sobota, 17 lutego 2018

Fasnacht, czyli szwajcarski karnawał w Baden

Mimo że w Szwajcarii jestem już szósty rok (zleciało to niesamowicie szybko) nigdy nie udało mi się być na szwajcarskim karnawale. Zazwyczaj w tym czasie trafiały się nam ferie czy inne uroczystości, w których braliśmy udział i to całe świętowanie nas omijało. W tym roku jednak się udało, choć było to dość spontaniczne i przypadkowe. Moja znajoma spytała mnie, czy wybieram się na paradę w miejscowości Baden, która znajduje się niedaleko mojego miejsca zamieszkania. W taki sposób dowiedziałam się, że coś tam się dzieje. Jakoś specjalnie nie śledziłam ostatnich wydarzeń w kraju. W ostatniej chwili zebraliśmy się, by w końcu zobaczyć na własne oczy szwajcarski Fasnacht.



Fasnacht to święto, które kończy szwajcarski karnawał. Nazywa się go nawet piatą porą roku. Za najpopularniejsze miasta, które hucznie świętują tę uroczystość, uważa się Bazyleę i Lucernę, jednak każde, nawet małe miasteczko organizuje swe własne maskarady.



Zazwyczaj atrakcje organizowane są w drugiej połowie lutego, a nawet na początku marca i trwają do 4 dni – od czwartku do niedzieli. Głównym zainteresowaniem cieszą się naturalnie parady przebierańców.


W tych dniach Szwajcarzy zmieniają swoje oblicze zdystansowanych i uporządkowanych obywateli i świętują Fasnacht w obecności confetti rozdmuchiwanego w każdą możliwą stronę, muzyki i alkoholu. Nie tylko osoby, biorące udział w paradzie decydują się na przebranie. Także widzowie są charakterystycznie ubrani i nie ma tu wyjątku czy są to dzieci czy dorośli.



Kto jest bezpośrednim bohaterem parady? Licznie przybywają lokalne zespoły muzyczne, w tym orkiestry. Wszyscy członkowie przebrani są jednakowo, bądź na podstawie jednego motywu przewodniego. Udział biorą naturalnie także grupy przedszkolne.





Przebierańcy rozdają widowni mnóstwo słodkości, rozrzucają wszędzie confetti, a nawet częstują prosecco.



























W Baden parada odbyła się na uliczkach wyjętego z ruchu Starego Miasta tuż przy słynnej wieży zegarowej.


Moją uwagę przykuła najbardziej postać Alicji w Krainie Czarów, która była świetnie wykonana i roztaczała aurę tajemniczości wraz z towarzyszącym jej dymem. Detale takie jak kot przy głowie, karta Pik, czy wreszcie zegar z tyłu głowy robiły wrażenie.


























Na paradzie pojawiły się nawet dwa duże pojazdy: tęczowy autobus i zamek jednorożca. Z obu sypano naturalnie ogromną ilością confetti.




Fasnacht to jednak nie tylko pora na świętowanie. Uczestnicy parady próbują wtedy zwrócić uwagę na ważne problemy społeczne, polityczne i ogólnie rozumiane uświadomienie mieszkańców. Na tej paradzie doświadczyliśmy np. aspektu ekologicznego związanego z rozrzucanymi dookoła śmieciami, problemu późnego macierzyństwa czy niebezpieczeństwa wybuchu elektrowni atomowej. 
































Szwajcarski Fasnacht jest kolorowy, głośny i radosny. Nawet gdy pogoda nie dopisuje. Jeśli kiedykolwiek będziecie w tym czasie w Szwajcarii, to gorąco polecam go zobaczyć. Ja sama z chęcią wybiorę się ponownie.







Braliście kiedyś udział w takiej paradzie?

czwartek, 15 lutego 2018

Testownia - Wielki test marki Rituals #1

W grudniu zdecydowanym się na odliczanie do Świąt Bożego Narodzenia wraz z marką Rituals, kupując ich kalendarz adwentowy. Moim głównym założeniem była chęć poznania kosmetyków tej popularnej firmy, z którą nie miałam zbyt wiele do czynienia. Kalendarz adwentowy zawierał przekrój produktów z wielu kategorii, toteż była to doskonała okazja do bliższego poznania się. Od czasu otwarcia poszczególnych okienek intensywnie testowałam wszystko to, co znalazło się w środku. Mogłam wyrobić sobie tym samym pierwszą opinię o marce Rituals, czym chciałabym podzielić się z Wami w dzisiejszym poście.

