wtorek, 30 stycznia 2018

FESPO 2018 w Zurychu - Wrażenia tuż po.

W ostatnią niedzielę wybraliśmy się na pierwsze szwajcarskie targi. Otrzymałam dwie wejściówki i nie wyobrażałam sobie nie stawić się na FESPO 2018, które odbyło się w Zurychu. Targi trwały 4 dni. Dla nas jedyną możliwością było odwiedzenie ich w niedzielę, bo był to ten dzień, w którym oboje mieliśmy wolne od pracy. Pech chciał, że tuż przed tym wydarzeniem bardzo się rozchorowałam i praktycznie byłam nie do życia. Z tego powodu nasz pobyt na targach nie był zbyt długi, ale i tak oceniamy go pozytywnie.


Targi FESPO Zürich 2018



Głównym tematem targów było szeroko pojęte podróżowanie i nowinki w dziedzinie turystyki. Równocześnie z targami podróżniczymi odbywały się także targi golfiarskie, ale o tym za moment. To wydarzenie skupiło wielu wielbicieli podróży i frekwencja była naprawdę wysoka. Szacuje się, że FESPO zostało odwiedzone przez ponad 60 tys. osób. Ponad 600 stanowisk rozmieszczonych zostało na 3 piętrach w 6 halach. Na najniższym pietrze tematem dominującym były rejsy wycieczkowe. Znajdowały się tam stoiska wszystkich znanych biur podroży. Można było tam zasięgnąć informacji potrzebnych do podróży samodzielnych, w tym zwiedzaniu samochodem, a także wycieczek autobusowych. Przydatną dla nas opcja były katalogi, zawierające gotowe trasy objazdówek, z czego na pewno w przyszłości skorzystamy.


Na pierwszym piętrze w halach 3 i 4 znajdowały się stoiska z krajów europejskich, w tym w dużej mierze z krajów sąsiadujących ze Szwajcarią. Szczególnie licznie reklamowane były Niemcy. Krajem gościnnym wybranym w tym roku była Rumunia i co chwilę rozbrzmiewała w budynku ich tradycyjna muzyka. Odbywały się także ludowe tance, a wszystko to dopełniały tradycyjne stroje, w której ubrani byli reklamujący swój kraj Rumunie. Na tym piętrze znalazły swoje miejsce także firmy produkujące campingi. Można było wejść do przykładowego modelu i obejrzeć go sobie z każdej strony. We mnie ponownie obudziło to chęć posiadania takiego pojazdu.



Ostatnie piętro było podróżą do bardziej odległych krain geograficznych. Afryka, Azja, Australia czy Indie były tu na wyciągnięcie reki. W hali nr 5 odbyły się wspomniane targi golfiarskie. My co prawda nie siedzimy w tym temacie, ale samą organizację możemy ocenić jako bardzo dobrą, a stoiska wydawały się nawet dla takich laików jak my – ciekawe. Przede wszystkim w ramach przetestowania kijów golfowych można było oddać kilka prób trafienia do dołka. Intrygująca była także konkurencja trafienia piłeczką golfową do bębna pralki. W tej samej hali wypatrzeć można było również targi Wellness i SPA, skąd biła uderzająca fala luksusu.


Po naszym krótkim pobycie w tej hali utwierdziliśmy się w przekonaniu, że golfiarze stanowią bardzo specyficzną i zamkniętą grupę społeczną, totalnie zafiksowaną na punkcie tego sportu. W Szwajcarii jest on naturalnie kosztowny, ale i najchętniej wybierany – zwłaszcza wśród „wyższych sfer”. Innym zajęciem, który Szwajcarzy mają również we krwi, jest jazda konna. Na targach w osobnym boxie pojawiły się naturalnie konie i kucyki pony. Ilość sklepów, które oferowały akcesoria do jazdy konnej, była wręcz kolosalna, a i ceny powodowały szerokie otwarcie oczu.



