niedziela, 30 października 2016

Październikowa poczta

Moi drodzy!

Koniec miesiąca to zawsze czas podsumowań. Współpracując z kilkoma stronami internetowymi i będąc osobą aktywną w internecie i na portalach społecznościowych, otrzymuje się czasem mniej, a czasem bardziej przydatne rzeczy. Jest to fakt, którego nie powinno się ukrywać. Mnie również zdarza się otrzymać jakieś gratisy, a nie wszystkie ostatecznie trafiają na bloga. Pomyślałam zatem, że wpis zbierający pocztę z całego miesiąca będzie fajnym podsumowaniem i być może wypatrzycie w nim coś ciekawego. W październiku otrzymałam kilka produktów, którymi chciałabym się z Wami podzielić. Dwa z nich zostały mi przysłane w wyniku współprac, reszta została zamówiona przeze mnie, a nawet pojawił się jeden prezent. Pierwszy raz publikuję tego rodzaju wpis i skrycie wierzę, że przypadnie on Wam do gustu na tyle, że będę mogła systematycznie go dla Was przygotowywać.

Zapraszam na przegląd mojej październikowej poczty!

1) Krem do rąk Dr Hauschka

Za pośrednictwem strony Utopia i uprzejmości marki Dr Hauschka otrzymałam krem do rąk o pojemności 10 ml. Produkt używać można wielokrotnie w ciągu dnia. Powinien szybko się wchłaniać i nie zostawiać tłustej warstwy na skórze. W składzie znajdziemy wyciąg z prawoślazu i żyworodki, a także olejek migdałowy i jojoba. Tak się złożyło, że już mam jedno opakowanie tego samego kremu, ale żadnego jeszcze nie otworzyłam. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki, by okazał się on świetnym produktem.


2) Antyperspirant Sanex

Strona Toluna, o której pisałam Wam już w >>TYM POSCIE<<, przysłała mi do przetestowania kolejny produkt, którym jest antyperspirant w kulce marki Sanex. Produkt jak i marka nie były mi wcześniej znane, ale z tego co zdążyłam się zorientować, są one dostępne również w Polsce. Tym chętniej moją opinię na jego temat opiszę w kolejnym wpisie z „Testownii” - oczywiście, gdy bliżej się z nim zapoznam. Póki co mogę powiedzieć, że produkt jest podręczny i leciutki, a w jego składzie nie znajdują się parabeny, aluminium ani alkohol. Antyperspirant ma pojemność 50 ml.


3) Slow Age Vichy

Przez zupełny przypadek, wchodząc na szwajcarską stronę marki Vichy, trafiłam na opis najnowszego produktu Slow Age. Okazało się, że istnieje opcja zamówienia próbki tego kosmetyku, z której chętnie skorzystałam. Na stronie znajdziemy informacje, że Slow Age jest pierwszym produktem pielęgnacyjnym, który opóźni oznaki starzenia się skóry takie jak: pierwsze zmarszczki, przebarwienia czy utrata sprężystości. Produkt przeznaczony jest do skóry wrażliwej, jest hipoalergiczny i nie zawiera parabenów. W składzie mamy natomiast do czynienia z działaniem Bajkaliny, Bifidusa i wody termalnej.



























4) Case na telefon

Za umieszczenie tej rzeczy na pocztowej liście odpowiedzialna jest moja mama. Zrobiła mi ona taki bezokazyjny prezent i tym samym drogą pocztową znalazł się on w moim posiadaniu. Śliczna żelowa obudowa w intensywnie czerwonym kolorze z uroczo mieniącymi się drobinkami zdobi już mój telefon. Pochodzi ona ze sklepu Goospery. Muszę pochwalić ją za idealnie umiejscowione wycięcia na przyciski (w przypadku poprzedniej obudowy musiałam ją ściągać przy ładowaniu, ponieważ kabel samoistnie się odłączał). Dziękuję, mamo!


5) Zestaw map

Wyjeżdżając na naszą szybciutką wycieczkę, skorzystałam z wcześniej nieznanej mi opcji. Zawsze do organizacji wyjazdów używałam map Google, jednak już od dawna (czytaj: od wprowadzenia obecnej aktualizacji) brakuje mi wielu istotnych funkcji. Jedną z nich jest możliwość umieszczenia więcej niż 10 punktów na trasie (chyba, że można to zmienić, a ja o tym nie wiem?). Tym razem, przeglądając turystyczne strony miast, do których się wybieraliśmy, natrafiłam na opcję pakietu, który można było zamówić sobie do domu. Jego skład w zależności od miasta był mniej lub bardziej różnorodny, ale mnie interesowała jedna rzecz: mapa z centrum miasta, na której widać będzie nazwę każdej ulicy. Każde miasto dorzuciło od siebie również materiały reklamowe, broszurki i prospekty. Takie zestawy otrzymałam z Colmar, Nancy i Trewiru. Mapy bardzo dobrze nam się sprawdziły i nie mieliśmy ani przez moment problemu ze zgubieniem wcześniej wyznaczonej trasy. Polecam tę opcję każdemu turyście, zwłaszcza, iż jest ona bezpłatna.
























Mam nadzieję, że wśród tych rzeczy dojrzeliście coś, co Was zainteresowało. Chętnie przeczytam Wasze opinie w komentarzach! A co trafiło w tym miesiącu do Waszych skrzynek pocztowych i wywołało największą radość?

piątek, 28 października 2016

Kupione-zapomniane #3

Przygotowałam dziś dla Was kolejny post z serii „Kupione-zapomniane”. Tym razem jednak zapominalska nie okaże się ja, lecz ktoś zupełnie inny. Jeśli chcecie usłyszeć tę historię, to musicie przeczytać ten post. A co w nim? Dawka butów i akcesoriów. Jak wiadomo buty to ta część garderoby, która lubi być wymieniana po każdym sezonie. Te, zaprezentowane przeze mnie, przeżyły już 4, ale czy na pewno wszystkie mają się dobrze? Po lewej stronie zauważyć możecie zdjęcia wykonane 2 lata temu, a po prawej obecny wygląd tych samych rzeczy.

