlepiej, co domyślam się miało wpływ na takie reakcje.

Rozumiem, że w Twoim małżeństwie dzieje się źle, ale dlaczego zakładasz, że moje również się tak skończy? Dlaczego zamiast zwykłego „Gratuluję”, przeprowadzasz półgodzinną dyskusję z moim narzeczonym, mówiąc, że będzie żałował i każda kobieta jest taka sama?

W ciągu tamtego roku wiele kontaktów ze znajomymi, mieszkającymi w Szwajcarii rozwiązało się właśnie z takich powodów. Osobiście uważam, że nie należy przebywać z ludźmi, którzy są energetycznymi wampirami. Być może część z tych, którzy mieszkają na obczyźnie, potwierdzą, że znajomości za granicą często są zawierane na dziwnych zasadach i przyjaźnisz się z kimś, z kim w normalnym życiu pewnie nie miałbyś kontaktu. Tak było również w naszym przypadku, gdzie po każdym spotkaniu z taką osobą, czuło się paskudne przybicie i zero pozytywnych emocji. Ostatecznie cieszę się, że te znajomości zostały rozwiązane, a pomogła nam w tym właśnie decyzja o ślubie.



Do szału doprowadzały mnie osobiście żarty, mówiące, że po ślubie wszystko się skończy!, że powinniśmy korzystać póki można, bo potem wszystko się zmieni! I może Wy będziecie mi w stanie wyjaśnić, co się skończy i co się zmieni? Nagle przestaniemy się kochać? Żyjąc ze sobą od 5 lat pod jednym dachem znamy się na wylot i wiemy o sobie nawzajem wszystko, łączenie z przewidzeniem zachowania się w danej sytuacji. Co zatem miałoby się zmienić? Chyba jedynie moje nazwisko! W jaki sposób mielibyśmy wykorzystać ostatnie dni wolności, skoro i tak większość rzeczy robimy wspólnie, ponieważ najlepiej czujemy się we własnym towarzystwie i przede wszystkim jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Co właściwie mają oznaczać te ostatnie dni wolności? Przecież nie zwalniają mnie one z obowiązku wierności wobec partnera...



Przygotowania ślubne powinny być objęte całkowitą tajemnicą

Nasze przygotowania ślubne zaczęły się od przyjazdu do Polski na przełomie czerwca i lipca zeszłego roku. Już od samego początku czułam, że będzie to przeprawa niczym spływ kajakiem po rzece pełnej wygłodniałych krokodyli. Moja intuicja mnie nie zawiodła, wszak wszyscy wiedzą lepiej, jaką powinnaś mieć suknię, gdzie zrobić przyjęcie i kogo zaprosić. Jak już wspominałam nie należymy do romantyków, a przy okazji nienawidzimy wesel, dlatego wiele typowych zwyczajów ślubnych było w naszym przypadku nie do przyjęcia. Do Polski jechaliśmy zatem z wizją uroczystości, która satysfakcjonuje nas oboje i jest możliwa do spełnienia. Przyszła Para Młoda musi się niestety zmierzyć z rodziną, która ma zupełnie inne wyobrażenie na temat całego ślubu i chce na przykład zaprosić możliwie jak największą ilość gości (nawet tych, których na oczy nie widzieliście). Gdybym ja chciała zaprosić całe drzewo genealogiczne, liczba gości zwiększyłaby się z 60 do ponad 300 i ponad połowa z nich byłaby mi zupełnie nie znana. Dla mnie to totalny bezsens! Na własnej skórze przeżyłam zadawanie miliona pytań, dlaczego akurat w tym miejscu robię ślub, skoro TU mam bliżej i taniej i w ogóle to nie ma sensu, bo przyjęcie nie będzie trwać do 6 nad ranem, a następnego dnia nie będzie poprawin!