Jeśli zatem interesuje Cię ta marka, nie wiesz, czy warto kupić ich kosmetyki, bądź po prostu jesteś ciekawa, jak sprawdziła się u mnie, koniecznie musisz zapoznać się z moim zbiorczym wpisem.

Pianki pod prysznic



W kalendarzu znalazły się trzy różne pianki pod prysznic, co zresztą nie powinno nikogo dziwić. Ośmielę się powiedzieć, że są to najpopularniejsze kosmetyki tej marki, na których niejako się ona wybiła. Osobiście byłam ich bardzo ciekawa, a po zużyciu trzech butelek mogę stwierdzić, że moja ciekawość została zaspokojona. Z całą pewnością są to produkty godne uwagi i wypróbowania. Żel znajdujący się w środku należy wydostać za pomocą dozownika, a następnie – przy kontakcie z wodą – zamienia się on w piankę. Uczucia, które towarzyszą temu kosmetycznemu zabiegowi, są niesamowicie przyjemne, gdyż sam produkt ma delikatną konsystencję. Wiele osób śmiało się, gdy opowiadałam o tym fenomenie i przyrównywałam tę czynność do mycia się chmurką, jednak faktycznie pianki wywołały u mnie takie uczucia.

W moje ręce wpadły następujące serie: The Ritual of Anahata, Ayurveda i Hammam. Ich zapachy były bardzo intensywne i nieco orientalne, co zresztą powiedzieć można o wszystkich kosmetykach tej marki. Sam aromat utrzymywał się na ciele jeszcze długo po użyciu. Według moich osobistych preferencji najbardziej zadowolona byłam z doznań zapachowych, które spowodowała czerwona pianka – aromat indyjskiej róży w połączeniu ze słodkimi migdałami. Niebieska butelka zawierająca najbardziej intensywny i ciężki zapach eukaliptusa i rozmarynu była dla mnie najgorszą z nich i na zakup tej serii akurat bym się nie skusiła. Pod nazwą Anahata skrywa się zestawienie palisandru (rodzaj drewna) i sosny.

Jak nie trudno się domyślić większość produktów typu pianki nie należą do zbyt wydajnych. Moje buteleczki miały co prawda tylko 50 ml zawartości (produkt pełnowymiarowy zawiera 200 ml), jednak mimo to dość szybko uległy zużyciu. Moim zdaniem nie są to kosmetyki do codziennego użytku. Usłyszałam kiedyś zdanie, że te produkty to odrobina luksusu podczas domowego spa i z tym zgodzę się w 100%. Bardziej niż praktyczne zastosowanie docenić należy samą przyjemność ich użycia, tę chwilę relaksu, którą dają. Fakt, że można przy nich się zrelaksować i poczuć wyjątkowo. Biorąc pod uwagę ten aspekt, z chęcią zakupię jeszcze pianki Rituals, wypróbowując nowe serie zapachowe, bądź powracając do pięknej indyjskiej róży.

Cena pianek pod prysznic: 12.50 fr/200 ml

Peelingi




Grupą produktów Rituals, na które warto jest zwrócić uwagę, są także peelingi do ciała. Już w pierwszych dniach otwierania kalendarza moim oczom ukazał się słoiczek wypełniony gruboziarnistym peelingiem do ciała. Pochodzący z serii The Ritual of Hammam kosmetyk to połączenie intensywnego zapachu eukaliptusa z rozgrzewającym imbirem (zwróć uwagę, że pod tą samą nazwą kryje się nieco inne połączenie zapachów w zależności od kosmetyku). Całość powstała na bazie soli morskiej. Ten peeling jest o tyle ciekawy, że nie tylko spełnia swoje podstawowe działanie, lecz także koi zmysły swym zapachem. Co prawda aromat jest intensywny, ale przypomina mi produkty lecznicze ułatwiające oddychanie. Gdy tylko zanurzy się nos w słoiczku, czuć odblokowanie dróg oddechowych, ulżenie okolicy zatok (jestem szczególnie wrażliwa na tym punkcie, bo mam problem z zatokami i często miewam zatokowe bóle głowy). Opowiadam jednak ciągle o aromaterapii, a powinnyśmy skupić się na podstawowym działaniu peelingu. Ma on konsystencję soli morskiej, a podczas kontaktu z ciałem wyzwala rozgrzewające uczucie, co było niesamowicie przyjemnym doświadczeniem podczas zimnych wieczorów. Po zmyciu produktu ciało było faktycznie zauważalnie miększe, a martwy naskórek usunięty. Moje opakowanie zawiera 125 g peelingu, produkt pełnowymiarowy mieści 450 g.