Zapraszam na post!

-> Czarne baleriny

Kupione zostały w Dosenbach, czyli szwajcarskim odpowiedniku Deichmanna i pochodzą z serii Graceland. Trafiłam na nie w czasie wyprzedaży i dorwałam ostatnią parę, która o dziwo okazała się być w moim rozmiarze, za jedyne 9.90 fr. Zakup (jak za taką cenę) uważam za udany. Baleriny wyciągam każdej wiosny oraz w pogodne jesienne dni i chętnie je noszę. Są one wygodne i praktyczne (pasują niemal do wszystkiego). Po takim czasie używania spodziewałabym się, że dawno się rozlecą, a tu miła niespodzianka: w dalszym ciągu dobrze się trzymają. Nie mają nawet pozdzieranych czubków, co występuje u mnie dość często.



-> Brązowe buty na obcasie

Byłyby to całkiem zwyczajne buty, gdyby nie charakterystyczny suwak, przechodzący przez ich tylną część. Dzięki mini-platformie, którą posiadają, są one jednymi z wygodniejszych butów na obcasie, w jakich było mi dane chodzić. Choć muszę przyznać, że za wiele też ich nie było. Należę do osób, które cenią sobie wygodę i komfort ponad wygląd, a zamiast na vipowskie kolacje wolę chodzić na piesze wędrówki, dlatego owe buty miałam na sobie raptem kilka razy i nie zdążyłam ich zepsuć.



-> Buty na jesień

Patrząc na te buty, nie do końca rozumiem, co kupujący miał na myśli... Miały być to jesienne buty, ze względu na powłokę, chroniącą przed przemoknięciem, która znajduje się w środku. Są one również dość wysokie, co dodatkowo miało stanowić ich zaletę na tę porę roku. Kolor – iście jesienny. Ale co zrobić, jeśli mi z nimi nie po drodze? Kilka razy sprawdziły się w drodze do pracy, jednak mogłam sobie darować ten zakup.



-> Adidasy

Byłam przeszczęśliwa, kupując te buty w sklepie My Shoes, którego niestety nie ma już w mojej okolicy. Można było dostać w nim markowe buty za bardzo przystępne ceny (te np. kosztowały 29.90 fr.). Pochodzą one z serii Neo Adidas i od razu wiedziałam, że przeznaczę je do pracy. Zaczynałam wtedy pracować w miejscu, gdzie musiałam być w ciągłym ruchu przez 8 h, a więc potrzebowałam wygodnych butów, które w dodatku byłyby ciepłe (nadchodziła zima). Te adidasy spełniły moje wszystkie oczekiwania, prócz jednego... Po trzech miesiącach totalnie się rozkleiły do tego stopnia, że odleciała praktycznie połowa podeszwy. 



-> Bransoletka z kolorowymi kostkami

Czyż to nie wygląda uroczo? Gdy tylko ją zobaczyłam, pomyślałam, że mogę ją sprezentować mojej młodszej siostrze. Siostrzyczka ucieszyła się bardzo. Bransoletka jej się spodobała – jest sukces! Pisząc ten post, udałam się do niej z zapytaniem, czy ma jeszcze tę bransoletkę i czy mogłaby zrobić jej zdjęcie na potrzeby tego postu. Ona jednak z żalem stwierdziła, że zapomniała, gdzie ją położyła. Zapominalstwo to chyba nasza rodzinna cecha.


-> Seledynowa apaszka

To kolejny niedrogi, aczkolwiek udany zakup. Pochodzi on z Tally Weijl i zapłaciłam za niego całe 3 fr. Do mojego ubioru powraca każdej wiosny, głównie ze względu na swój pozytywny odcień. Jak na niego patrzę, to od razu wiosennie się nastrajam. Apaszka jest wykonana z lekkiego materiału, więc w zimne dni niekoniecznie się sprawdza. 



-> Czarne kozaki

To jeden z tych zakupów, których mogę żałować, zwłaszcza, że był to dość spory wydatek. Zachciało mi się czarnych, długich kozaków, a że szła zima to ceny butów sezonowych były wysokie. Ostatecznie po bezowocnych poszukiwaniach zdecydowałam się na te. Praktycznie tylko ze względu na to, że nie było nic ciekawszego. Sama siebie przestrzegam teraz przed takim zachowaniem, gdyż koniec końców miałam je na sobie raz!



-> Czarne rękawiczki

Te rękawiczki są przez mnie dość często używane zimą, co w sumie widać. W kilku miejscach są one już bardzo pozaciągane. Są długie i bardzo ciepłe. Chronią dłonie przed mrozem i zimnem. W moich zimowych zapasach mam jeszcze inne rękawiczki w podobnym stylu, które chętniej zakładam. Te wyglądają już na znoszone i z pewnością nie dotrwają do przyszłej zimy.

















A Wy jak często wymieniacie swoje buty i akcesoria? Są to w Waszym przypadku sezonowe zakupy, czy raczej starczają na lata?

środa, 26 października 2016

Z przymrużeniem oka #1 - Bez czego nie przeżyję w Szwajcarii?

