sobota, 18 listopada 2017

Podróżnicze podsumowanie - Lista światowego dziedzictwa UNESCO #2

Dawno temu pokusiłam się o przygotowanie listy miejsc UNESCO, które udało mi się odwiedzić. Wybierając kolejne cele podróżnicze, staram się zawsze przejrzeć propozycje Komitetu opracowującego listę światowego dziedzictwa, które znajdują się w okolicy. Szwajcaria nie została aż tak bardzo doceniona i ilość wyróżnionych miejsc jest niewielka. Moje podróże do krajów graniczących o wiele bardziej się opłaciły i tym samym moja osobista lista powiększyła się o kilka kolejnych miejsc. Oto one!

17) Historyczne Stare Miasto w Salzburgu, Austria – RELACJA Z SALZBURGA


18) Plac Stanisława w Nancy, Francja – RELACJA Z NANCY

























19) Historyczne dzielnice Luksemburga – RELACJA Z LUKSEMBURGA

























20) Rzymskie pomniki, Katedra św. Piotra, Kościół Najświętszej Marii Panny w Trewirze, Niemcy – RELACJA Z TREWIRU
























21) Wyspa Muzeów w Berlinie – RELACJA Z BERLINA

























22) Werona - RELACJA Z WERONY



czwartek, 16 listopada 2017

Testowania #17 - Podkład Artdeco High Definition

Na przełomie września i października otrzymałam miniaturkę podkładu marki Artdeco. Jest to już ich drugi kosmetyk, który mogłam przetestować (pierwszym był tusz do rzęs – LINK do wpisu). Pod postem, w którym pokazywałam moje nowości kosmetyczne z tego okresu, pojawiło się spore zainteresowanie właśnie tym produktem, więc postanowiłam opisać Wam go bliżej. Przygotowując ten test, natrafiłam na wiadomość, że Artdeco jest dostępne w Polsce. Tym chętniej spróbuję rozwiać bądź wzbudzić Wasze wątpliwości co do jego kupna.

Zapraszam na test podkładu Artdeco!

Testy produktów zazwyczaj rozpoczynam od krótkiego opisania marki, która go wyprodukowała. W tym przypadku pominę tę część i przekieruję Was do wspomnianego wcześniej postu, gdzie znajdziecie takie informacje.



O produkcie

W ramach akcji promocyjnej otrzymałam od Artdeco miniaturkę podkładu w tubce. Znajdowało się w niej 8 ml produktu o najjaśniejszym z odcieni – 04 Neutral Honey. Według zapewnień producenta jest to kosmetyk korygujący, który nada naszej skórze efekt HD. Podkład ma stać się naszą drugą skórą, a do tego stworzyć efekt „nude”. Zawiera on pigmenty odbijające i rozpraszające światło. Ciekawymi składnikami, które wchodzą w skład tego produktu są: ekstrakt z fiołka trójbarwnego, panthenol, witamina A i E oraz trzy rodzaje kwasu hialuronowego. Podkład High Definition otrzymał nagrodę od Cosmopolitan.

Opakowanie

W tej kwestii nie mogę powiedzieć zbyt dużo. Oryginalny produkt, który dostaniecie w sklepach, posiada zupełnie inne opakowanie. Jest nim szklana buteleczka z pompką. Ja otrzymałam porządnie wykonaną tubę z twardego, ale elastycznego materiału.



* Test podkładu na dłoni

Odcień

Tak jak wspominałam, otrzymałam odcień najjaśniejszy z możliwych, z czego jestem bardzo zadowolona. Początkowo, po pierwszej próbie przetestowania produktu na nadgarstku, przestraszyłam się, że mimo to jego kolor będzie nadal zbyt ciemny. Jednak już w momencie wcierania zauważyłam, że podkład ładnie wtapia się w skórę i niejako dostosowuje się do mojej naturalnej barwy. Ten sam efekt dostrzegłam przy nakładaniu go na twarz. Odcień Natural Honey dopasował się do mojej jasnej karnacji i zbił się ze skórą, nadając naturalny wygląd.