Wiele stoisk organizowało konkursy i zabawy. Wielokrotnie w oko wpadały koła fortuny, gdzie wygrać można było rabaty na wyjazdy. Inne z konkursów dotyczyły sponsorowanych w całości wycieczek. Biura podróży i firmy, znajdujące się na FESPO, rozdawały licznie katalogi i broszury informacyjne, a też inne gratisy: np. MSC (rejsy) prezentowało miniaturowe statki w formie kaczuszek kąpielowych, a jedna z firm organizujących pobyty za granicą w celu nauki języka obcego miała w ofercie poniższe koła z odmianą podstawowych słówek w kilku językach.



Targi to jednak nie tylko stoiska i reklama produktów, ale też poszerzenie swojej wiedzy na licznych pokazach i prelekcjach. W równoczesnym czasie przez cały dzień odbywało się 12 różnych prezentacji, wśród których można było wybrać interesujący nas temat. Wybór nie był wcale łatwy, bo wszystkie one były godne uwagi. W planach mieliśmy naturalnie spędzenie całego dnia na targach i odwiedzenie wielu wykładów, ale los jest jak wiadomo przewrotny i moja choroba zmusiła nas do wcześniejszego wyjścia. Udało nam się zobaczyć prezentację dotyczącą Skandynawii. Sympatyczna młoda dziewczyna opowiadała z żywym zainteresowanie o wszystkich krajach skandynawskich i przedstawiała zdjęcia, które wręcz zapierały dech w piersi. Skandynawia już od kilku lat siedzi w naszej głowie i co roku obiecujemy sobie zrobienie dużego touru po tym obszarze, a po tym co widzieliśmy, chcemy tam pojechać jeszcze bardziej. Miłym aspektem po prezentacji było otrzymanie płyty DVD ze zdjęciami i ciekawostkami na temat krajów skandynawskich.


Innym pokazem, na którym się stawiliśmy było Borneo 3D, na którym puszczany był film 3D o wspomnianej wyspie. Muszę przyznać, że całe targi były bardzo dobrze zorganizowane i można było zaczerpnąć z nich dużo wiedzy podróżniczej. Sporym zaskoczeniem była dla nas ilość stoisk i firm turystycznych w Szwajcarii. Na co dzień spotykaliśmy się z ofertami tylko tych najbardziej znanych i popularnych, a okazało się, że oprócz nich wybór jest o wiele większy, a oferty nowopoznanych przez nas biur niezwykle interesujące.



Do domu powróciliśmy naturalnie ze sporą torbą makulatury turystycznej. Przede wszystkim znalazły się w niej książki o Skandynawii, bo wyjazd do tego regionu wymaga od nas dużego wkładu i zapoznania się z tematem. Zabraliśmy również katalogi rejsów wycieczkowych z myślą o wakacjach w przyszłym roku, na które nie mamy jeszcze planów. Miejsce znalazło się także dla publikacji, dotyczących okolicznych podróży po szwajcarskich miasteczkach i wycieczkach pociągowych, na które może w końcu się zdecydujemy.



A czy Was interesowałaby taka tematyka targów? Może byliście kiedyś na podobnym wydarzeniu?

sobota, 27 stycznia 2018

Coś pysznego #37 - Ciasto z jabłkami, które znika w minutę.

W moich planach na rok 2018 wspominałam o chęci wypróbowania 50 nowych przepisów. Styczeń się kończy, a na blogu nic a nic nie słychać, bym robiłam postępy w tej dziedzinie. Nawet Instagram milczy jak zaklęty. Niech Was jednak to nie zwiedzie, bo w rzeczywistości spędzam w kuchni dużo czasu i naturalnie działam. Jednym z nowych przepisów, który wypróbowałam we własnym piekarniku, był zaczerpnięty z książki kucharskiej Dr. Oetkera. Szukałam nowego przepisu na ciasto z jabłkami, bo z tym składnikiem robiłam już niemal wszystko. Znalazłam tym samym sposób na przyrządzenie ich tak, by całość zniknęła w kilka minut. W dodatku prezentuje się ono naprawdę intrygująco.