W ostatnim czasie na blogu pojawia się sporo tematów, które podsuwa mi moje życie. Dziś chciałabym przedstawić Wam post z cyklu tych luźniejszych pod roboczym tytułem „Z przymrużeniem oka”. Będziecie mogli przeczytać, bez czego nie jestem w stanie przeżyć w Szwajcarii. Oczywiście proszę Was byście nie brali tego zbyt dosłownie, bo jak wiadomo do wszystkiego można się przyzwyczaić. Jednak jadąc do Polski, zawsze przywożę ze sobą kilka rzeczy, o których chciałabym napisać parę słów. Skupię się tutaj na jednej z ważniejszych i zarazem najprzyjemniejszych kwestii życiowych, czyli jedzeniu! Ten post w pewnym stopniu pokryje się z postem „Czego nie kupisz w Szwajcarii?” (LINK), bo z pewnością jest to główny powód do przywożenia produktów z Polski. Postaram się przedstawić listę rzeczy, które koniecznie podczas każdego pobytu w Polsce musimy kupić z krótkim wyjaśnieniem, dlaczego to robimy i odniesieniem do ewentualnych szwajcarskich odpowiedników.

Zapraszam Was zatem do zaglądnięcia do mojego sklepowego koszyka!

Krótka historia

Będąc świeżo upieczoną mieszkanką Szwajcarii, do Polski jeździłam bardzo często. Praktycznie raz na 3 miesiące pojawiałam się w ojczyźnie. Raz nawet spędziłam ponad 2 miesięczny urlop w kraju. Ta sytuacja powodowała, że większość produktów w mojej kuchni pochodziła z Polski i nie wyobrażałam sobie sytuacji, w której musiałabym obejść się bez jakiegokolwiek produktu. Sytuacja jednak uległa zmianie, częstotliwość wyjazdów do Polski zmalała, a ja musiałam zapoznać się ze szwajcarskimi produktami. Wtedy też odkryłam, że nie muszę robić miliona zapasów polskiej żywności, jak gdybym szykowała się na wybuch elektrowni atomowej (co swoją drogą jest całkiem prawdopodobne). Ostatecznie staram się ograniczać ilość przywożonych produktów. Wiele z nich nie kupuję ze względu na kiepską jakość, inne z kolei mogę dostać na miejscu w bardzo podobnej cenie.

Co przywożę zatem z Polski?

1) Kasza (różne rodzaje)

W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do różnych rodzajów kaszy, która stanowi świetny element obiadu. Kasza jęczmienna, jaglana, gryczana... Kilka opakowań kaszy kupuję dla siebie podczas każdego pobytu w Polsce. Często też jestem proszona o przywiezienie zapasów znajomym do tego stopnia, że ostatnio przywiozłam 18 dużych opakowań kaszy. Celnicy z pewnością pomyśleliby, że prowadzę nielegalny handel.


Szwajcarska alternatywa: W szwajcarskich supermarketach znaleźć można ogromne regały z przeróżnymi rodzajami ryżu i to ten produkt jest tutaj najbardziej popularny: od małych opakowań do 5 kg paczek w różnych wersjach smakowych i przeznaczonych do rozmaitych celów. Wśród kasz znajdziemy kaszę kuskus oraz mąkę kukurydzianą, przeznaczoną do przyrządzenia Polenty. Komosa ryżowa (Quinoa) jest również łatwo dostępna.

2) Ketchup Pudliszki (zawsze łagodny)

Tutaj nastąpi małe lokowanie produktu. Osobiście uważam, że ketchup tej marki jest najlepszy i gdy go zabraknie, nie używam żadnego innego. Wypróbowałam wiele produktów i żadne Heinzy i inne firmy nie dorównują polskim Pudliszkom.


Szwajcarska alternatywa: Najbardziej powszechnie występującą marką jest właśnie Heinz. Po za nim znaleźć można marki własne supermarketów. Niestety smak żadnej z nich mi nie odpowiada.

3) Majonez

Polski majonez Winiary jest również chętnie przywożony przez rodaków. Pytając się znajomych, czy przywieźć im coś z Polski, majonez Winiary jest drugim produktem (tuż po papierosach), który zawsze pojawia się w odpowiedzi.


Szwajcarska alternatywa: Prawie wszystkie rodzaje majonezu dostępnego w Szwajcarii to produkt wprost z tubki – niczym pasta do zębów. Prym wiedzie tutaj marka Thommy. Ich majonezy smakują inaczej niż znane nam polskie produkty, jednak w naszej lodowce często występują, a Winiary stanowi czysty rarytas.

4) Bułka tarta

Mam swój sprawdzony produkt z Polski, który zawsze kupuję i jest nim bułka tarta z Lidla. Przedstawiona na zdjęciu bułka została zakupiona dla mnie przez znajomych, którym nie dałam odpowiednich wytycznych.


Szwajcarska alternatywa: Do panierowania używa się tutaj mąki panierowanej (Paniermehl) lub gotowych mieszanek (Paniermischung). Szczerze mówiąc, jakoś mi z nimi nie po drodze i wolę używać sprawdzonego produktu, a gdy już go zabraknie, samemu przygotować domowym sposobem.

5) Makaron Lubella Spaghetti nr 4

Co tu dużo kryć: uwielbiam! Bardzo smakują mi makarony Lubella i o ile innych rodzajów makaronu tak bardzo mi nie brakuje, to makaron do spaghetti jest musem, który ściągam z polskiej półki. Gdy się on skończy, to oczywiście kupuję makaron innej marki, ale z chęcią powracam do Lubelli.


Szwajcarska alternatywa: Na miejscu istnieje spory wybór firm, produkujących makarony. Osobiście decyduję się najczęściej na Barillę.

