środa, 29 marca 2017

Szwajcarskie zakupy okiem klienta

W dzisiejszym poście przygotowałam dla Was garść informacji związanych z zakupami, widzianymi okiem klienta. Jest to zbiór moich osobistych przemyśleń na ten temat, które są oczywiście spowodowane wieloma czynnikami, w tym regionem, jaki zamieszkuję, czy sklepami, w których często robię zakupy. Chciałabym poruszyć dziś 6 różnych kwestii, które nasuwają się już podczas pierwszych zakupów w Szwajcarii. W pewnym stopniu można nazwać je także różnicami pomiędzy Polską, a krajem zegarków i czekolady.

Zapraszam na przegląd ciekawostek ze Szwajcarii związanych z zakupami!

Różnorodność to podstawa?

W ciągu całego mojego pobytu w Szwajcarii nasunęło mi się wiele wniosków i obserwując sytuację na rynku mogę wysnuć teorię, że o wiele większa część społeczeństwa nie gotuje samodzielnie. W każdym supermarkecie istnieje ogrom gotowców, produktów do odgrzania, półproduktów. Asortyment produktów, które można wykorzystać do stworzenia potraw „od zera” jest bardzo niewielka i nieróżnorodna. Za przykład niech posłuży moja reakcja, która zwróciła uwagę wszystkich dookoła, gdy zobaczyłam, że w ofercie marketu, w którym robię cotygodniowe zakupy pojawiły się na stałe surowe buraki. Prawie skakałam z radości! Gdyby pojawiły się jeszcze ogórki, które nadawałyby się do kiszenia, czułabym się jak w domu. 



Kolejnym przykładem, tym razem totalnego lenistwa są ugotowane jajka czy obrane i ugotowane ziemniaki w folii, które kupić można w ilości 5-6 szt za cenę 2,5-kg opakowania. Mimo wysokiej ceny ten produkt jest nadal często kupowany, a przecież ugotowanie ziemniaków nie jest wcale trudne. Po kilku latach robienia zakupów w jednym miejscu powoli łapię się na tym, że nie mam już co kupować. Kolejnym przykładem z mojego życia jest kupno mięsa. Ciężko jest w mojej okolicy dostać mięso, którym nie byłby kurczak, indyk, mięso mielone, czy karkówka (od dawna poluję na golonkę, która miałaby większą średnicę niż 3 cm), ale już 10 półek z przeróżnymi, zapanierowanymi kotletami wraz z gotowym makaronem (danie typowo do mikrofali) lub gotowym spaghetti znajdę bez problemu.



Okazja czyni złodzieja?

Odwiedzając polskie sklepy, często już po wejściu czuję się jak złodziej. Kilka razy zdarzyła mi się nieprzyjemna sytuacja, w której bez powodu pikały bramki antykradzieżowe – często już w momencie wejścia do sklepu – czy gruboskórny ochroniarz chodził za mną krok w krok, patrząc czy aby przypadkiem żaden produkt nie ląduje w mojej torebce. W Szwajcarii sytuacja jest bardzo odmienna. Tu nikt na wstępie nie zakłada, że jesteś złodziejem. Po pierwsze wspomniane bramki występują dość rzadko i nawet jeśli zaczynają pikać, często jest to ignorowane. Gdy kiedyś taka bramka zapikała podczas mojego wyjścia z supermarketu, pani spytała mnie tylko, czy mam na sobie rzecz z C&A. Odpowiedziałam, że tak, ponieważ faktycznie miałam stamtąd bluzkę. Pracownica mogłaby oczywiście prześwietlić mój koszyk, który wypchany był po brzegi, kazać mi przechodzić ponownie przez bramki, prosić o pokazanie wnętrza torebki, ale powiedziała tylko: „Wszystko jasne. Miłego dnia!”. Zaufanie czuć na każdym kroku.