* Efekt po rozprowadzeniu na dłoni

Cechy podkładu i moje wrażenia

Oczywiście samo dopasowanie koloru kosmetyku do mojej cery było już sporym plusem. Osoby z jasną karnacją, którą ja również posiadam, napotykają czasem mnóstwo trudności w odnalezieniu idealnego produktu, który nie odznaczałby się barwą od reszty ciała. Tutaj zgodzę się z producentem: faktycznie dzięki temu produktowi uzyskujemy efekt nałożenia drugiej skóry. Podczas rozprowadzania podkładu można poczuć jego kremową konsystencję, a nosząc go, daje się odczuć jego lekkość. Pod wieloma względami ten produkt spełnił moje oczekiwania, gdyż nie lubię ciężkich produktów, które widać gołym okiem na twarzy. W moim odczuciu makijaż powinien być dyskretny i niezauważalny, a takie wrażenie powodował właśnie podkład Artdeco.

Wedle ulotki informacyjnej bohater dzisiejszego postu ma średnie krycie. Z tą informacją pozwolę sobie podyskutować, ponieważ jego krycie jest wręcz minimalne. Z jednej strony mamy zatem produkt, który nadaje bardzo naturalny wygląd, zakrywa wszelkie przebarwienia i ładnie wyrównuje koloryt skóry twarzy, z drugiej jednak nie przypadnie do gustu osobom, które chcą zakryć niedoskonałości i potrzebują produktu z bardzo mocnym kryciem. Sam podkład nie jest w stanie ukryć krostek i innych „nieprzyjaciół”.

* Intensywność krycia podkładu; na twarzy sam podkład w świetle dziennym

Produkt Artdeco nie tworzy efektu maski oraz nie ciemnieje w trakcie noszenia. W kwestii jego trwałości nie mogę wypowiedzieć się obiektywnie, bo jestem absolutnym ewenementem natury i mimo posiadania tłustej cery podkłady utrzymują się na mojej twarzy praktycznie cały dzień bez potrzeby ich poprawiania i użycia bazy. W moim odczuciu podkład faktycznie bardzo ładnie odbija promienie słoneczne i jeśli ktoś lubi satynowe wykończenie makijażu, będzie zadowolony z jego działania.

Sam zapach produktu jest dość specyficzny. Przypomina mi on fluidy z zamierzchłych czasów, które miały bardzo sztuczną i nieprzyjemną woń. W przypadku High Definition drażliwy jest jedynie pierwszy kontakt, podczas noszenia go na twarzy nie jest on już wyczuwalny.


*Podkład w świetle sztucznym

Cena produktu za 30 ml: 24,95 euro (cena producenta); 41,90 fr (szwajcarski Douglas); 129 zl (polski Douglas).

Podsumowanie

Przed kupnem tego podkładu każdy powinien zastanowić się, czego oczekuje od takiego produktu. Z czystym sercem poleciłabym go w okresie letnim, kiedy to temperatury są wysokie, a make-up no make-up jak najbardziej wskazany. Warty uwagi jest on również dla osób, które na co dzień nie zmagają się z większymi niedoskonałościami, nie wymagają od podkładu maksymalnego krycia, a jedynie wyrównania kolorytu skóry. W końcu mogłabym wskazać go osobom, którym podoba się satynowe wykończenie makijażu. Cena produktu jest nieco wysoka, więc warto jest zastanowić się, czy na pewno będzie on spełniał nasze oczekiwania. Mam nadzieję, że mój test był Wam w jakimś stopniu pomocny w podjęciu decyzji.

Czy znacie markę Artdeco? Używałyście jej produktów? A może miałyście już kontakt z tym podkładem?

wtorek, 14 listopada 2017

Projekt Denko w wykonaniu nieperfekcyjnej Pani Domu #6

Pod jednym z postów tej serii pojawił się niegdyś komentarz, twierdzący, że najwidoczniej muszę dużo sprzątać. Szczerze mówiąc, zupełnie nie mam takiego wrażenia. Wręcz przeciwnie. Jestem wyznawcą zasady, mówiącej, że dom to nie muzeum – w domu się mieszka. Zdaniem, które doprowadza mnie do szału, jest wypowiedź, którą słyszę niemal podczas każdej wizyty u znajomych: „Nie patrz na bałagan!” czy jego inna wersja: „A ja mam tak nieposprzątane...”. Zawsze zalecam wtedy odrobinę luzu. Nie przychodzę przecież z testem białej rękawiczki! Czujmy się dobrze we własnym domu. Wolałaś przeczytać książkę zamiast poodkurzać? Prawidłowo! Nikogo nie musisz za to przepraszać, a już zwłaszcza nie mnie. Powracając zatem do pamiętnego komentarza: Nie. Wcale nie sprzątam dużo. Raczej robię to raz, a porządnie.