6) Kisiele, budynie, galaretki

Nie mogę powiedzieć, bym spożywała tego typu produkty w nadmiernych ilościach, jednakże lubię mieć pod ręką coś na osłodę i rozgrzanie (zwłaszcza w chłodne, zimowe wieczory). Na galaretki nachodzi mnie z kolei ochota latem. Ciasto z galaretką i owocami – coś pysznego!


Szwajcarska alternatywa: Takich produktów w Szwajcarii nie ma. Pamiętam zdziwienie, gdy przyniosłam kiedyś ciasto z galaretką w odwiedziny („Bo, czy to w ogóle się je?”). Widziałam jedynie środek żelujący, który dodaje się w celu uzyskania konsystencji konfitury. Coś na kształt budyniu znajduje się tu w saszetkach o nazwie Pudding. Całość starcza na 4 – 5 porcji i miesza się to z mlekiem. W przypadku wersji czekoladowej smakuje to bardziej jak mus czekoladowy. Jak to się mówi, na bezrybiu i rak ryba. 

7) Sosy z torebki

I tutaj mogę zostać zrugana, ale... niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nigdy żadnego nie użył. Przydaje się mieć je pod ręką, gdy brak czasu czy ochoty na gotowanie, a obiad trzeba przygotować. Najczęściej kupuję sosy Knorra. Borowikowy jest przepyszny.


Szwajcarska alternatywa: Jeśli chodzi o sosy w torebkach, to w Szwajcarii również ich nie brakuje. Jednak szwajcarski a polski „Knorr” to dwie różne bajki. Spotkałam się wielokrotnie z opiniami, że są one po prostu mało smaczne. Osobiście lubię jeden z sosów pieczeniowych z pieczarkami, ale cena nie jest specjalnie zachęcająca do kupna (grubo ponad 2 franki za szt.).

8) Chipsy Lay's Zielona Cebulka

Uwaga! Wiadomość z ostatniej chwili! Lay'sy nie są już tymi samymi Lay'sami, co kilka lat temu! Spokojnie moglibyśmy pracować jako degustatorzy Lay'sów. Praktycznie z każdej wyprawy do Polski przywoziliśmy pełen karton Megapaki. Teraz ta liczba nie jest już taka duża, a po spróbowaniu ostatniej partii stwierdziliśmy, że smak niestety uległ pogorszeniu...


Szwajcarska alternatywa: W Szwajcarii nie ma słonych przekąsek, które by mi smakowały. Główne smaki, z jakimi można się spotkać, to chipsy paprykowe, solone i ziemniaczane. Marka Lay's z kolei w ogóle nie występuje. Jedyne na co od czasu do czasu najdzie mnie ochota to prażynkowe niedźwiadki :D

9) Pierogi ruskie i gołąbki w słoikach

Tych produktów nie kupujemy w nadmiernych ilościach, ale dla obojga z nas jest to smak dzieciństwa, który możemy podarować sobie na obczyźnie. W dodatku szybki obiadek dla zapracowanych ludzi.

Brak szwajcarskiej alternatywy.

10) Polskie słodycze: Wedel, wafelki: „Grześki”, „Góralki”, „Princessa”, wafle „Familijne”, cukierki na wagę, orzechowe rurki waflowe.

Kto jak kto, ale taka maniaczka słodkości nie może nie zaopatrzyć się w polskie słodycze. Często bywam skuszona przez aktualne promocje czy nowości, które wpadną mi w oko, jak i nietypowe smaki. Wyżej wymienione produkty najczęściej wpadają do mojego koszyka i co tu dużo mówić, sprawiają mi nie lada przyjemność.


Szwajcarska alternatywa: W tym temacie Szwajcaria również nie ma zbyt dużo do zaoferowania. Jedyną słodkością, którą wolę kupić tutaj jest czekolada (co raczej dziwić nie powinno). Praktycznie zawsze w moim domu znaleźć można jakieś produkty Kinder np. Kinder Bueno (mmm...), które nie należą do najtańszych, ale są często dostępne na promocjach i smakują najlepiej z dostępnych słodkich przekąsek. Bardzo mało jest tu z kolei batoników czy wafelków „na raz” (typu wspomniana wcześniej Princessa).

11) Lekarstwa

Wszelkie lekarstwa, tabletki czy suplementy kupuję zawsze w Polsce.


Szwajcarska alternatywa: Po pierwsze leki są ciężko dostępne bez recepty. Tabletki przeciwbólowe są z kolei bardzo słabe i na migrenowy ból głowy nie pomoże nawet zażycie całego opakowania. W zapas specyfików, zażywanych przy przeziębieniu, jest o wiele korzystniej zaopatrzyć się w Polsce i nie trzeba do tego celu odwiedzać lekarza.

12) Książki

Fakt umieszczenia książek w tym spisie nie powinien nikogo dziwić. Praktycznie z każdego wyjazdu przywożę jakąś książkę, którą kupiłam, bądź dostałam.


Szwajcarska alternatywa: Wiele osób tęskni w Szwajcarii za polską literaturą i ubolewam, że nie ma żadnych miejsc, gdzie można byłoby ją dostać (mimo, iż księgarnie oferują dużą gamę zagranicznych lektur w różnych językach – najwidoczniej jest nas jeszcze za mało w tym kraju). Oczywiście możemy sięgnąć po literaturę niemiecką, tudzież szwajcarską, bo książki pisane dialektem też istnieją. O ile przy początkowej fazie fascynacji językiem obcym jest to coś bardzo fajnego, to po jakimś czasie chęć kontaktu z językiem ojczystym jest tak wielka, że czyta się nawet etykiety środków czystości, przywiezionych niegdyś z kraju.

