niedziela, 17 grudnia 2017

Blogmas #17 - Zmiana planów/ Szaleństwo w Lushu / Nowa lektura

Dziś postanowiłam przyjść do Was z kolejnym luźnym wpisem. Ostatni przyjęliście z dużym zainteresowaniem, co niesamowicie mnie ucieszyło, więc przekonałam się nieco do tworzenia takich prywatnych pogadanek, w których każdy znajdzie coś dla siebie.

Jak mija mi półmetek grudnia?


Ostatnie dni są dla mnie dość spokojne, a jednocześnie zapracowane. Śnieg stopniał, a ja jakoś przestałam rozmyślać o Świętach Bożego Narodzenia. Jak dotąd ciągle planowałam, wymyślałam, inspirowałam się. Obecnie, szczerze mówiąc, nie mam na to zupełnie czasu. 

13-sty dzień miesiąca wypadł w grudniu w środę i nie mogę powiedzieć, by był on dla mnie wyjątkowo pechowy. Dzień jak co dzień. Całe szczęście nie należę do osób przesądnych. Znałam kiedyś osobę, która pracowała w mojej firmie i każdego 13-stego dnia miesiąca nie przychodziła do pracy. Dla mnie to już apogeum przesady. W jaki niby sposób sama liczba w kalendarzu ma wpłynąć negatywnie na nasz los tego dnia? O wiele większy wpływ będzie mieć samo nastawienie.



Większą połowę dnia spędziłam w pracy, gdzie czekał na mnie ogrom papierkowej roboty, nazbieranej z całego tygodnia – przed Świętami jest tego mnóstwo. Wracając do domu, musiałam odrobinę posprzątać przy akompaniamencie tegorocznych vlogmasów na YouTube. Być może stwierdzicie, że jestem dziwna (a może okaże się, że też tak robicie), ale jeszcze nigdy nie oglądałam żadnych filmików na tej stronie, wlepiając oczy w monitor. Byłoby to dla mnie absolutnie nudne! YouTube pojawia się u mnie jedynie w dwóch przypadkach: gdy jem i nie ma żadnego dostępnego odcinku serialu lub gdy sprzątam! Po zrobieniu obiadu, który jedliśmy już raczej w ramach kolacji, nie zostało wiele czasu, więc przed spaniem rozpoczęłam czytanie nowej książki: „Księga stylu Coco Chanel”. Po przeczytaniu kilku stron muszę przyznać, że jest napisana naprawdę fajnym językiem, a biograficzne fragmenty życia Chanel – niezwykle ciekawe. Myślę, że po jej skończeniu, będę mogła pozytywnie wypowiedzieć się na temat książki (w końcu!).



W czwartek przed południem trafiłam do mojej znajomej na poranną kawę. To stało się naszym rytuałem – obie jesteśmy dość zajęte i często się mijamy, chodząc na różne godziny do pracy, a czwartek jest jedynym dniem, który jako tako pasuje. Wspólna kawa, odrobina rozmowy i … pomoc w pakowaniu prezentów, co ja akurat uwielbiam robić – tak minęło to spotkanie. Widząc jej krzątanie, nie zatęskniłam za tym całym rozgardiaszem, który towarzyszy wyjazdowi do Polski i pakowaniu miliona rzeczy... Resztę dnia do wieczora spędziłam ponownie w pracy, więc nie można nazwać go fascynującym.

Chociaż? Wracając wieczorem do domu, zaczął padać siarczysty śnieg. Płatki śniegu przypominały piłeczki pingpongowe i na chodnikach zamieniały się od razu w lód. Drogę z pracy do domu pokonałam w dwukrotnie większym czasie, bo było tak ślisko. Po powrocie otrzymałam od mojej szefowej wiadomość. Musicie wiedzieć, że jest to osoba dość specyficzna. Kilka miesięcy temu przeprowadziła się i musi teraz dojeżdżać do pracy samochodem, a jej droga trwa 30 minut. Widząc tenże śnieg, poprosiła mnie bym zamieniła się z nią godzinami pracy następnego dnia, bo ona boi się jechać autem w taką pogodę, a w dodatku musiałaby wcześniej wstać. To chyba jedne z lepszych powodów zmiany planu, jaki usłyszałam.