I po takim uzewnętrznieniu zachęcam Was do przeczytania moich opinii o produktach, które pozwalają mi z szybkością światła ogarnąć mieszkanie, bym mogła później zaoszczędzony czas spożytkować znacznie lepiej.

Legenda:
Kolor zielony – Kupię ponownie!
Kolor pomarańczowy – Zastanowię się nad kupnem / Kupię w innej wersji zapachowej
Kolor czerwony – Zdecydowanie nie kupię!

1) Koncentrat do mycia naczyń Fairy Ultra Plus Konzentrat Original

Wraz z tą butelką płynu do naczyń ostatecznie przekonałam się do marki Fairy. Powiem więcej: w tym momencie to jej płyny zajmują pierwsze miejsce na liście sprzątaniowych ulubieńców. Wcześniej zdarzało mi się używać produktów tej firmy, ale zawsze powracałam do Prila. W czasie używania Fairy nieco uważniej się mu przyjrzałam i stało się dla mnie jasne, że jest on o wiele wydajniejszy niż jakikolwiek inny płyn. Mycie naczyń odbywało się z nim o wiele szybciej, gdyż w mig usuwał trudne zabrudzenia i radził sobie bezproblemowo z tłuszczem. Obecnie myję naczynia nową wersją Prila, która nie sprawdza się za dobrze, lecz kupiłam ją w trzy paku. Gdy tylko wykończę te zapasy będę kupować tylko i wyłącznie oryginalny rodzaj Fairy.



2) Mleczko do czyszczenia Cif Crème Citrus

To mleczko do czyszczenia często pojawiało się w moim domu rodzinnym. Ja jednak używałam go po raz pierwszy. W moim odczuciu było to tradycyjne mleczko o zapachu cytrusowym. Jego konsystencja była kremowa, a działanie zadowalające. Tego rodzaju produkty używam najczęściej do czyszczenia wanny, ten wypróbowałam także na kuchence i w obu przypadkach dał radę. Jeśli chodzi o środki czystości, to najczęściej kupuję ich hurtowe ilości, tak więc obecnie zużywam kolejne opakowanie. Nie zaprzeczam także, że kupię go ponownie. 



3) Płyn do płukania tkanin Fee Premium

Ta marka to zupełna nowość wśród produktów, które używam. Chwyciłam po niego, będąc w Aldi i nie znajdując tam nic lepszego (czytaj: żadnej marki, jaką znam). Jeśli wziąć pod uwagę płyny do płukania, to najczęściej używam Lenora. Ten płyn jednak absolutnie mnie zachwycił. Niewątpliwym plusem jest jego cena. Co prawda był on zauważalnie mniej wydajny od „lepszych” marek, ale nadrabiał to zapachem. Morski aromat był wyczuwalny nie tylko podczas prania, ale także utrzymywał się przez dłuższy czas na ubraniach. Moje odczucia są bardzo pozytywne.



4) Proszek do prania Persil Universal

Tutaj nie ma co za dużo debatować. Jest to jedyny proszek, którego używam. Zawsze kupuję największe z dostępnych opakowań. Obecnie mam pakę ważącą 6,5 kg. Jest to jeden z nielicznych proszków, który dobrze znosi moją wrażliwą skórę oraz alergiczne skłonności mojego męża. Ten produkt jest w moim domu zawsze.



5) Płyn do prania Perwoll Brilliant Color

W kwestii prania jestem tradycjonalistką. Nie lubię używać żadnych wydziwnień. Proszek absolutnie mi wystarczy. Na temat tego płynu powinien wypowiedzieć się mój mąż, który prał w nim swoje rzeczy do pracy. Nie był to produkt zły. Dobrze dopierał, pozostawiał nawet ładny zapach, lecz po zużyciu całej dużej butli nie zauważyłam, by intensywność kolorów ubrań była lepsza, niż po praniu w tradycyjnych środkach. Osobiście pozostanę przy proszku.