Na sam koniec muszę jednak zaznaczyć, że są również produkty, których nigdy nie kupuję w Polsce. Po wielu przykrych nieraz doświadczeniach, jak i ze względu na różnice w jakości produktów nie przywożę: mięsa, chleba, większości produktów, które należy przechowywać w lodowce (takich jak śmietana), warzyw i owoców, gotowych ciast w proszku (stokrotnie wolę upiec coś swojego), czy podstawy w kuchni typu sól, pieprz, cukier. Nie zdarzyło mi się nigdy wwozić do Szwajcarii napoi i wody, jajek, miodu (na miejscu dostanę produkty świetnej jakości), proszku do prania, worków na śmieci itp.

A Wy bez jakich produktów nie potrafilibyście żyć? Jeśli również nie mieszkacie w Polsce, to jakie produkty zabieracie ze sobą z urlopu spędzonego w ojczyźnie? Za czym najbardziej tęsknicie? 

poniedziałek, 24 października 2016

Co (nie)warto przeczytać? #1

Jeszcze nigdy na blogu nie pojawiła się żadna książkowa recenzja. Dziś postanowiłam zrobić mały wyjątek i przedstawić Wam 3 dość znane pozycje czytelnicze, które w ostatnim czasie przeczytałam. Muszę Wam się przyznać, że kiedyś czytałam o wiele częściej i ilość książek, która przewijała się przez moje ręce była naprawdę imponująca. Obecnie brak czasu i wiele zajęć, które muszę wykonać w konkretnym czasie, powodują, że rzadziej sięgam po lekturę. Staram się jednak w miarę możliwości mieć nadal kontakt z książką. By nie poświęcać jednej recenzji całego wpisu, zdecydowałam się na umieszczenie w dzisiejszym poście trzech pozycji. Mam nadzieję, że post będzie dla Was pomocny.

Zapraszam Was na krótką recenzję trzech książek!

1) Lekcje Mademe Chic
Autor: Jennifer L. Scoot
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 296
Cena: 32,90 zł


Przyjemna lektura, która łączy w sobie elementy opowieści i poradnika. Młoda Amerykanka wyjeżdża do Francji i zamieszkuje z rodziną Chic. Owa rodzina reprezentuje styl francuskiej elegancji nie tylko w ubiorze, ale przede wszystkim w swym zachowaniu, a bohaterka rozpoczyna naukę dobrych manier. Książka zawiera jej wspomnienia z okresu pobytu we Francji, pisane przez dorosłą już kobietę.

Lektura podzielona jest na rozdziały, z których każdy dotyczy innej sfery życia codziennego. Serię porad autorki dopełniają historie popełnianych przez nią gaf, czy zaobserwowanych (nietypowych według niej) zachowań Francuzów. Każdy rozdział kończy się podsumowaniem w formie punktów z najważniejszymi radami do zapamiętania.

Książka napisana jest bardzo prostym i przyjemnym językiem. Osobiście nieco przeszkadzały mi francuskie wtrącenia, które nie zostały przetłumaczone – Jak dla mnie powinna być do nich adnotacja na dole strony. Podzielenie treści na rozdziały, a następnie na krótkie podrozdziały oraz wyodrębnienie najważniejszych informacji na końcu (do których można powracać po skończeniu czytania książki) uważam za udane. Tematy, których można spodziewać się w książce to: kwestie jedzenia, a przede wszystkim podjadania, aktywność fizyczna, odnalezienie własnego stylu, sztuka, a także obowiązki i przyjemności w życiu. W książce przeczytacie również porady, dotyczące pielęgnacji cery, ogólnego wyglądu i szeroko pojętej kobiecości. Za przykład niech posłuży poradnik, jak stworzyć niewidoczny makijaż.

Choć nie ze wszystkimi radami, zamieszczonymi w książce zgadzam się w 100%, to ciekawymi tematami były dla mnie: stworzenie dziesięcioelementowej garderoby, porady dotyczące przyjmowania gości oraz sposoby walki z konsumpcjonizmem.

Szczerze mówiąc, wiele z tych rad stosowałam już wcześniej i książka nie zmieniła mojego podejścia do życia, czy też dzięki niej nie przekształciłam się z bałaganiary w osobę perfekcyjnie zorganizowaną, ale była to przyjemna i lekka książka, która zachęciła mnie do przeczytania kolejnych części.


2) Aleja Chanel N 5
Autor: Daniela Farnese
Wydawnictwo: Ole
Liczba stron: 352
Cena: 39,99 zł



Opowieść o 30-letniej kobiecie, Rebecce, która przeprowadza się do Mediolanu w pogoni za ukochanym. Niestety, jak to często bywa w takich sytuacjach, okazuje się, że mężczyzna jej życia wymienił ją już na lepszy model, a kobiecie ze złamanym sercem przychodzi pracować przy organizacji ślubów. W świecie fikcji literackiej każda bohaterka jest jednak łamaczką męskich serc, tak więc również w otoczeniu Rebeccy zaczynają się pojawiać co rusz nowi partnerzy. Jej życie zamienia się w ciąg randek i rozpaczy: „Chcę z nim być” - „Rozstaję się z nim” i tak w kółko.

Tę książkę męczyłam niemiłosiernie. Być może będąc 15-latką, przeżywającą swe pierwsze miłosne podrygi serca mogłabym uznać, że ta książka jest dobra. Będąc jednak w tym momencie mego życia, uważam, że zmarnowałam na nią czas. Główna bohaterka nie zyskuje sympatii ani przy pierwszym, ani nawet przy ostatnim spotkaniu. Jest płytka i próżna. Ocenia inne kobiety przez pryzmat typowych stereotypów piękna: kobieta nosząca rozmiar 42 jest obleśna i nie może podobać się mężczyznom. Sama upokarza się przed mężczyznami, co u mnie wywołuje chęć stanięcia przed nią i uderzenia w twarz. Być może jest to kwestia mojego podejścia do życia, ale opisów użalania się nad sobą Rebeccy nie mogłam znieść i w połowie książki duże jej fragmenty po prostu omijałam. Jednak nawet przy takiej lekturze naszła mnie refleksja: dlaczego istnieją kobiety, które mają w głowie przekonanie, że bez mężczyzny nic nie znaczą? Dlaczego nie cieszą się wolnością, tylko szukają na siłę faceta, który w ostateczności nie szanuje jej i zdradza za jej plecami? Bohaterka jest właśnie tego typu osobą.