Za inny przykład może posłużyć centrum handlowe, które znajduje się w moim mieście. Są w nim cztery większe supermarkety spożywcze i większość osób nie ogranicza się do zrobienia całościowych zakupów tylko w jednym z nich. W praktyce wygląda to w ten sposób, że klienci biorą duży wózek zakupowy i idą najpierw do jednego, potem do drugiego i jeszcze pięciu innych sklepów z każdego wynosząc minimum jedną torbę z zakupami. Nigdy nie spotkałam się z żadnym problemem, że nie mogę wejść do jakiegoś sklepu z wypełnionym po brzegi wózkiem z towarami z innego sklepu. W Polsce jest już problem z wejściem do Tesco z reklamówką z Biedronki... Sklepy w Szwajcarii nie posiadają również ochroniarzy i zawsze śmieszy mnie wejście do polskiego sklepiku o wymiarach 10 x 10, gdzie Security jest wymagana. 



Klient staje się kasjerem

Pozostając jeszcze chwilę przy temacie zaufania w stosunku do klienta, pamiętam reakcje Polaków na pojawienie się kas samoobsługowych i nie wyobrażam sobie (na dzień dzisiejszy) wprowadzenia takiego systemu, który w Szwajcarii staje się coraz powszechniejszy. Większość supermarketów wprowadziła systemy oparte na zasadzie Self-Scanning. Polega to na tym, że przy wejściu do marketu znajduje się ścianka z urządzeniami do skanowania. Po zeskanowaniu karty klienta można wziąć jedno z urządzeń, po czym robiąc zakupy, skanować każdy produkt przy jego jednoczesnym pakowaniu. Po zakończeniu zakupów wystarczy odłożyć urządzenie w wyznaczone miejsce, podejść do kasy i ponownie zaskanować kartę klienta, na której znajduje się już paragon i kwota, którą należy uiścić. Podczas całego pobytu w sklepie można nawet przez moment nie mieć kontaktu z pracownikiem i nikt nie myśli nawet o tym, by nie zeskanować połowy produktów, będących w koszyku (co pewnie miałoby nagminnie miejsce w Polsce...). Jest to bardzo praktyczne rozwiązanie, ponieważ na bieżąco można śledzić wysokość rachunku, jak i kontrolować cenę konkretnej rzeczy, dlatego też przy kasie nie okaże się nagle, że musimy za coś zapłacić więcej.



Łatwy dostęp do zagranicznych produktów

Kuchnie zagraniczne występują w wielu supermarketach i nie muszą to być ogromne megastore. Nawet w moim osiedlowym sklepie (wielkości polskiego Lewiatana) znajdę kilka półek z takimi produktami. Jakie kuchnie można spotkać najczęściej? Nikogo nie zdziwi obecność produktów bałkańskich, azjatyckich czy meksykańskich. Licznie występującymi sklepami wolnostojącymi są sklepy z cyklu: U Turka, U Bułgara itp.


Kartony na półkach 

Polskie markety wyglądają dla mnie w porównaniu ze szwajcarskimi tak jakoś … niechlujnie. Wpływ ma na to głównie sposób wypakowywania produktów. Zauważyłam w Polsce tendencję do układania na półkach całych kartonów z towarami. Kończy się to w ten sposób, że na sklepowych regałach zalega więcej pustych kartonów niż produktów. Tutaj każdy produkt jest wypakowywany na półkę i ustawiany według konkretnego schematu (sklepy mają powiedziane, że ten produkt musi być ułożony w dwóch rzędach, a inny w 10) i nie ważne, czy są to chipsy czy sosy w proszku, do ich ułożenia nie zostaną użyte kartony. Nawet, gdy konkretny produkt zostanie wykupiony, o wiele estetyczniej wygląda luka na półce niż pusty karton.



Mieszkasz w Szwajcarii? Zbieraj punkty!