6) Ściereczki do czyszczenia łazienki Presto

Przykładam dużą wagę do czystości łazienki. Mam wiele przeróżnych środków, które używam, by było tam naprawdę czysto. Te ściereczki nie są moim głównym utrzymywaczem czystości, lecz drobną pomocą. Używam ich raczej, gdy brak mi czasu na gruntowne posprzątanie, bądź chce zaledwie przetrzeć krany. Moim zdaniem nie zastąpią one płynu czy mleczka czyszczącego, ale w awaryjnych sytuacjach się przydają. Zastrzeżenia mam w tym przypadku do zamknięcia, które po kilku użyciach nie przywiera idealnie do opakowania i chusteczki zaczynają wysychać. Wraz z tym opakowaniem trafia do kosza również kilka zeschniętych sztuk.



7) Odświeżacz do powietrza Charm Spring Flowers

Po tę markę odświeżaczy sięgam bardzo często, zmieniając jedynie zapachy. Wersje zapachowe są tak różne, że można przez bardzo długi czas je testować. Aromat wiosennych kwiatów jako nieliczny się nam nie spodobał. Był on bardzo ciężki i zwyczajnie nieładny. Okropnie drażnił on nos. Marce Charm mówimy tak, lecz pozostaniemy przy innych zapachach.



8) Kostki do toalety Domestos Power 5

Od jakiegoś czasu zaczęłam rozglądać się za tańszymi kostkami do toalety. Na próbę kupiłam zestaw marki Domestos. Spełnił on wszystkie moje oczekiwania. Przy każdym spłukaniu wody pozostawiał piankę czyszczącą w toalecie. Wydajność jednej kostki była zadowalająca. Za jej pomocą można z łatwością utrzymać czystość toalety. Po kostki Domestos będę sięgać częściej.



9) Gąbki kuchenne Clean Maximo

Tanie i dobre jakościowo gąbki do mycia naczyń. Nie mam co do nich żadnych zastrzeżeń. Nie rozwarstwiały się, a część z szorstką stroną ułatwiała doczyszczanie naczyń.


10) Wkład do mopa z mikrofibry

Ten wkład do mopa kupiłam bodajże w niemieckim Kauflandzie. Póki co sprawdza się bez zarzutu. Ściereczka z mikrofibry jest cienka, chłonie odpowiednią ilość wody i łatwo wycisnąć z niej jej nadmiar. Do czyszczenia podłogi nadaje się idealnie, a jej cena również nie była przesadzona.



11) Żel do toalety Cif Lemon Fresh

To drugie opakowanie tego żelu, które zostało przeze mnie zużyte. W szafce posiadam jeszcze jedno – kupiłam naraz kilka opakowań. Tak jak pisałam we wcześniejszym poście tej serii, ten produkt od Cif nie jest wart uwagi. Jest mało wydajny, a działanie pozostawia wiele do życzenia. O wiele lepsza jest niebieska wersja tego żelu.





































12) Chusteczki Kleenex The Original x 3 szt

Od dłuższego już czasu są to jedyne chusteczki, których używam. Zawsze kupuję promocyjne opakowania, w których znajdują się większe pudełka, bądź kilka sztuk w jednym i w zapasach mam ich zawsze mnóstwo. Odpowiadają mi one pod każdym względem. Mają idealną grubość, nie rozwarstwiają się przy używaniu, są także miękkie dla nosa.


13) Kostki do toalety WC Frisch

Te kostki pojawiają się najczęściej w moim koszyku. Widzieliście je już w każdym z postów. Ze względu na wydajność obu marek – Domestosa i WC Frisch – zdążyłam zużyć ostatnio jedynie ich jedno opakowanie. Tym razem była to wersja z różowymi kulkami, wypełnionymi wiśniowym zapachem, do której także nie mogę się przyczepić.


Używałyście tych środków?

*Pozostałe posty z tej serii znajdziecie w zakładce PORADY -> Kącik nieperfekcyjnej pani domu

sobota, 11 listopada 2017

Jesienne nowości z szafy

Październik był dla mnie niczym Dzień Dziecka. Pod wieloma względami postanowiłam sobie niczego nie odmawiać. Czym to się skończyło? Oczywiście wzbogaceniem szafy o kilka nowych ubrań i dodatków. Część z tych rzeczy kupiona została podczas naszego pobytu we Włoszech i odwiedzin legendarnego Primarka, reszta trafiła w moje posiadanie w Szwajcarii. Ze wszystkich tych rzeczy jestem bardzo zadowolona, a kilka nowości w szafie zdecydowanie się przydało.