Mój plan pracy zmienił się, więc musiałam nieco przeistoczyć również moje osobiste plany. Nie wyszło to nawet najgorzej, gdyż po przepracowaniu swoich godzin miałam chwilę na przejście się po kilku sklepach. Zachęcił mnie do tego fakt, że ludzi o tej porze nie było aż tak wiele. Zdecydowanie poszalałam w Lushu! Co roku staram się przeznaczyć pewien fundusz na upominek dla samej siebie. W końcu trzeba sprawiać sobie małe radości. W tym roku miałam odłożone 50 franków na ten cel i wiedziałam, że chcę zestaw bomb z Lusha. Używałam ich zaledwie kilka, a chciałabym bardziej przyjrzeć się im, zebrać doświadczenia i opisać tę markę. Ogrom zapachów, który tam zastałam spowodował nie tylko, że wydałam odrobinę więcej, ale także kupiłam dwa prezenty :D Może jakiś openboxing po Świętach?



Rozglądam się za czymś, co mogłabym założyć w Święta i uwierzcie mi, że nie mogę znaleźć absolutnie nic. Szukam zwykłych bluzek na długi rękaw i sytuacja wygląda tak samo. Nie wiem, co porobiło się z tą dzisiejszą modą, że nawet zimą obecne są cropp topy. Zrobiłam jednak małe zakupy i poszerzyłam garderobę o bluzę i gruby sweter. Czarna bluza z pikowaniem z przodu i ozdobnymi zatrzaskami na ramionach jest bardzo wygodna i stworzona z przyjemnego w dotyku materiału. Wypatrzyłam ją na likwidacji sklepu Vögele. Całe szczęście coś mnie tknęło, żeby ją przymierzyć – często biorę ubrania, patrząc jedynie na rozmiar. Bowiem rozmiar M był na mnie o wiele za duży i ostatecznie musiałam wybrać S. Normalnie pewnie bym się cieszyła, ale w tym przypadku to jedynie kwestia innej rozmiarówki :P Gruby, wełniany sweter to zakup ze sklepu Only, który należy ostatnio do bardziej lubianych przeze mnie sieciówek. Zdążył stać się już moim ulubieńcem. Jest tak ciepły, że towarzyszy mi zarówno w domu, jak i na zewnątrz.



Moje zakupy zakończyły się z momentem pojawienia się chorego męża, który przyjechał po mnie zwabiony możliwością zrobienia zakupów spożywczych. Jak możecie się domyślić, chciał on jak najszybciej opuścić centrum handlowe i tym samym musiałam z szybkością błyskawicy udać się do Migrosa – supermarketu, gdzie robimy cotygodniowe zakupy. Ta część poszła nam dość sprawnie, głównie dzięki liście zakupów, którą przygotowałam, a na której znalazły się nie tylko artykuły przydatne do przygotowania jedzenia na Święta, ale także na wielkie pieczenie, które ma miejsce w ten weekend i spowodowane jest jego urodzinami.

Gdy piszę ten post (sobotni wieczór), jestem już po pracy i posilam się mocną kawą, by jak najbardziej rozbudzić się do życia. Jedna kawa dziennie to dla mnie zdecydowanie za mało, a przede mną jeszcze sporo pracy w domu. Kochany mąż wyręczył mnie wprawdzie w przygotowaniu obiadu (przemilczmy fakt, że robił kotlety, nie myśląc o tym, że do obiadu wypadałoby podać także ziemniaki i jakąś sałatkę). Jednak przede mną jeszcze wielkie pieczenie! Zapowiada się dość intensywnie, a o efektach mojej pracy przeczytacie z pewnością w kolejnym wpisie pogadankowym.

Póki co życzę Wam spokojnego końca weekendu i nie dajcie się zwariować świątecznej gorączce!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...