Ciasto z jabłkami


Składniki:

3 średniej wielkości jabłka
120 + 20 g masła
1/2 szklanki cukru
1 opak. cukru waniliowego z ekstraktem waniliowym
3 jajka w temp. pokojowej
1 i 1/4 szklanki mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 łyżki mleka



Wykonanie:

Roztopić 20 g masła. Jabłka obrać, podzielić na ćwiartki i wyciągnąć gniazda nasienne. Każdą ćwiartkę ponacinać wzdłuż kilkanaście razy tak, by nie przeciąć ich do końca. Jabłka można oprószyć cynamonem, jeśli ktoś ma taką chęć. Ja pominęłam ten krok.

120 g masła utrzeć z cukrami. Stopniowo dodawać po jednym jajku.
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia. Przesiać, a następnie dodać do masy: połowa mąki, 2 łyżki mleka, reszta mąki i ponownie 2 łyżki mleka.


Tortownicę o średnicy 26 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto przelać do formy i wygładzić wierzch. Ćwiartki jabłek poukładać na górze i posmarować roztopionym na początku masłem.

Ciasto piec w temperaturze 180 stopni przez około 40 minut (do suchego patyczka).

Przed podaniem można oprószyć cukrem pudrem.


czwartek, 25 stycznia 2018

Z pamiętnika #5 - Jak zostawiłam 1000 franków w szwajcarskim szpitalu...

Pierwsze dni życia w nowym kraju to zazwyczaj nauka na błędach. Zwłaszcza jeśli nie zna się dokładnie kultury i zwyczajów. W moim przypadku nie było inaczej. Wyniosłam z tego jedną bardzo ważną lekcję: „Nie chorować w Szwajcarii“.

Zapraszam Was do wysłuchania mojej historii!



Zacznijmy od dość istotnego faktu, że w Szwajcarii nie od razu dostaje się pozwolenie na pobyt. Tuż po przyjechaniu zgłosiłam się oczywiście do gminy, w której mieszkaliśmy. Usłyszałam tam, że przez 3 miesiące od dnia przyjazdu mogę przebywać w kraju jako turystka. Nikt nawet nie zapisał mojego imienia, daty – niczego, więc równie dobrze mogłam przyjść znowu za miesiąc i twierdzić, że dopiero co przyjechałam. Byłam więc turystką, która z powodu braku pozwolenia ma nijakie szanse na znalezienie pracy, ale to opowieść na zupełnie inny wpis.

W takich oto okolicznościach przyszło mi zmagać się z paskudnym zapaleniem ucha. Był jednak jeden problem: byłam turystką nieubezpieczoną w Szwajcarii i nie mogłam iść do żadnego lekarza. Chodziłam z potwornym bólem przez tydzień, po którym czułam, jakby ktoś przewiercał mi się przez ucho i trzeba było działać. Przed wyjazdem ubezpieczyłam się w PZU (było to ubezpieczenie zdrowotne podczas wyjazdu za granicę). Wraz z mężem stwierdziliśmy, że najlepszym wyjściem będzie skontaktowanie się z infolinią i wyjaśnienie, jak w naszej sytuacji będą wyglądać procedury. Usłyszeliśmy, że mogę naturalnie iść do lekarza, a oni zwrócą mi część poniesionych kosztów leczenia.

Zaczęliśmy zatem poszukiwanie najbliższego lekarza-laryngologa w okolicy. Zadzwoniliśmy do kilku znalezionych numerów, by umówić się na wizytę, jednak po opisie naszej sytuacji wszędzie słyszeliśmy odmowną odpowiedź. Nikt nie chciał mnie przyjąć! Jeden z lekarzy poradził nam, że możemy postąpić na dwa sposoby: punkt 1 – pójść do lekarza rodzinnego; punkt drugi – udać się do szpitala. Punkt 1 odpadał natychmiast: przecież nie byłam ubezpieczona, więc nie miałam także lekarza rodzinnego. Pozostawał szpital.