Zapraszam na przegląd październikowych nowości z mojej szafy!


Wracając z Włoch, wpadliśmy do centrum handlowego, a w nim wypatrzyliśmy Primarka. Muszę przyznać, że byłam w nim po raz pierwszy. Potwierdziło się jednak moje zdanie na jego temat. Ostatecznie wyszliśmy z niego z całkiem sporą torbą. W większości zawierała ona rzeczy dla mojego męża. Za grosze zrobiliśmy zapas zwykłych t-shirtów, głównie do pracy. Dokupiłam również parę kapciuchów. Akurat moje kapcie niedawno uległy destrukcji, a nie mogłam nigdzie znaleźć takich w formie balerinek, które najlepiej mi się nosi.

Primark
Koszulki damskie typu stretch
Rozmiar: M
Cena za szt: 3 – 3,50 euro



Koszulki męskie
Rozmiar: S
Cena: 2 – 3,50 euro



Kapcie
Kolor: szaro-białe paski
Rozmiar: M
Cena: 4 euro


























Wypad do sklepu Only był typowym wyskokiem dla przyjemności. Podczas wizyty w dwupoziomowej filii tej marki towarzyszył mi mąż, który dzielnie oczekiwał mnie przed przymierzalnią i doradzał. Ostatecznie zdecydowałam się na zakup dwóch sweterków. Oba są szalenie miękkie i przyjemne w dotyku. Miałam już je na sobie i mogę powiedzieć, że na pewno nie są to pieniądze wyrzucone w błoto.

Only
Sweterek w gwiazdki
Kolor: czarny, białe gwiazdki
Rozmiar: M
Cena: 24,90 fr.



Sweterek melanżowy
Kolor: szary, melange
Rozmiar: M
Cena: 15 fr (przecena z 29,90 fr.)























Bardzo cenię sobie wygodę. Jeśli więc nie muszę wyglądać wyjątkowo, często zakładam zimową porą bluzy o kroju podobnym do poniższego. W szafie nie miałam jak dotąd żadnej „góry” w odcieniu śliwki, więc naprawiłam ten błąd podczas szybkiego obejścia New Yorkera.

New Yorker
Bluza z napisem
Kolor: śliwkowy
Rozmiar: M
Cena: 14,95 fr.


Najbardziej na świecie nie lubię kupować spodni i jak na złość to za nimi muszę najczęściej się rozglądać. Należę do tych osób, które potrafią zużyć spodnie na cna (zwłaszcza te przeznaczone do pracy). Osobiście bardzo pasuje mi wzór marmurkowy i chętnie wybieram ten rodzaj dżinsów. Zwracam również uwagę na to, by były one nieco wyższe w stanie. Jeśli już znajdę taką parę, która dobrze na mnie leży, zazwyczaj kupuję 2 pary i tak było właśnie w tym przypadku.

Bershka
Dżinsy marmurkowe
Rozmiar: 40
Cena: 19,90 fr.
Ilość: 2 szt.


Nie planowałam zakupu nowej torby, lecz gdy zobaczyłam to cudo, poczułam się zainteresowana. Jeszcze bardziej zachęciła mnie jej cena. Koniec końców nie zastanawiałam się długo nad jej kupnem. Lubię krój shopperek, w których jestem w stanie pomieścić dosłownie wszystko. Ta torba jest jednak o tyle ciekawa, że posiada dodatkowy pasek, którego zapięcie zmienia odrobinę jej kształt. Jak dla mnie bomba!

Platinum, Giulia Pieralli
Kolor: biały, brązowe detale i paski
Cena: 44,90 fr (przecena z 89,80 fr)

Zakup kolejnej pary Landroverów jest shoppingowym paradoksem. Z jednej strony był on spontaniczny, z drugiej zaś przemyślany. Posiadam już identyczną parę, lecz w kolorze jasnobrązowym. Będąc w sklepie Dosenbach (odpowiednik polskiego Deichmanna), wypatrzyłam ten dobrze mi znany model w kolorze szarym. W szafie czeka już na mnie szary, zimowy płaszczyk, a te buty będą do niego perfekcyjnie pasowały. Wcześniejszą parę nosiłam już dwa sezony jesienno-zimowe, a są w idealnym stanie, przy czym niezmiernie ciepłe i wygodne. Postanowiłam zatem kupić kolejną parę! Podczas tej samej wizyty mój mąż również zechciał sprezentować sobie nowe buty. W jego przypadku były to adidasy.