Cena: 29 fr/450 g

Ku mojej uciesze kalendarz zawierał także peeling pod prysznic z serii The Ritual of Sakura, która jako jedyna była mi wcześniej znana. Już przy pierwszym kontakcie z tym produktem zadawałam sobie pytanie: „Dlaczego tak późno?”. Z kategorii praktycznych kosmetyków, które nie wymagają dużego wkładu czasowego w ich zastosowanie, jest on bowiem rewelacyjny, a efekt końcowy najlepszy z możliwych do osiągnięcia. W peelingu tym zachwyciła mnie sama konsystencja. Jest to żel, który naszpikowany jest tak ogromną ilością drobnych granulek peelingujących, że przy wykonaniu każdego ruchu ręką po ciele, czuć przyjemne, lekkie, aczkolwiek dosadne ścieranie naskórka. Po spłukaniu czuć, że skóra jest nie tylko wypeelingowana, ale także nawilżona, miękka i wypielęgnowana. Zapach całej serii jest zniewalający i można się od niego uzależnić. Stanowi on bowiem zestawienie mleka ryżowego i kwiatu wiśni. Moja tubka zawiera 70 ml, a ta wartość to z kolei połowa pełnowymiarowego opakowania.

Cena: 15.50 fr/150 ml

Mydła


Tradycyjne mydło w kostce, które miałam szansę wypróbować, miało zapach mandarynki i yuzu. Jeśli nazwa drugiego składniku nic Ci nie mówi, to śpieszę wyjaśnić, że jest to owoc, który swym wyglądem przypomina właśnie mandarynkę. Takie połączenie spowodowało, że mydełko idealnie wpasowało się w świąteczny czas. Jako że nie znalazłam go w obecnej palecie produktów, mogę jedynie przypuszczać, że był to produkt sezonowy, tudzież znajdujący się jedynie w kalendarzu adwentowym. Osobiście nie przepadam za mydłami w kostce, więc pewnie nie szukałabym ich w sklepie Rituals, nawet gdyby były w sprzedaży. Mydełko działało jednak dobrze. Jego zapach był na początku bardzo przyjemny, jednak szybko się ulotnił.

Produkt niedostępny w sprzedaży.

Kosmetykiem, który bardzo zaciekawił mnie rozpiętością swoich zastosowań było czarne mydło z serii The Ritual of Hammam. Po informacji na opakowaniu (ultra-nawilżające czarne mydło) ciężko było mi wywnioskować do czego miałabym go użyć poza tradycyjnym zastosowaniem. Pierwszy kontakt z tym kosmetykiem był dość osobliwy. Czarna gęsta maź pokryła moje ręce. Przy kontakcie z wodą zaczęła wytwarzać się piana, która dokładnie domyła dłonie, nie wywołując żadnego uczucia przesuszenia. Po jakimś czasie zaczęłam jednak szukać dokładniejszych informacji na temat tego specyfiku i okazało się, że z powodzeniem można go używać w formie peelingu.



W jednym z okienek znalazła się szorstka rękawiczka, która jak się okazało stanowi komplet z mydłem. Czarny kosmetyk zastosować można na różne sposoby, lecz najlepsze efekty daje w połączeniu z rękawiczką. Po jej namoczeniu należy ją założyć i przy jej pomocy masować ciało mydłem. Jakie właściwości tego kosmetyku są godne uwagi? Przede wszystkim powinien on dogłębnie oczyścić skórę oraz zatkane pory. Według różnych źródeł może on zastąpić peeling, ale także doskonale przygotowuje ciasto pod kolejne etapy pielęgnacji. Można na przykład wykonać masaż czarnym mydłem, następnie zastosować rozgrzewający peeling, po czym nałożyć na ciało olejek. Początkowy etap pomaga zatem w lepszym wnikaniu kosmetyków na kolejnych etapach. Jest to z pewnością kosmetyk warty zainteresowania i poznania jego szerokiego spektrum działania.

Osobiście zauważyłam, że po wykonaniu masażu czarnym mydłem, ciało jest o wiele bardziej miękkie i przyjemne w dotyku niż po wykonaniu peelingu. Faktycznie powoduje ono dogłębne oczyszczenie. Podobny efekt pozostawia na twarzy: twarz jest dosadnie oczyszczona, ale przy tym nie sprawia wrażenia przesuszonej. Wręcz przeciwnie. Jest miękka niczym po zastosowaniu maseczki nawilżającej.