Nie mając innego wyjścia, pojechaliśmy do najbliższego szpitala, który i tak znajdował się 35 km od naszego miejsca zamieszkania. Stanęliśmy przy okienku i po raz kolejny w tym dniu wyjaśniliśmy moją sytuację. Pani spojrzała na mnie z politowaniem i powiedziała nam, że owszem zostanę przyjęta, ale najpierw muszę wpłacić kaucję w wysokości 1000 franków. Nogi się pode mną ugięły. Przypomnijmy, że nie pracowałam jeszcze wtedy, więc nas oboje utrzymywał mąż. Była to zatem spora kwota, którą w dodatku nie wiadomo było, czy otrzymamy z powrotem.

Artur zostawił mnie w poczekalni, a sam pojechał wypłacić pieniądze z bankomatu. Wrócił po 20 minutach i dopiero po zobaczeniu przez panią pieniędzy mogliśmy zabrać się za wypełnianie formularzy. Oczywiście biurokracja obecna jest wszędzie i niezależnie od stanu zdrowia! Dalej miało miejsce tylko czekanie. Mówi się, że to w Polsce trzeba się naczekać na lekarza, ale mi wydaje się, że wszędzie tak jest. Moje czekanie trwało godzinę, podczas której myślałam, że to ucho mi odpadnie. W końcu wywołano moje nazwisko i zabrano na salę, gdzie czekały łóżka z parawanami. Czułam się niczym pacjent z „Chirurgów” - tak bardzo podobny obraz zastałam w środku. Kazano mi usiąść i czekać na lekarza, co trwało kolejne pół godziny (Wspominałam już, że ta wizyta kosztowała mnie 1000 fr.?).



W końcu zjawił się lekarz, a nawet dwóch. Poświecili mi światełkiem w kierunku ucha i coś pomamrotali. Zadali parę pytań i wyszli. W późniejszym czasie dowiedzieliśmy się, ze nie byli to nawet laryngolodzy, a chirurdzy! W dodatku nie mieli oni zielonego pojęcia, co mi dolega. Po powrocie poinformowali mnie, że nie mogą mi pomóc, a jedyne, co mogą zrobić to na ich odpowiedzialność umówić mnie na wizytę u laryngologa, który będzie na mnie czekać jutro.

Ile myśli kłębiło się wtedy w mojej głowie. Jeszcze jeden dzień z tak silnym bólem? Zaraz! To nagle mogę pójść do zwykłego laryngologa? To kompletnie nie trzymało się kupy! Cóż mogłam powiedzieć... Oczywiście zgodziłam się na wizytę w dniu następnym, po czym przeżyłam kolejny mini-zawał. Jeden z lekarzy pożegnał mnie bowiem zdaniem, że rachunek za szpital przyjdzie pocztą. Chwila! MOMENT! Czy to nie ja zapłaciłam przed godziną 1000 franków?! Jak się później okazało, najgorsze scenariusze ziszczają się w najmniej oczekiwanym momencie. Kaucja 1000 fr. okazała się być bezzwrotna, a miesiąc później przyszedł mój pierwszy rachunek za konsultację medyczną.



Wtedy po raz pierwszy zapoznałam się z systemem płacenia za każde 5 minut podczas wizyty u lekarza. Każde 5 minut siedzenia na łóżku szpitalnym, a nawet czas oczekiwania na lekarzy było wliczone w rachunek! Ogólny koszt zamknął się wtedy w okolicy 250 franków. Sam pobyt w szpitalu kosztował mnie już 1250 fr, a żadna pomoc nie została mi udzielona.