Dosenbach
Zimowe Landrovery
Kolor: szary
Rozmiar: 38
Cena: 39,90 fr



Adidasy męskie
Kolor brązowy
Rozmiar: 42
Cena: 69,90 fr.






















No to nieco poszaleliśmy w październiku! Jak podobają Wam się nasze nowości?

czwartek, 9 listopada 2017

Relacja z podróży, czyli opowieść o małżeństwie bez karty kredytowej

Stali czytelnicy są dobrze poinformowani i wiedzą, jak przełomowy był to dla mnie rok. Biorąc jednak pod uwagę, że w ostatnim czasie na blogu pojawiło się wiele nowych osób, muszę wyjaśnić, że w kwietniu tego roku wzięłam ślub. Jak nietrudno jest się zatem domyślić, mój urlop w całości przeznaczyłam na przyjazd do Polski i organizację tego wydarzenia (odliczając kilkudniowy przedślubny wyjazd do Czech). W kwietniu zatem całkowicie wykorzystałam przysługujące mi 4 tygodnie wolnego i w myślach miałam już wizję bardzo zapracowanego czasu aż do końca roku. Niespodziewanie w październiku nadarzyła się okazja, bym otrzymała dodatkowy tydzień urlopu, który został pięknie nazwany „za zasługi”. Dowiedziałam się o nim dość późno, toteż musiałam w ekspresowym tempie znaleźć cel naszej podróży i zorganizować cały ten wyjazd. Całe szczęście udało się i mogliśmy wyjechać na spóźnioną podróż poślubną. Na tę okazję wybór mógł być tylko jeden: Werona!

Zapraszam na relację z poszukiwania noclegu w mieście zakochanych!



Historię zacząć muszę od samego poszukiwania noclegu, które w tym miejscu okazało się być wyjątkowo trudne. Być może wyda się to niewiarygodne, ale wielokrotnie rezerwowaliśmy już nasze pobyty w hotelach i hostelach w Europie i nigdy wcześniej nie potrzebowaliśmy do tego celu karty kredytowej. Znalezienie noclegu w Weronie bez wcześniejszej przedpłaty czy podania swojej karty kredytowej graniczyło jednak z cudem. Drugim utrudnieniem, na które natrafiliśmy, była obecność wszechobecnych łazienek do wspólnego użytku. Nie należę do osób wymagających i do szczęścia potrzebne mi jest jedynie wygodne łóżko i miejsce, które będzie po prostu czyste. Istnieje jednak bariera mojej prywatności, której nie lubię przekraczać. Należy do nich między innymi właśnie korzystanie ze wspólnej łazienki z zupełnie obcymi ludźmi. Od razu zrezygnowałam z takiego rozwiązania i ograniczyłam poszukiwania do pokoi z osobną łazienką.


Poszukiwania noclegu trwały dobry tydzień systematycznego przeglądania ofert. W końcu natrafiłam na pensjonat typu B&B (Bed & Breakfast) o nazwie La Magnolia, który miał odpowiadające nam warunki. Jego lokalizacja była dla nas idealna (niecały kilometr od centrum miasta), cena mieściła się w naszych granicach i istniała opcja zarezerwowania pokoju bez potwierdzania tożsamości kartą kredytową. Haczyk oczywiście istniał: cena przy rezerwacji bez karty była nieco wyższa, ale tak jak wspominałam nie przekraczała naszej górnej granicy. Przy wyborze takiej opcji rezerwacja nie odbyła się również automatycznie. Wedle zamieszczonej informacji na stronie internetowej mieliśmy oczekiwać potwierdzenia drogą telefoniczną bądź mailową. 

Mijały dni. Nasz wyjazd zbliżał się nieubłaganie, a potwierdzenia jak nie było, tak nie ma. Powoli wpadałam w lekką panikę. Przecież nienawidzę niezaplanowanych wyjazdów, a już w szczególności niezabukowanego noclegu! Chyba nie muszę wspominać, że nasz włoski jest na poziomie zerowym albo może i niższym, dlatego postanowiłam napisać maila z prośbą o potwierdzenie lub zaprzeczenie naszej rezerwacji w języku angielskim i niemieckim (oczekiwałam chociaż odrobiny szczęścia i miałam nadzieję, że właściciel pensjonatu zna ten język).