Sam system kart lojalnościowych jest w Szwajcarii bardzo rozbudowany i działa na korzystnych zasadach. Karty nie tylko umożliwiają korzystanie z wcześniej opisywanego Self-Scanningu, ale także zapisują na koncie punkty, dzięki którym zakupy stają się przyjemniejsze. Co jakiś czas są one wymieniane na gotówkę, którą otrzymujemy w postaci bonów do wykorzystania w tym sklepie. Jeden z mocarzy wśród supermarketów – Coop – ma również ofertę płacenia punktami za poszczególne produkty czy np. doładowania do telefonu. Posiadając kartę lojalnościową supermarketu, mamy również dostęp do kuponów rabatowych. Na stronie internetowej można zalogować się na swoje konto, gdzie przetrzymywane są paragony z zakupów, mamy wgląd do ilości zebranych punktów, czy też proponowane są nam produkty, na które powinniśmy zwrócić uwagę przy następnych zakupach (według tego, co kupujemy najczęściej).



Co sądzicie o takich zakupach? Czy znaliście wcześniej taki system zakupowy? A może któryś z opisywanych punktów jest dla Was totalnym absurdem?

10 komentarzy:

  1. Ugotowane ziemniaki i jajka takie cuda też są obecne w Korei Południowej ;o
    Aż strach pomyśleć jam bardzo przetworzone jedzenie będzie w supermarketach za kolejne 5-10 lat

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo podoba mi się to zaufanie do klienta oraz sposób skanowania produktów. :) Bardzo pomysłowe.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny artykuł, czekam na kolejne :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Podoba mi się bardzo zaufanie do klienta. W sumie wszędzie gdzie byłam za granicą czułam się w sklepach swobodnie i normalnie, a w Polsce w niektórych miejscach jest tak jak piszesz. Ja z takich miejsc uciekam, bo nie mam zamiaru wydawać pieniędzy gdzieś, gdzie traktują mnie jak złodzieja ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajne ciekawostki ;D

    Zapraszam :
    unnormall.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Znów pokazałaś nam fajne ciekawostki :) Najbardziej spodobało mi się chyba zaufanie do klienta. Ile razy "piszczałam" na bramkach, raz nawet byłam przeszukiwana przez ochroniarza... Było mi wstyd, a nie chciałam czekać na policję bo spieszyłam się na zajęcia... Weszłam do sklepu tylko po bułkę i wodę, za które oczywiście zapłaciłam...

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajny ten Self-Scanning. Co prawda u nas już są kasy samoobsługowe, ale taki Self-Scanning, to jeszcze większa oszczędność czasu, więc czemu nie?
    Co do gotowanych jajek... W Korei też można takie kupić i na początku jakoś tego nie rozumiałam, ale chociażby podróżując chcemy zjeść coś na szybko, a nie ma w pobliżu McDonald's, to może takie jajko to nie taki głupi pomysł:) Zresztą co kto lubi, póki nikt nas nie zmusza, żeby coś kupić, to niech sprzedają nawet i zbuki:D

    OdpowiedzUsuń
  8. prowadzisz super bloga, na pewno tu jeszcze wrócę :)

    http://kaarollkaa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. O rany ugotowane jajka padłam ;p co za lenistwo :D ziemniaki też już przesada :D Co do "kradzieży" to masz tam lepiej ;p tu rzeczywiście na każdym kroku pikają bezpodstawnie bramki nawet jak ma się przy sobie coś metalowego bez sensu ;p i od razu ochroniarz przybiega przeszukuje itp :D Z kartonami masz racje tam wygląda to bardziej estetycznie <3

    OdpowiedzUsuń
  10. Spotkałam się ze wszystkim co opisywałaś w Anglii. Zarówno mnogość gotowych produktów co wydawało mi się absurdalne dopóki nie zobaczyłam że Anglicy faktycznie je kupują w wielkich ilościach, ale i dużo większe zaufanie względem klienta i ten system do skanowania co bardzo mi się spodobało :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że przyczyniasz się do istnienia tego bloga! ♥

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...