Książka jest okropnie przewidywalna. Przez trzy rozdziały mowa o tajemnicy, która dla mnie jest logiczna już po pierwszym zdaniu, ale oczywiście nikt o tym nie wie i niczego się nie domyśla. W dodatku panuje w niej nadmiar homoseksualizmu. Jestem raczej tolerancyjna i nie przeszkadzają mi tacy ludzie, ale jeśli wśród trójki przyjaciół występuje gej i lesbijka, to dla mnie trochę zbyt duże natężenie.


Książka określana jest jako „Powieść z klasą”. Nawet nie wiem, jak się do tego odnieść. Domyślam się, że miał o tym świadczyć fakt, że Rebecca pachnie i ubiera się jak Chanel. Ostatecznie zamiast myśleć o niej „kobieta z klasą”, wywołuje to raczej porównanie do płytkiej dziewuszki, która stawia dobry wygląd i drogie ciuchy ponad inteligencję. Zdecydowanie nie polecam tej książki inteligentnym kobietom, znającym swoją wartość.

3) Red Lipstick Monster. Tajniki makijażu
Autor: Ewa Grzelakowska-Kostoglu
Wydawnictwo: Flow Books
Liczba stron: 198
Cena: 42,90 zł



Poradnik znanej youtuberki zrobił chyba największy „boom” wśród książkowych nowości minionego roku. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskich kanałów beauty, która sama przeszła ogromną metamorfozę, postanowiła wydać książkę (naturalnie o tematyce kosmetycznej). Tajniki makijażu to prawie 200 stron porad Ewy. W książce wyróżnić można 10 głównych tematów, a autorka porusza w niej najbardziej podstawowe błędy i problemy, z którymi spotyka się każda kobieta, rozpoczynająca przygodę z makijażem.

Książka zachęca do wypróbowania trików w praktyce oraz do interakcji z lekturą. Świadczy o tym chociażby pierwsza strona, na której czytelniczka powinna zamieścić swoje problemy i cele makijażowe. Całość przyciąga dużą ilością pięknie wykonanych zdjęć. Nie znajdziemy w niej jednak fotografii czy instrukcji „Krok po kroku”, jak wykonać konkretny make-up. Ewa porusza za to tematy takie jak: trwałość makijażu, wykonywanie makijażu pędzlami, dobór odpowiedniego podkładu, korektora, cieni do powiek czy pomadki i konturowanie twarzy. Z książki dowiedzieć można się, jak stworzyć idealną kreskę na oku, dobrać odpowiedni kształt brwi do twarzy oraz jak powinna malować się okularnica. Każdy rozdział zakończony jest odnośnikiem w postaci linków do filmów youtuberki na jej kanale. Całość kończy słowniczek, zawierający wytłumaczenia kosmetycznych pojęć.




Ten poradnik to dobra pozycja do zaznajomienia się z tematem makijażu. Gdy ja w wieku nastoletnim zaczynałam stawiać swe pierwsze kroki w tej dziedzinie, zdecydowanie brakowało takich pomocy. Życzyłabym sobie wtedy takiej lektury, która wyjaśniłaby pewne kwestie i nie musiałabym wypróbowywać na sobie produktów kosmetycznych na zasadzie prób i błędów. Dzisiaj dostęp do takich informacji jest o wiele bardziej dostępny i wiele kobiet, włączając chociażby wspomniany YouTube, może zasięgnąć wiedzy w temacie make-upu. Ta książka może być rozczarowaniem dla tych, które wiedzą już wystarczająco dużo o makijażu i malują się na co dzień. Uważam jednak, że będzie to świetne wprowadzenie dla nastolatek, by nie robiły sobie krzywdy poprzez chociażby nieodpowiedni dobór kosmetyków. Ja również znalazłam w tej książce kilka trików, które zaczęłam u siebie stosować. W przypadku tego poradnika nie można jednak nastawiać się na długotrwałą lekturę, gdyż czyta się ją bardzo szybko i spokojnie można ją pochłonąć w jedno popołudnie.

Podsumowując, jeśli dopiero zaczynasz się malować i nie masz żadnej wiedzy na ten temat, chcesz przypomnieć sobie postawy makijażu, bądź po prostu uwielbiasz RLM, możesz sięgnąć po ten poradnik.

Znacie którąś z tych książek? Jakie są Wasze opinie na ich temat?

sobota, 22 października 2016

Leksykon kosmetyczny / Kosmetiklexikon - Pielęgnacja ust / Lippenpflege

W Szwajcarii jest 5 marek kosmetycznych, które specjalizują się w pielęgnacji ust. 
In der Schweiz gibt es 5 Kosmetikmarken, die sich für Lippenpflege spezialisieren.