Następnego dnia stawiłam się na omówioną wizytę. Lekarz-laryngolog wysłuchał ze zdumieniem tej historii i stwierdził nawet, że on od razu by mnie przyjął (No tak. Każdy mądry po szkodzie). Ta wizyta nie trwała długo (wydłużono ją dodatkowo obowiązkowym – niby – badaniem słuchu). Dostałam lekarstwa i kolejny rachunek. Ten krótki pobyt kosztował mnie ponad 260 fr. Lekarz był jednak na tyle miły, że wypełnił papiery w taki sposób, by ubezpieczalnia nie miała żadnych wątpliwości, że należy mi się zwrot.



Po zebraniu wszystkich rachunków za leczenie i recepty musiałam skontaktować się z biurem PZU w Polsce. Byłam święcie przekonana, że nigdy w życiu nie zostanie zwrócona mi tak duża kwota. Naturalnie po raz kolejny musieliśmy uporać się z biurokracją, zapewniać, że kontaktowaliśmy się z nimi wcześniej i okazać każdy papierek otrzymany od lekarza i w szpitalu. Jak skończyła się ta historia? Dla nas dość szczęśliwie. Firma zwróciła nam w całości rachunek za laryngologa. Ze szpitalnej wizyty otrzymaliśmy z kolei około 850 franków zwrotu. W ostatecznym rozrachunku moje zapalenie ucha kosztowało mnie 400 fr. wraz z lekarstwami i dało mi lekcję na całe życie. Lepiej naprawdę nie chorować w Szwajcarii! A tak całkiem serio: z własnego doświadczenia mogę Wam tylko poradzić, byście zawsze ubezpieczali się na wyjazdy – zwłaszcza zagraniczne, bo nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć. Ja od tamtej pory przed każdą podróżą kontaktuje się z ubezpieczalnią i dowiaduję się, co konkretnie obejmuje moje ubezpieczenie podczas wyjazdu do danego kraju.

A Wam zdarzyło się kiedyś korzystać ze służby zdrowia za granicą?

wtorek, 23 stycznia 2018

Openbox: Lush. Co kryją zestawy prezentowe?

Jeśli byliście obecni podczas mojego grudniowego Blogmasu, być może przypominacie sobie prezent, który zrobiłam w ostatnie Święta sama sobie. Były nim 2 zestawy prezentowe z dodatkami do kąpieli Lush. W moim życiu przewinęło się parę produktów tej marki, lecz w dalszym ciągu za mało, bym mogła wydać jakąkolwiek opinię na jej temat i odpowiedzieć na najbardziej nurtujące pytanie: „Czy warto kupić je za taką cenę?”. Jako że sama jestem ogromnie ciekawa, jak prezentują się zakupione przez mnie kule, zdecydowałam się na otwarcie zestawów na blogu – niemal na żywo. W czasie pisania tego postu otwieram te kolorowe pudełka i przekazuję Wam pierwszą reakcję na ich zawartość. Pamiętajcie jednak, że jest to jedynie moje pierwsze wrażenie o tych produktach. Po ich zużyciu planuję przygotować uzupełnienie z dokładnymi informacjami i moją opinią.

Zapraszam na wspólne otwarcie zestawów prezentowych z Lusha!


Zacznijmy od mniejszego prezentu o przekonującej nazwie Happiness. Pod kolorowym papierem kryje się zwykłe, żółte, kartonowe pudełko podklejone z jednej strony taśmą klejącą. Po jego otwarciu naszym oczom ukazuje się wykropkowany napis Olive na wewnętrznej stronie kartonu, a w środku są dwa produkty zabezpieczone piankami. W powietrzu zaczyna unosić się zapach cytrusów.