Cena: 12.50 fr/150 ml

Serum relaksacyjne



To kolejne zaskoczenie, które dotarło do mnie wraz z kalendarzem. Ta mała tubka zawiera 5 ml delikatnego kremu o bardzo mocnym, ale też kojącym zapachu. W składzie produktu znaleźć można miętę chińską oraz składnik yi yi ren. Ilość ziarenka grochu rozprowadzona po twarzy (głównie w okolicy skroni, czoła i nosa) oraz karku pozwala doskonale się zrelaksować i ukoić bóle tychże okolic. Ponownie wspomnę tutaj o moich problemach z zatokami. W styczniu zmagałam się z wielodniowym bólem i gdy tylko miałam chwilę otaczałam się zapachem tego serum, które ulżyło mojemu cierpieniu. Pomogło mi ono również przy uczuciu zesztywniałego karku. Kosmetyk, który ma jednocześnie lecznicze działanie. Jedynym minusem, jaki zauważyłam jest tubka, z której samoistnie wydostaje się produkt.

Cena: 17.50 fr/15 ml

Make-up




Jedynym kosmetykiem kolorowym, który pojawił się podczas odliczania do Świąt była maskara 3 w 1. Ta tubka zawierała 4 ml czarnego tuszu i bardzo dużą szczoteczkę, dzięki której mogłam pomalować oko nawet za jednym machnięciem. Od pierwszego użycia rezultat pozostawiony przez maskarę był bardzo dobry. Rzęsy się nie sklejały, były równomiernie obtoczone tuszem i rozdzielone. Maskara także nadała im efekt wydłużenia, nie osypywała się i utrzymywała na rzęsach praktycznie cały dzień bez zmian. Jest to co prawda produkt nieco kosztowny, ale wart zachodu.

Cena: 25 fr/8.5 ml

Jak widać produkty marki Rituals są bardzo ciekawe i warto jest poświęcić im nieco uwagi i rozpisać się na ich temat. Ze względu na dużą ilość tekstu stwierdziłam, że lepiej będzie podzielić ten test na dwie części. Kontynuację tego wpisu odnajdziecie na blogu już na początku przyszłego tygodnia. Tam też zamieszczę podsumowanie moich doświadczeń z tymi kosmetykami.


Czy któryś z tych kosmetyków szczególnie Cię zaciekawił? A może używałaś już kosmetyków Rituals?

wtorek, 13 lutego 2018

Werona w podróży #6 - Arena, Kościół św. Anastazji, Plac Signori

Obiecałam, że w tym rok będzie pojawiać się zdecydowanie więcej relacji z podróży. Zamierzam dotrzymać tego słowa i udostępniać przynajmniej jeden tego typu wpis w tygodniu. Nasza podróż do Werony jeszcze nie dobiegła końca. Po spacerze wąskimi uliczkami tego uroczego miasteczka nadszedł czas na najbardziej znane atrakcje.

Jak prezentują się najbardziej turystyczne miejsca Werony i czy naszym zdaniem warto się tam wybrać?


Kościół św. Anastazji w Weronie jest położony kilka kroków od placu Erbe, który niedawno zwiedzaliśmy. Ta gotycka budowla należy do jednej z ważniejszych tego typu w mieście. Budowa kościoła została rozpoczęta w 1290 roku i do dziś nie została ukończona. Do jego powstania doprowadził ród Scaligieri, który finansował kolejne etapy budowy. Sam kościół znajduje się nieopodal placu, przy którym znajdowały się pałace rodziny, więc można przypuszczać, że budowla miała ostatecznie służyć im do prywatnych celów.
























Patrząc na fasadę zewnętrzną budynku można dostrzec typowe elementy włoskiego stylu gotyckiego. Z gotyku pochodzi między innymi portal główny. Filary zostały stworzone w renesansie. Fasada kościoła powstała z terakoty i stanowi niedokończony element budowy. Spostrzegawczy dopatrzeć mogą znajdujące się nad drzwiami wejściowymi sceny z życia Chrystusa. Kościół posiada również dzwonnicę, która dwukrotnie była zaatakowana uderzeniem pioruna.


Kościół zbudowany został na planie krzyża, a dach wsparty został na dwóch rzędach liczących po 6 kolumn. Budowla wewnątrz jest tak bogato zdobiona, że nosi miano najcenniejszej budowli w mieście. Faktycznie widok wnętrza robi wrażenie, a my wchodząc do środka mogliśmy tylko wydać okrzyk: „Wow”.