1) Blistex

Blistex to marka, która jest nominowana do szwajcarskiej nagrody Annabelle Prix de Beauté 2016. Firma jest przedsiębiorstwem rodzinnym, które założone zostało w roku 1947 w USA, a obecnie sprzedawane jest w 80 krajach na świecie. Blistex to produkt nr 1 w kategorii pielęgnacji ust w Australii. W Szwajcarii istnieje na rynku kosmetycznym od 25 lat. Można ją kupić w sieci supermarketów Migros, Manor oraz w aptekach. W gamie ich produktów znaleźć można wszystko, co związane jest z pielęgnacją ust. Balsam do suchych ust, sztyft do ust, wymagających specjalnej kuracji, odżywka w słoiczku, nadająca ustom jedwabistą miękkość, ochronna pomadka z SPF 30 czy najnowsza pomadka medyczna, przywracająca nawilżenie ust. To produkty, które produkowane są przez tę markę. Na stronie internetowej blistex.ch można się dowiedzieć, jak zbudowane są usta i co zrobić, by utrzymać je w idealnym stanie. Możesz również przeczytać kilka ciekawostek, np. dlaczego usta stają się niebieskie od zimna.



Blistex ist eine Marke, die für Annabelle Prix de Beauté 2016 nominiert wurde. Die Firma ist ein Familienunternehmen, das 1947 in den USA gegründet wurde. Zurzeit verkauft Blistex seine Produkte weltweit in 80 Länder. Die Marke ist Nr 1 in der Lippenpflege in Australien. In der Schweiz ist sie seit 25 Jahren. Man kann sie in Migros, Manor oder Apotheken kaufen. Alle Produkte von Blistex drehen sich um Lippenpflege. Lippenbalsam, Lippen-Stick, Conditioner, Protect Plus mit LSF 30 oder die Neuheit MedPlus sind von der Marke hergestellt. Auf der Webseite blistex.ch kann man erfahren, welche Bestandteile Lippen haben und was man machen kann, um sie gesund zu halten. Man kann dort auch viele Neuigkeiten finden z.B. warum bekommen Menschen blaue Lippen, wenn es kalt ist.

2) Labello 

Labello to marka kosmetyków pielęgnacyjnych do ust, działająca pod tą nazwą na terenie Niemiec, Szwajcarii i Austrii. W innych krajach europejskich, Japonii i USA ich produkty sprzedawane są pod szyldem Nivea. Firma została utworzona już ponad 100 lat temu przez dr Oscara Troplowitza, a obecnie należy do koncernu Beiersdorf. Słowo „Labello” pochodzi od łacińskiego połączenia nazw „labium” = usta i „bellus” = piękny. Marka Labello oferuje pomadki ochronne w sztyfcie (Original, Hydro Care, Repair, Sun Protect, Milk&Honey, Kamille, Pearly Shine, Care&Color Red, Nude, Neon) oraz masełka do ust (Original, Vanilla&Macadamia, Raspberry Rose, Coconut, Red). Produkty Labello można kupić w każdym supermarkecie. Na stronie de.labello.ch przeczytać można masę artykułów, których tematyka związana jest z ustami i ich pielęgnacją.























Labello ist eine Kosmetikmarke für Lippenpflege, die in Deutschland, Österreich und in der Schweiz unter diesem Namen erhältlich ist. In anderen europäischen Länder, sowie auch in den USA und Japan sind ihre Produkte unter dem Namen Nivea verkauft. Die Geschichte der Firma hat schon über 100 Jahren. Sie wurde von Dr Oscar Troplowitz gegründet und heutzutage gehört sie dem Konzern Beiersdorf. Das Wort Labello kommt von den lateinischen Wörtern „labium“=Lippen und „bellus“=schön. Die Marke Labello bietet Lippenpflegestifte und Lip Butter an. Ihre Produkte kann man in jedem Supermarkt kaufen. Auf der Webseite de.labello.ch kann man viele Artikel über Lippenpflege lesen.

3) Carmex

Carmex to klasyk w dziedzinie pielęgnacji ust. Firma, pochodząca z USA została wybrana numerem 1 wśród Amerykanów. Od 75 lat produkty Carmex produkuje rodzina Woelbing, która zapoczątkowała jej istnienie. Dzięki specjalnym składnikom Carmex nadaje specyficzny, chłodzący efekt. Produkty Carmex dostępne są w sieciach marketów Migros i Coop, a także w Globusie oraz większości aptek. Do wyboru mamy standardową wersję w słoiczku oraz sztyfcie, a także w tubce w wersji Classic i Cherry. Strona internetowa carmex.ch jest bardzo okrojona. Można się z niej dowiedzieć jedynie krótkiej historii powstania marki oraz obejrzeć zdjęcia produktów.




Carmex ist ein Klassiker in Lippenpflege. Die Firma kommt aus den USA und wurde als Nr 1 in diesem Land gewählt. Eine amerikanische Familie Woelbing hat Carmex angefangen zu produzieren und sie macht das bis heute. Die Geschichte dauert schon 75 Jahre. Carmex wurde bekannt, dank der speziellen, erfrischenden Wirkung. Die Produkte von Carmex kann man in Migros, Coop, Globus und Apotheken kaufen. Der Auswahl ist beschränkt: Tiegel, Stick oder Tube (Classic und Cherry). Die Webseite carmex.ch ist nicht so gut entwickelt. Man kann dort über die Geschichte der Entstehung der Marke lesen und Fotos von Produkte anschauen.

 4) Burt's Bees

Burt's Bees to kolejna amerykańska firma, która szturmem podbiła Europę. Historia marki sięga roku 1984, w którym to Roxanne Quimby i Burt Shavitz rozpoczęli sprzedaż świec wykonanych z wosku pszczelego. Po odniesionym sukcesie firma zaczęła się rozwijać, a jej współzałożycielka, posiłkując się książką z XIX w. na temat domowej pielęgnacji, wpadła na pomysł produkcji kosmetyków z wcześniej wspomnianego wosku. Marka Burt's Bees produkuje pomadki ochronne w sztyftach o różnych smakach, które są najbardziej rozpoznawalnym z ich produktów. Poza tym w ich ofercie dostać można błyszczyki i pomadki nadające kolor. Firma rozszerzyła swoją działalność o produkty do pielęgnacji twarzy, ciała, rąk i nóg, a także produkty dla mam i ich pociech. Burt's Bees posiada w Szwajcarii wiele szaf w wielu miejscach sprzedaży. Można ją zauważyć w sieciach Migros, Manor czy Müller. Marka nie posiada strony internetowej, przeznaczonej dla szwajcarskich klientów.