Po napisaniu kolejnego maila nadal nie doczekaliśmy się odpowiedzi, co wprowadzało powoli stresującą atmosferę. W dodatku na ich stronie internetowej pojawiła się informacja, że w czasie naszego przyjazdu nie ma wolnych pokoi. Naszym ostatecznym wyjściem z tej sytuacji było znalezienie kilku hoteli w okolicy, które w przypadku rezerwacji online wymagały karty kredytowej, ale spełniały nasze założenia i w razie problemów z tym pensjonatem mieliśmy udać się do nich i zabukować pokój na miejscu. Jeszcze w dniu wyjazdu sprawdziliśmy, które hotele z wcześniej wybranych mają wolne pokoje i ruszyliśmy w naszą podróż w ciemno!

Droga przez Szwajcarię była jak zawsze ekscytująca i obfitowała w co chwilę zmieniającą się pogodę. Na swej drodze minęliśmy wszystkie możliwe warunki pogodowe. Wjeżdżając do Włoch od razu napotkaliśmy bramki na autostradach i rozpoczęło się płacenie, które od Szwajcarii do samej Werony potrąciło nam z kieszeni 14,90 euro. W drodze dopadł nas także mały głód, więc postanowiliśmy przekąsić coś szybkiego w Autogrill i około godziny 12.00 dojechaliśmy pod pensjonat.



Pogoda tego dnia ani trochę nam nie dopisała, więc szybko wyskoczyliśmy z auta i bez wyciągania bagaży próbowaliśmy dostać się do domu, w którym wydawałoby się nie ma nikogo. Na nasze próby dzwonienia do furtki nikt nie odpowiadał dobre kilka minut, lecz w końcu w drzwiach pojawił się jakiś mężczyzna. Otworzył nam bramę i spytał o rezerwację. Nie zdążyliśmy nawet nic odpowiedzieć, gdy w drzwiach domu pojawił się drugi mężczyzna, jak się później okazało właściciel, i zaczął nas serdecznie witać, przejmując od nas dokumenty, które już trzymaliśmy w ręku (ze strony internetowej wydrukowaliśmy formularz rezerwacji). Po spojrzeniu na nazwisko pan Roberto już wszystko wiedział. Przeprosił nas za niewysłanie potwierdzenia i brak odpowiedzi na maile, lecz jak wyjaśnił są oni obecnie w trakcie remontu i nie mają nawet recepcji.

Proces naszej rezerwacji odbył się zatem w bardzo domowych warunkach – w kuchni, tuż po podaniu nam kawy. Mężczyzna wyjaśnił nam wszystko, co powinniśmy wiedzieć, podał nam kody, którymi mogliśmy się posługiwać podczas wejścia na teren domku i do środka budynku. Otrzymaliśmy mapę miasta i zostaliśmy poinstruowani, co warto jest zobaczyć oraz gdzie można niedrogo i pysznie zjeść. Na koniec otrzymaliśmy numery telefonów do obu zarządzających panów, gdyby cokolwiek się stało lub zabłądzilibyśmy, a także klucz od pokoju. Zaprezentowano nam również sam pokój i … pojawił się problem parkingu.



Pensjonat nie posiada miejsc parkingowych. Istnieje jedynie możliwość zaparkowania samochodu przy ulicy, lecz maksymalny czas postoju w tym miejscu może trwać 2 godziny. Pan wymyślił nawet, że możemy mu zostawić klucz od auta i on będzie nam przestawiał niebieski zegar parkingowy przez całą dobę. Drugą opcją było zaparkowanie na skrawku podwórka, które przynależało do pensjonatu. Miejsca było tam bardzo niewiele, w dodatku było ono ograniczone przez wielkie drzewo. Tutaj przydała się moja kobieca intuicja – posiadamy dwa samochody, z czego nowszy jest o wiele większych gabarytów. Mój mąż, jak pewnie każdy facet, chce się chwalić najnowszym nabytkiem i wszędzie chce jeździć właśnie nim. Znając jednak sposób jeżdżenia Włochów i wiedząc, że czasem jest tam bardzo niewiele miejsca na parkowanie uparłam się, by jechać w podróż mniejszym z aut. To posunięcie było idealne, gdyż z trudem, ale udało nam się zaparkować na podwórzu. Tym samym zaoszczędziliśmy na miejscu parkingowym, które zostało nam dorzucone gratis.