Brightside to większa kula do kąpieli o czerwono-pomarańczowo-żółtej barwie. Kolory na tym dodatku bardzo ładnie mieszają się ze sobą i wygląda ona bardzo zachęcająco. W zestawie prezentowym kula ta ma 200 g i co ciekawe jest ona o 20 g większa niż ta, którą dostać można w sklepie, kupując ją pojedynczo. Aromatem, który wysuwa się na pierwszy plan, jest mandarynka, a także lekko kwiatowa nuta. Znajduje to potwierdzenie w składzie produktu: mamy w nim olejek z mandarynki i jej pochodnej tangerynki, a także bergamotkę. Jest to kula, której zadaniem jest spowodowanie dużej ilości piany oraz zabarwienie wody na pomarańczowo.

-> Produkt należy rozkruszyć do wanny pod bieżącą wodą.


Avobath to okrągła kula o miętowej barwie z wypukłym napisem Lush na środku. Już po pierwszym powąchaniu na myśl przywodzi ona aromat trawy cytrynowej, który ja bardzo lubię. Ponownie jest to zapach świeży i cytrusowy. Tak jak w przypadku koleżanki z tego duetu tutaj również znajdziemy bermagotkę w składzie. Poza nimi kula składa się także z purée z awokado i olejku z oliwy, które mają spowodować maksymalne nawilżenie skóry podczas kąpieli.

-> Produkt należy wrzucić do wanny podczas napuszczania wody.


Cena zestawu Happiness: 22,50 fr.

Drugi zestaw to SNAP! Zapakowanie tego prezentu odbyło się w identyczny sposób. Z zewnątrz jest on również bardzo kolorowy i przyciągający uwagę. Przewiązany jest jaskrawym sznurkiem. Po ściągnięciu ozdobnego papieru pojawia się znane z wcześniejszego zestawu żółte, kartonowe pudełko. W środku znajdują się tym razem trzy produkty, lecz wypełnienie pakunku jest identyczne jak powyżej.



Kula w kształcie rakiety (Rocket Science) to chyba jeden z bardziej znanych produktów marki Lush. Przynajmniej ja często już go widywałam, ale nigdy nie miałam szansy wypróbowania. Kula ma pojemność 100 g i pachnie ponownie bergamotką i cytryną. Ten dodatek ma powodować całą gamę kolorów w wodzie: od żółtego, przez niebieski, na różowym kończąc. Ma on również za zadanie nadać skórze uczucie jedwabistej miękkości. Powierzchnia kuli jest niejednolita i widać na niej mnóstwo święcących drobinek.

-> Produkt należy wrzucić do wanny podczas napuszczania wody.


Christmas craker to kosmetyczny odpowiednik znanych amerykańskich cukierków z niespodzianką, które daje się na Święta Bożego Narodzenia. Jego środek jest żółty i wieńczy go napis Snap. Końce są w kolorze intensywnego różu. Całość pachnie intensywnie limonką. W środku znajduje się masa olejków: olejek z mirtu, olejek neroli i wspomnianej limonki. Jest to produkt do wywołania dużej piany.

-> Produkt można rozłamać na pół, rozkruszyć do wody lub wrzucić w całości.


Whoosh to produkt, który najbardziej mnie zainteresował. Jest to bowiem galaretka! Naturalnie nie do jedzenia, a do mycia. Można jej używać zarówno w wannie, jak i pod prysznicem. 100 g tego specyfiku zamknięte jest w plastikowym słoiczku, który można w 100% poddać recyklingowi (warto zatrzymać takie opakowania po użyciu, ponieważ gdy oddamy 5 sztuk w sklepie Lush otrzymamy gratis produkt do twarzy – maskę bądź żel do mycia). W skład produktu wchodzą świeży sok z cytryny i ekstrakt z płucnicy islandzkiej. To wszystko sprawia, że kosmetyk ten nadaje perfekcyjne oczyszczenie skórze, a przy tym rozluźnia napięte i zmęczone mięśnie.

-> Produkt powinno przechowywać się w lodówce lub zamrażarce. Zamrożony kosmetyk powinno traktować się jak mydło i w ten sposób umyć całe ciało.