Burt's Bees ist eine amerikanische Marke, die man auch als Kult-Marke nennen kann. Die Geschichte der Marke hat sein Anfang 1984, wenn Roxanne Quimby und Burt Shavitz eine Firma gegründet haben. Zuerst haben sie Kerzen aus Bienenwachs verkauft. Nach einem Erfolg hat sich die Firma sehr schnell entwickelt. Roxanne hat jedoch ein altes Buch (XIX Jh.) über hausgemachte Pflege gefunden und eine Idee bekommen, Lippenpflege aus Bienenwachs zu produzieren. Die Marke Burt's Bees stellt Lippenbalsam in Form von Sticks her. In seinem Angebot kann man auch Lippenfarbe finden. Sie produzieren jedoch nicht nur Lippenpflege, aber auch Gesichts- und Körperpflege, Produkte für Hände und Füsse, sowie auch für Mütter und Babies. Burt's Bees kann man in vielen Verkaufstellen erreichen z.B. in Migros, Manor oder Müller. Die Marke hat keine schweizerische Webseite.

5) Eos

Eos to firma, która pojawiła się w Europie stosunkowo niedawno, ale od razu stała się produktem must have dla wielu kobiet. Charakterystyczne jajeczka o różnych smakach są wygodne w aplikacji. W palecie produktów wyróżnić można gładkie jajeczka (Smooth Sphere) o owocowych odczuciach smakowych, zapewniających odpowiednie nawilżenie ust oraz dwukolorowe jajeczka (Visibly Soft), które nadają ustom aksamitną miękkość. Produkty Eos kupić można w większości sklepów, gdzie dostępne są kosmetyki. Marka nie posiada szwajcarskiej strony internetowej.



Eos ist eine Firma, die nicht so lange Geschichte hat, aber in kurzer Zeit hat sie sehr grossen Erfolg erreicht und jetzt ein Must-Have-Produkt für viele Frauen ist. Mit Eos asoziieren sich die runden, geschmacksvollen Eier, die ganz bequem bei der Anwendung sind. Eos bietet zwei Sorten: Smooth Sphere und Visibly Soft an. Die Produkte kann man in meisten Läden kaufen, wo auch andere Kosmetik vorhanden sind. Die Marke hat keine schweizerische Webseite.

Moim zdaniem.../Meiner Meinung nach...

Spośród tych 5 marek używałam zaledwie dwóch. Masełka Labello są moimi ulubieńcami. Odkąd po raz pierwszy ich wypróbowałam, uznałam, że są one najlepszą pielęgnacją dla moich ust. Obecnie posiadam trzy rodzaje: Raspberry Rose, Coconut oraz Blueberry Blush. Używam ich w zależności od smaku, na który mam w danym momencie ochotę. Nie mam wśród nich ulubieńca. Masełka są bardzo wydajne, dobrze rozsmarowują się na ustach i nadają przyjemną miękkość. 



Drugą marką, na temat której mogę się wypowiedzieć, jest Carmex. Wiem, że jest to specyfik, który wiele osób określa, jako najlepszy produkt do ust. Niestety w moim przypadku nie działa on najlepiej. Mam wersję klasyczną w słoiczku, która jest praktycznie pełna. Nie ciągnie mnie do tego produktu, ponieważ nie znoszę chłodzącego efektu, który daje. Moje usta bardzo nie lubią się z kosmetykami, które mają w składzie mentol. Zamiast „przyjemnego szczypania” czuję raczej niefajne pieczenie, a moje usta powiększają się do rozmiarów żabich. Miałam kiedyś okazję wypróbować Eos, ale nie spowodował u mnie żadnego efektu, więc nie zdecydowałam się na zakup. Marka Burt's Bees kusi, jednak jest ona okropnie droga, a ja mam zapas masełek Labello.




Von allen diesen Marken habe ich nur 2 verwendet. Die Lip Butter von Labello sind meine Lieblingsprodukte für Lippenpflege. Seitdem ich sie erstes Mal benutzt habe, ist es mir schon klar gewesen, dass sie ideal für meine Lippen sind. Zurzeit besitze ich drei Sorten: Raspberry Rose, Coconut und Blueberry Blush. Geschmackliche Vorzüge von Labello gefallen mir sehr. Sie geben auch genug Feuchtigkeit. Die zweite Marke ist Carmex. Viele Menschen sagen, das ist das beste Produkt für Lippenpflege in der Welt. Leider nicht für mich. Die klassische Variante, die ich besitze, wirkt nicht gut für meine Lippen. Ich hasse Produkte, die Menthol einhalten (besonders, wenn ums Lippen geht). Nach der Anwendung fühle ich Brennen und meine Lippen sind extrem grösser. 


Ich konnte einmal Eos probieren, aber er hat bei mir gar nicht gewirkt. Deswegen habe ich kein Bedürfnis ihn zu kaufen. Die Marke Burt's Bees würde ich sehr gerne testen, aber sie ist mir ein bisschen zu teuer.


Znacie te marki? Czego używacie do pielęgnacji Waszych ust?


Kennt ihr diese Marken? Was verwendet ihr für Lippenpflege?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...