Sam pensjonat wyglądał jak zwykły domek na osiedlu domków jednorodzinnych. Nasz pokój mieścił się bardzo blisko wyjścia i miał chyba tyle samo plusów co minusów. Każdy jednak sam musi ocenić, czy te utrudnienia są dla niego do przejścia. My je zauważyliśmy, ale nie sprawiły nam one większych problemów. Przechodząc jednak do rzeczy: w naszym pokoju znajdowało się małżeńskie łóżko, na środku stał stolik z krzesłami, wieszak na ubrania, telewizor i duże lustro. Wyposażenie łazienki było nieco bardzie bogate: stał w niej prysznic, toaleta oraz bidet, umywalka z lustrem oraz szafeczka z półkami. Na wyposażeniu były ręczniki i suszarka do włosów, a także podstawowe artykuły kosmetyczne. 


Widać było, że wyposażenie pokoju jest nowe i praktycznie nie nosiło znamion używania. W pomieszczeniach było także nad wyraz czysto. Moim głównym zarzutem było jednak oświetlenie. Prezentowane przeze mnie zdjęcia zostały już rozjaśnione, ale mimo to widać, że pomieszczenia są ciemne. Niestety pokój był urządzony bardziej na stylowo niż praktycznie. Lampki świeciły ledami, które nie dają żadnego oświetlenia. Wyglądają one ciekawie, ale po dwóch dniach nasze oczy zaczynały się nimi męczyć. Łazienka była równie ciemna i nie było możliwości chociażby się pomalować. Tak, jak wspomniałam w pokoju nie było ani grama praktyczności. Dobrym przykładem jest tutaj wieszak na ubrania z miejscem na zaledwie 5 kurtek. Nie pomyślano o postawieniu szafy na rozpakowanie rzeczy, więc musieliśmy trzymać je w torbie przez cały wyjazd.



Utrudnieniem dla gości mogło by również umiejscowienie pensjonatu tuż przy torach kolejowych. Wieczorami (mniej więcej do 22:30) było słychać przejeżdżające pociągi. Nie wiem do końca, czy po tej godzinie przestawały jeździć, czy też my mieliśmy twardy sen, lecz w nocy nam to nie przeszkadzało. Muszę jednak zaznaczyć, że łóżko było jednym z wygodniejszych, jakie trafiły nam się podczas naszych podróży. W tym miejscu wyspałam się za wszystkie czasy. Po rozkręceniu grzejników było tam także przyjemnie ciepło. W pokoju mieliśmy również bardzo dobre połączenie z darmowym wi-fi. Warto jest zaznaczyć, że w Weronie hotele pobierają opłatę turystyczną. Widziałam różne ceny w hotelach. U nas wynosiła ona minimalny połap: 2.50 euro za noc za osobę.


Prawdziwym zaskoczeniem było dla nas śniadanie. Niestety nie posiadam żadnych zdjęć kuchni ani jedzenia, gdyż to pomieszczenie było cały czas pełne ludzi, a ja nie chciałam przeszkadzam im w posiłku. Musicie mi jednak uwierzyć na słowo, że panowała tam prawdziwie domowa atmosfera. Goście wyciągali sobie talerzyki i sztućce z szafek, grzebali w lodówkach w poszukiwaniu produktów, na które mają ochotę. W jednej z nich był ogromny wybór soków owocowych i jogurtów. Imponująco wyglądał także automat do przygotowywania kawy i gorącej czekolady. Była świeżo przygotowywana na życzenie jajecznica, tosty, a furrorę zrobiły pieczone w naszej obecności świeżutkie croissanty, które trafiały jeszcze ciepłe na nasze talerze. Smakowały obłędnie! Śniadania niewątpliwie podwyższyły moją ocenę tego miejsca. 


Mimo kilku utrudnień, które zauważyliśmy podczas pobytu w tym pensjonacie, wyjazd oraz nocleg w La Magnolia oceniamy bardzo pozytywnie. Już w następnym poście dowiecie się, w jaki sposób spędziliśmy pierwsze godziny w Weronie i jakie miejsce stało się naszym pierwszym zwiedzonym celem. Serdecznie zapraszam!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...