Cena zestawu Snap!: 36,50 fr.

Jak zauważyliście zdecydowałam się na zestawy, które mają bardzo cytrusowe zapachy. Takie świeże aromaty najbardziej lubię i było to moje zamierzone działanie. Najbardziej ciekawa jestem efektów ostatniego z opisywanych produktów, czyli galaretki. Jest to dla mnie zupełna nowość w kwestii kosmetyków i nigdy nie używałam niczego podobnego. Spośród kul wyróżnia się na pewno Christmas Craker. Nie ukrywam, że ciekawi mnie, jaką niespodziankę znajdę w środku!

Używałyście kiedykolwiek kosmetyków marki Lush? Czy macie wśród ich produktów swoich ulubieńców?

sobota, 20 stycznia 2018

Relacja z Werony #4 - Jeden plac, mnóstwo wrażeń.

Mam nadzieję, że nie zapomnieliście jeszcze o mojej relacji z Werony. Co prawda od ostatniej części minęło trochę czasu, ale obiecuję poprawę i teraz z pewnością będą się one pojawiać częściej. Ostatnio zatrzymaliśmy się na placu Erbe i to od niego zaczynamy dzisiejszy post. Jeśli chcecie przypomnieć sobie wcześniejsze relacje z Werony, zapraszam do przeglądnięcia zakładek u góry strony.

Relacja z Werony #4




Plac Erbe to miejsce w Weronie, gdzie dużo się dzieje. Nie tylko jest ono pełne turystów, ale także mnóstwa atrakcji. Gdzie nie spojrzeć, oczom ukazuje się ciekawy budynek czy detal, na który warto zwrócić więcej uwagi. Już od czasów starożytnych był to plac skupiający życie mieszkańców pod kątem politycznym i gospodarczym. Tuż po wkroczeniu na ten kawałek ziemi zobaczyliśmy mały ryneczek z lokalnymi produktami. Można było dostać tam dużo smakołyków i świeżych produktów, a także pamiątki z podróży. Pomimo tego, że kramiki ustawione są w centralnym punkcie Starego Miasta, ceny nie należały do wysokich. Nie spotkaliśmy się również z zawyżonymi cenami pamiątek w bezpośredniej styczności atrakcji turystycznych.

-> Piazza della Erbe


W tym miejscu spokojnie porzucić można plan wycieczki i wszelkie mapy. Najlepszym wyjściem jest po prostu krążenie wokół budynków i wciskanie się w każdą szczelinę. Pierwszym punktem, któremu przyjrzeliśmy się bliżej był pałac Palazzo della Ragione, który służył niegdyś jako ratusz miejski. Kompleks stworzony został na planie kwadratu, a jego środek wypełnia dziedziniec.

-> Palazzo della Ragione





W tym budynku znajduje się także wieża, która służy jako punkt widokowy na miasto. Wysoka na 84 metry budowla jest jedną z najwyższych w mieście, dlatego też właśnie z tej atrakcji postanowiliśmy skorzystać. Jej budowę rozpoczęto już w 1172 r. We wnętrzu znajdują się dwa dzwony. Jeden z nich wybija melodię o pełnej godzinie, a także używany jest w sytuacjach alarmowych. Większy dzwon służy do zebrania rady miejskiej w sytuacjach kryzysowych. Używany był także jako sygnał do ogłoszenia wojen czy wezwania ludności do walki.

-> Torre dei Lamberti, Via della Costa 1



Godziny otwarcia
od poniedziałku do niedzieli: 10 – 19.00

Bilety wstępu
dorośli: 6 euro
dzieci: 4,5 euro

Istnieje możliwość zakupu biletu kombi na kilka atrakcji. Darmowy wstęp z kartą VeronaCard. Należy dopłacić 1 euro za skorzystanie z windy. W punkcie z kasami biletowymi można również zakupić ciekawe pamiątki za niewielką cenę.