Wnętrze kościoła wypełnione jest mnóstwem obrazów, malunków i fresków. Całość utrzymana jest w stonowanych żółtych i brązowych barwach. Podczas spaceru po tym miejscu warto zwrócić uwagę na najstarsze freski, a raczej ich szczątki.



Ciekawe geometryczne kształty z licznymi malunkami, z których część to ornamenty kwiatowe, widoczne są na suficie i tworzą bardzo spójny obraz zamykający się w jednolitą całość.




Okna kościelne są nowoczesne i stworzone metodą polichromii. Dobudowano je dopiero w 1935 roku.



Umieszczenie organ to kolejny przykład architektury geometrycznej. Organy wsparte zostały na czterech kolumnach, pomiędzy którymi znajdują się drzwi. Również ten element jest bogato zdobiony. Fasady są pozłacane, a sam instrument składa się z 2500 piszczałek.



Na poniższym zdjęciu w centralnym punkcie znajduje się kaplica rodu Pellegrini, najliczniej ozdobiony freskami kawałek świątyni.

 
Ołtarz San Vincenzo Ferreri


Podłoga oraz dużo detali i pomników zostało wykonanych z biało-czarnego marmuru. Posadzka zawiera również domieszkę czerwonego marmuru.



Wyznam Wam, że o ile interesują mnie kwestie architektoniczne kościelnych budowli, to bardzo ciężko jest mnie zachwycić. Kościoły zwiedzam zazwyczaj na zasadzie: „Zobaczone-odhaczone”. Ten jednak mnie zauroczył. Całość prezentuje się pięknie i luksusowo (jeśli można naturalnie zastosować takie słowo w odniesieniu do kościoła). Jak w każdym miejscu w Weronie otrzymaliśmy tutaj również audiobook i mapę, dzięki czemu mogliśmy poznać szczegóły oglądanych w środku obrazków. Warto zobaczyć tę świątynię na własne oczy.


-> Chiesa di Sant'Anastasia, Via Don Bassi 2

Informacje na temat kościołów w Weronie wraz z godzinami otwarcia i cenami biletów znajdziecie TUTAJ.

Z kościoła św. Anastazji wracaliśmy do naszego pensjonatu drogą przy rzece Adyga.



Kierując się tą drogą nie sposób nie natrafić na małą bramę miejską, która wcale nie przyciąga turystów.


-> Antica Dogana di Verona, Via Dogana


Mimo że nie mieliśmy tego w planie dotarliśmy aż do grobu Julii. Niestety tego dnia był on otwarty w późniejszych godzinach, a nam nie chciało się czekać na otwarcie.

-> Tomba di Giulietta, Via Luigi da Porto 5


Przed wejściem znajduje się pomnik chińskiej pary z legendy Butterfly Lovers, która nazywana jest chińską wersją Romeo i Julia. 



Arena to trzeci co do wielkości, dobrze zachowany amfiteatr rzymski. Znajduje się ona w samym centrum placu Bra i jest punktem wielu wycieczek i odwiedzin turystów. 45 pięter siedzisk jest w stanie zagospodarować miejsce dla 22 tysięcy widzów podczas przedstawień i innych występów, które odbywają się tam do dziś. W dużej mierze są to obecnie występy operowe czy festiwale muzyczne.

-> Arena, Piazza Bra

Budowę tego teatru datuje się na rok 30 n.e. Podczas jego tworzenia użyto różowego wapna do pokrycia zewnętrznej fasady. Nie trudno się domyśleć celu stworzenia tej budowli. Odbywały się na niej walki gladiatorów oraz walki z dzikimi zwierzętami.



Warto wspomnieć również o tym, że Arena mierzyła początkowo trzy kondygnacje. Wszystko zmieniło się w roku 1117, gdy nastąpiło trzęsienie ziemi, które zniszczyło najwyższe piętro. Do dziś zachował się jedynie mały fragment długości czterech arkad, a miejscowi nazywają go „skrzydłem”. 

























Amfiteatr, tak jak i inne budowle rzymskie były po upadku cesarstwa rzymskiego narażone na wyburzenie. Traktowano je jako budulec, miejsce pozyskiwania materiału pod zabudowę miasta. Całe szczęście wdrożono jednak odpowiednie działania zakonserwowania budynku.



