czwartek, 7 grudnia 2017

Blogmas #7: Food-Haul, czyli czy opłaca się jeździć do Niemiec na zakupy?

Jeśli czytasz ten post, oznacza to tylko jedno: jesteś już ze mną od tygodnia, a mi udało się opublikować siedem blogmasowych wpisów. Chciałabym dziś nieco zaktualizować, co działo się u mnie w ostatnim czasie. Poniedziałek jest zazwyczaj dniem, który jest dla mnie wolny od pracy. Jeśli uważnie czytasz moje posty, wiesz już, że soboty spędzam zawsze w pracy, więc mój weekend trwa tak naprawdę w niedzielę i poniedziałek.

Czy jednak mogę nazwać go odpoczynkiem? Zdecydowanie nie. Od kilku lat każdy tydzień rozpoczynam tak samo: od sprzątania! Czy Ty też tak masz, że po zostawieniu faceta samego w domu, po powrocie zastajesz sytuację, jak po przejściu huraganu? Jeśli tak, to z powodzeniem mogę podać Ci rękę. Próbowałam nawet wejść w umysł mojego męża i zrozumieć, jak jest to możliwe. Niestety na niewiele mi się to zdało, poza odkryciem, że on bałaganu po prostu nie widzi.




Zatem od wstania z łóżka zabieram się w poniedziałki za prace domowe: gruntowne sprzątanie łazienki, kuchni i ogarniecie pozostałych pomieszczeń. Tego dnia zrobiłam również wcześniej obiad, a nawet posprzątałam szafę, by moi goście, którzy niedługo przyjeżdżają mieli gdzie trzymać swoje rzeczy. Nie wiem, czy jestem ewenementem, ale nie lubię, gdy ktoś, przyjeżdżając w odwiedziny do mnie, trzyma swoje ubrania w torbie – mam wtedy wrażenie, jak gdyby nie czuł się on mile widziany i tylko czekał na wyjazd. Część dnia poświęciłam sprawom blogowym i stworzyłam zarysy standardowych postów, które mają się pojawić oraz przygotowałam wstępny plan na ten tydzień, bym na pewno dała radę wszystko opublikować.

Wieczorem udaliśmy się do pieczary mojego męża (czytaj: piwnicy) i po przerzuceniu połowy jej zawartości odnaleźliśmy choinkę i ozdoby, które przynieśliśmy już do mieszkania. Mieliśmy jeszcze tego dnia ozdabiać nasze drzewko, jednak za bardzo wkręciliśmy się w ostatnie odcinki Watahy i czas zleciał nam bardzo szybko. Mogę przyznać, że podeszłam do tego serialu z ogromnym dystansem, ale po obejrzeniu 2 sezonów mogę go z czystym sercem polecić. To chyba wpisane jest w nasz narodowy charakter, że najlepsze polskie produkcje to właśnie te w ciężkim klimacie i opowiadające o trudnych tematach. W tym serialu czekałam cały czas w napięciu, co się wydarzy, zastanawiałam się nad prawdziwością niektórych zdarzeń, a przy tym podziwiałam grę aktorską bohaterów. Zachwycały mnie również krajobrazowe kadry. Jednym słowem to dla mnie mocna 9 w 10-cio punktowej skali.



Od dawna zaplanowany mieliśmy wtorkowy wyjazd na zakupy do Niemiec. To swoją drogą również temat, nad którym można debatować. Spotkałam się już ze skrajnymi opiniami. Znam ludzi ze Szwajcarii, którzy jeżdżą na cotygodniowe zakupy za granicę kraju. Są też tacy, którzy twierdzą, że to absolutnie złe, bo przecież żyjemy w Szwajcarii i ten rynek powinniśmy wspierać. Faktem jest, że Szwajcaria traci kwartalnie miliony franków na takiej postawie, która przyciąga ludzi na zakupy do innych krajów. Nie ma co kryć, głównie jest to kwestia pieniędzy. W Niemczech produkty kosztują taniej, ale czy na pewno?

Nam osobiście nie opłaca się jeździć w tym celu do Niemiec. Już nie raz dochodziliśmy do wniosków, że te nasze zakupy wcale nie wychodzą taniej. Do ogólnego rachunku doliczmy jeszcze koszt dojazdu, paliwa czy wreszcie sam czas, który marnujemy na przejazd. W Szwajcarii robimy zakupy w jednym sklepie, co zawsze wychodzi taniej niż krążenie po kilku marketach, jak ma to miejsce w Niemczech. Nasz paragon jest o wiele dłuższy niż zazwyczaj, cena grubo ponad 100 euro przekracza próg, który wydajemy na miejscu i to nad czym ubolewam najbardziej: do koszyka trafia mnóstwo słodkości.



Jeśli chodzi o naszą częstotliwość wyjeżdżania na zakupy do Niemiec to być może średnio jest to raz na 3 miesiące. Był rok w ciągu, którego nie byliśmy tam wcale. Jeśli nie zachęcają nas do tego finanse, to co? Swego czasu mój mąż kupował części samochodowe w niemieckiej hurtowni i musiał odbierać je osobiście – cenowo bardzo mu się to opłacało, a żeby nie jechać jedynie po jedną rzecz, robiliśmy zakupy przy okazji. Teraz głównym powodem są polskie produkty, które kupić można w przygranicznej Edece oraz sieci rosyjskiej Mix Markt (Waldshut-Tiengen).

Zwłaszcza w okresie przedświątecznym włącza mi się okropny sentymentalizm, zaczynam wspominać dziecięce lata i tęsknię za smakami dzieciństwa. O ile na własnej skórze przekonałam się, że bez polskich artykułów spożywczych da się żyć, to już w okresie Świąt nie mogłabym pozwolić sobie na rezygnację z typowych składników, które zna każdy Polak. Będąc w Niemczech nie wyobrażam sobie również zrezygnowania z kupna niektórych produktów. Jakie artykuły znajdują się w moim koszyku? Zobacz poniżej!