W takich miejscach zazwyczaj nigdy nie korzystamy z windy. Wychodzimy z założenia, że takich rzeczy będziemy potrzebować na starość, a dopóki jesteśmy młodzi i sprawni, damy radę pokonać schody. Przyznam jednak szczerze, że mniej więcej w połowie drogi naszły mnie myśli, że trzeba było płacić to euro i być już na górze. Schody nie należały do najprzyjemniejszych, na które wchodziłam, a ich ilość była bliska 400. Na górę dotarliśmy lekko zziajani, ale widok zrekompensował wszystko!







Na wieży spędziliśmy sporo czasu. To wręcz nieprawdopodobne jak wiele ciekawych detali miejskich udało nam się zobaczyć z tej perspektywy. Zaciekawiły nas wyjątkowo piękne budowle tego miasta i jego starówka. W dodatku mieliśmy wgląd na małe dziedzińce, których w całej Weronie jest mnóstwo, a które są tak klimatyczne i urokliwe, że można byłoby tam spędzić całe godziny nic nie robiąc. Udało nam się również dostrzec tarasy, stworzone na dachach budynków, czego z dołu nie mielibyśmy szansy doświadczyć. Spowodowały one u nas niemałe ukłucie zazdrości, bo przecież cudownie byłoby mieć takie miejsce na wyłączność, prawda?



























Z góry mieliśmy także dobry widok na najstarszy pomnik na tym placu, który jest jednocześnie fontanną.

-> Fontanna Madonna Verona, Piazza Erbe





W tle na powyższych zdjęciach dostrzec możecie ciekawy budynek. To dom należący do klanu rodziny Mazzanti. Fasada budynku jest w całości udekorowana freskami, które stanowią alegorie zazdrości, ignorancji i rządów. Przed wiekami takie malowanie budynku pokazywało status rodziny, do której on należał. Obecnie dom ten zobaczyć można jedynie z zewnątrz.

-> Dom Mazzanti, Piazza Erbe
























Okazałym barokowym budynkiem, który otacza plac jest pałac Maffei. Budynek mierzy trzy piętra, a jego górną część zwieńczają posągi: od lewej strony dostrzec można postać Herkulesa, Jupitera, Venus, Merkurego, Apolla i Minerwy.

-> Palazzo Maffei, Piazza Erbe

























W najniższych piętrach zabytkowych budynków znajdują się naturalnie kawiarnie restauracje i sklepy. Osobiście cieszy mnie, że nie można dostrzec tam znanych sieciówek, a lokale zachowały wyjątkowy klimat tego miejsca. O ile zazwyczaj jestem przeciwniczką sklepów w historycznych miejscach, to tutaj wręcz nie można nie zachwycać się wystawami sklepowymi.



























Arco della Costa to most łączący budynek Domus Nova i Palazzo della Ragione, pokazywany na początku wpisu. Z pewnością zwrócicie uwagę na kość, która zawieszona jest pod mostem. Jest to na pewno dość specyficzny detal i o dziwo nie do końca wiadomo, w jaki sposób się on tam znalazł. Jego wiek szacuje się na około 6 wieków. Co do pochodzenia kości zdania są również podzielone: jedni twierdzą, że pochodzi od wieloryba, inni, że od ichtiozaura.

-> Arco della Costa, Piazza Erbe

























Na tym samym placu stoi również druga wieża. Do niej jednak nie wchodziliśmy, gdyż stwierdziliśmy, że widok z niej będzie dość podobny.

-> Torre del Gardello, Piazza Erbe

Innym znanym budynkiem z widokiem na plac Erbe jest Domus Mercatorum, który dziś stanowi siedzibę banku.

-> Domus Mercatorum

























Plac Erbe jest centralnym punktem miasta, a tym samym dobrą wypadową do dalszej części wycieczki. Gdzie udaliśmy się później? Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam na kolejną relację, która już w przyszłym tygodniu!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...