Było to nasze pierwsze wejście do wnętrza amfiteatru rzymskiego. Koloseum widzieliśmy na przykład jedynie z zewnątrz. Gdyby nie posiadanie VeronaCard, możliwe że odpuścilibyśmy sobie także wejście do werońskiej Areny z powodu kolejki, która utworzyła się od czasu otwarcia pod budowlą. Z VeronaCard mogliśmy wejść poza kolejką, co akurat bardzo nam odpowiadało. 




Czy mogę jednak polecić tę atrakcję? I tak, i nie. By wejść na środek Areny należy najpierw przejść przez piwniczne „podziemie”. Tutaj napotkać można na pierwsze problemy: mimo że wejść prowadzących do amfiteatru jest aż 64, to większość z nich była wtedy zamknięta i ludzie krążyli w tę i z powrotem, szukając możliwości prześlizgnięcia się do środka bez przechodzenia dodatkowych kilometrów. 



Po wejściu z kolei ukazał nam się tradycyjny widok: na samym środku panowie zdejmowali rusztowanie! O losie! Czy kiedyś to się skończy? Ściślej mówiąc, były to pozostałości po jakimś koncercie plenerowych, a jeśli wybieracie się do Werony w sezonie, to musicie przygotować się na takie widoki. Wiele fragmentów Areny było także zabezpieczonych taśmą, co dodatkowo pogłębiało wrażenie znajdowania się w samym sercu placu budowy (na jednym ze zdjęć możecie się dokładniej przyjrzeć). Nie wspominając już o hałasie, który towarzyszył tej pracy.




Co można zrobić na schodach Areny? Hm... Przejść się dookoła? Ewentualnie posiedzieć na schodach i łapać promienie słońca, lecz przy wspomnianych warunkach jest to średnio przyjemne. Najciekawszym obiektem do sfotografowania okazało się być właśnie „skrzydło”, obok którego zawsze kręciło się bezsensownie mnóstwo ludzi. My, poruszając się po najwyższym piętrze schodów byliśmy bardziej zainteresowani widokiem na pobliskie budynki, aniżeli środkiem Areny. Musicie jednak uważać, gdyż najwyższe schody są dość mocno uszkodzone, momentami można wręcz skręcić tam nogę.




























.W Arenie nie spędziliśmy dużo czasu, lecz zwyczajnie odhaczyliśmy ją z rzeczy do zobaczenia. Nie mając darmowego wejścia z VeronaCard, również zastanowiłabym się, czy koniecznie muszę zobaczyć to na żywo. Według mnie o wiele dostojniej prezentuje się z zewnątrz.

























Po wyjściu z Areny weszliśmy w rzędy typowych, wąskich uliczek. Jak widać na jednym ze zdjęć miłosny motyw można odnaleźć w różnych detalach miasta: tu serce wychodzące z ławki.



Przeszliśmy się więc ulicą Via Giuseppe Mazzini, która znana jest z licznych sklepów, także tych z ekskluzywnymi markami. Za dnia nie zrobiła ona na nas aż takiego wrażenia jak podczas wieczornego spaceru.


Takim sposobem w niedługim czasie dotarliśmy na plac Signori. Kolejne oblężone turystami miejsce. Bardzo łatwo można do niego dojść z placu Erbe, a przechodnie na pewno pomogą w odszukaniu drogi, gdy wspomni się o „Piazza Dante”, bo pod tą nazwą jest on jeszcze bardziej znany.

-> Piazza dei Signori

Zbudowanie tego placu ściśle wiązało się z funkcjami administracyjnymi, politycznymi i reprezentacyjnymi miasta. Stojąc na środku placu, otaczają nas charakterystyczne, zabytkowe budowle, a opuścić można go poprzez specjalne przejścia otoczone łukami, na których stoją rzeźby.



Tak - dobrze widzicie rusztowanie.

Z placu mamy widok na Palazzo della Ragione oraz na wieżę widokową, na której byliśmy wcześniej. U jej podnóża dostrzec można niepozorny budynek o nazwie Domus Nova. Ten pałac powstał w XIII w., a ostateczny wygląd zawdzięcza przeprowadzonej w XVI w. renowacji. W biegu swej historii miał on liczne funkcje: był domem rządowym, biurem, a nawet miejscem zamieszkania rycerzy. Dziś można tam przenocować w typowym B&B.

























Palazzo del Podesta to kolejny przykład średniowiecznego pałacu. Wzniesiony został on na ruinach rzymskich, a do jego powstania przyczynił się ród Scala.

 Na samym środku placu stoi pomnik Dantego Alighieri.


A czy Wy chcielibyście odwiedzić te atrakcje? Która wydaje się Wam być najciekawsza?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...