Przecież tak się nie robi! - i ten główny argument przejawiał się podczas każdej rozmowy. Rozumiem, że moje przyjęcie nie będzie typowym, polskim weselem, do którego przyzwyczajona jest zwłaszcza starsza część społeczeństwa, ale na litość boską, co to znaczy, że tak się nie robi? Dlaczego muszę postępować tak jak wszyscy? Dlaczego Polska jest nadal krajem, który stoi w miejscu? Dlaczego nie mogę mieć przyjęcia, które będzie odbiegać od wizji wesela w remizie, gdzie wódka leje się strumieniami, a na koniec męska część gości idzie za stodołę, by kolokwialnie mówiąc, dać sobie w mordę. I w końcu dlaczego nikt nie chce uszanować mojej woli i pomysłu, który mi odpowiada, narzucając własne utarte zachowania? Początkowa faza przygotowań nie była zdecydowanie najmilszym okresem mojego życia. Z każdej strony dochodziły do mnie nieproszone dobre rady, słyszałam, że jestem głupia, nie chcąc mieć sukni z miliona warstw tiulu i welonem na 5 metrów, że oni zrobiliby wszystko inaczej. A to wszystko oczywiście w formie rady i pomocy dla niedoświadczonej Panny Młodej...



Dwa pytania, których nigdy nie powinno się zadawać

Najbardziej kontrowersyjną kwestią, poruszaną w momencie zawierania związku małżeńskiego jest sama decyzja, czy ma być to ślub cywilny czy kościelny. Jak dla mnie istnieją tematy tabu, które nie powinny być poruszane i należy do nich właśnie religia. Nigdy nie weszłabym w żadną dyskusję, dotyczącą religii zarówno mojej własnej, jak i drugiej osoby. Żyję w kraju, gdzie różnorodność etniczna jest bardzo duża i każdy wyznaje inną religię, ale fakt posiadania innej wiary, nie umniejsza mu jako człowiekowi w moich oczach. Jestem osobą pod tym względem bardzo tolerancyjną i nigdy nie zadałabym pytania: Jakiej jesteś wiary? Co więcej, dopiero po dwóch latach znajomości z moją najlepszą koleżanką z pracy, przypadkowo dowiedziałam się, że jest ona muzułmanką (uprzedzam pytanie: Nie. Nie wygląda na muzułmankę) i chociaż nie popieram zasad tej religii, to nie traktuję tej znajomej inaczej przez sam fakt. A jak wygląda sytuacja w Polsce?

- Dlaczego nie bierzecie ślubu kościelnego?
- Czy on/ona jest świadkiem Jehowy?
- Przecież ślub cywilny to nie ślub!

Ingerencja w kwestie wiary jest ogromna... Co odpowiedzieć ma owa Para Młoda, by usatysfakcjonować pytającego, skoro zwykłe: Taka jest nasza decyzja nie pomaga? Kolejny raz nie ma jakiegokolwiek szacunku dla decyzji podjętych przez PM. 




Innym pytaniem, które powoli zaczyna być już do mnie kierowane, jest: Kiedy dzieci? Zawsze, gdy je słyszę, czy w kierunku do mnie, czy innej osoby, zaczynam się zastanawiać, czy osoba, która je zadaje żyje w innym niż ja świecie, czy też jest na tyle bezczelna. Myślałam, że już dawno skończyły się czasy, w których 16-letnia dziewczyna miała świadomość, że jej życie będzie polegać tylko na rodzeniu dzieci i zajmowaniu się domem. Kobiety mają w dzisiejszym świecie coś do powiedzenia, zajmują ważne stanowiska, robią kariery... A w dalszym ciągu istnieje powszechna presja otoczenia do posiadania potomstwa. A co jeśli któraś kobieta nie czuje takiej potrzeby? Traktowana jest jak wyrzutek społeczeństwa, osoba bez uczuć. Dzisiejszy świat nie jest już tym samym, co kiedyś, coraz więcej par zmaga się z bezpłodnością, więc może nie dokładać nikomu zmartwień i smutku, pytając o tak intymną kwestię. Pewne pytania warto jest zostawić tylko dla siebie. Niezależnie od powodów obu decyzji jest ona tylko i wyłącznie sprawą konkretnej pary i moim zdaniem tych pytań w ogóle nie należy wypowiadać.

Zdaję sobie sprawę, że poruszyłam wiele trudnych dla polskiego społeczeństwa kwestii. Chciałabym, by mój blog był miejscem, w którym mogłybyśmy porozmawiać również na tematy, które nas trapią. Jeśli tylko macie taką ochotę, zachęcam Was do opowiedzenia, z jakimi nieprzyjemnymi sytuacjami ze strony otoczenia zmagaliście się w trakcie przygotowań ślubnych. A może jesteście właśnie w tym momencie życia, a podejście najbliższych doprowadza Was do szału? 
Podzielcie się swoją historią w komentarzu! 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...