Jeśli wiem, że będziemy w Niemczech, natychmiast rozpoczynam opróżnianie lodówki, by zrobić w niej miejsce na całą masę jogurtów. Jak dla mnie marka Almighurt to jedne z najlepszych jogurtów na rynku, która w dodatku co rusz wypuszcza nowe smaki. Zawsze rzucam się na limitowane edycje, wśród których tym razem kupiłam np. smak pieczonego jabłka i marcepanu. Uwielbiam także limonkę i czekoladowe cappuccino. Gdy ja szaleję na półce Almighurtów, mój mąż wkłada do koszyka całe mnóstwo mlecznego ryżu w różnych wariantach smakowych. Mój chodzący paradoks lubi je najbardziej, pomimo że ryżu w tradycyjnej wersji nie tknie. Na zdjęciach jedynie część naszych łupów.


















Na półce obok robimy także zapasy serków Almette. Chyba w którymś poście wspominałam już, że nie jem masła. Trauma z dzieciństwa w postaci obficie posmarowanych tłustym tworzywem kanapek pozostała do teraz i od kilku lat w ogóle nie spożywam tego składniku. Dobrą alternatywą są dla mnie właśnie te serki, a marka Almette produkuje według mnie najlepsze. Jako że mają one całkiem długą datę ważności, mogę spokojnie przechowywać ich większą ilość w lodówce.



































Pod względem kupna mięsa nie jesteśmy typowymi klientami ze Szwajcarii, którzy kupują go ponad ustalone na granicy limity. Wolę raczej zapłacić dwa razy więcej na miejscu i mieć produkt dobrej jakości ze sprawdzonego źródła, a przede wszystkim nie czuć się źle po jego zjedzeniu. Tym razem zdecydowaliśmy się na kilka polskich produktów, w tym kiełbasy i suchej krakowskiej, której nie jedliśmy od wielu miesięcy.


















Wśród artykułów, bez których nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia, znajduje się bez wątpienia majonez Winiary. Na szwajcarskim rynku są jakieś kiepskie tubkowe majonezy, ale nic nie pobije naszej rodzimej marki. Wśród Polaków w Szwajcarii to wręcz dobro narodowe. Musztarda czy ogórki kiszone to także mus, który należy włożyć do koszyka. Masło zakupić musiałam z myślą o rodzinie, która przyjeżdża do mnie na te Święta.


















Wśród polskich produktów musiałam zakupić również koncentraty pomidorowe. To, co można kupić w Szwajcarii przypomina najczęściej pomidory w puszce czy pulpy pomidorowe, które użyć można bardziej do sosu do spaghetti, ale w zupie pomidorowej wygląda to dość słabo. Z tego względu wolę sprawdzone polskie koncentraty.



Spośród znanych nam produktów sięgnęliśmy także po syropy Herbapolu: klasyczny smak malinowy oraz czarnej porzeczki. W moje ręce wpadł również Kubuś, którego nie piłam od najmłodszych lat, a widząc go od razu zatęskniłam za tymi błogimi latami. W niemieckiej Edece kupujemy często napoje w szklanych butelkach, które są bardzo dobre, a ich warianty smakowe – ciekawe. Nie mogło zabraknąć również kilku niegazowanych wód smakowych.


W kwestii słodkości z wiekiem stałam się dość wybredna i jest tylko kilka rzeczy, które powodują, że nie mogę się powstrzymać przed ich zjedzeniem. W okresie świątecznym uwielbiam wszystko, co zawiera marcepan, a moim ostatnim odkryciem są te batoniki w mlecznej czekoladzie, których nadzienie stanowi połączenie marcepanu i nugatu. Całe wieki nie jadłam Yogurette ze śmietankowo-truskawkowym nadzieniem (na jednym nigdy się nie kończy!). Duża Milka to z kolei wybór mojego męża. Bardzo lubię również zwykłe orzechowe wafle. Najlepsze są oczywiście Familijne, jednak w przypadku ich braku każdy substytut jest dobry. Rurki waflowe z Tago to także słodkie odkrycie – koniecznie muszą być orzechowe! Jako dodatek do zakupów otrzymaliśmy praliny Mieszko w gratisie.



































Poza tymi rzeczami w naszych zakupowych torbach znalazły się także kuchenne niezbędniki, do których w moim przypadku należą: chleb, mleko, mąka, olej, owoce i warzywa, których już nie fotografowałam.

A ten szybki przedświąteczny food haul zakończyć nie można inaczej, jak tylko ogromną ilością mandarynek!




































A jakie smaki kojarzą się Wam ze świątecznym okresem?

12 komentarzy:

  1. Świąteczne smaki to zdecydowanie pomarańcze i mandarynki i duża Milka ;D Czekam na odwiedziny Polski, bo Hiszpania jakoś nie upodobała sobie Milki i nie ma tak szerokiej gamy wyboru jak w Polsce ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Almighurt lubię i to bardzo, ostatnio była jakaś edycja z makiem i to było takie dobre! Na te mleczne ryże miałam fazę kilka lat temu, kiedy do Niemiec przyjeżdżałam tylko na wakacje. Teraz nie mogę już na nie patrzeć :D
    Majonez Winiary ubóstwiam! W mojej okolicy jest on tak rozbierany z polskiej półki, że ostatnio nie było ani jednego a jak w końcu dołożyli to od razu zaopatrzyłam się z myślą na święta. W tamtym roku musiałam obejść się bez niego a te niemieckie tubkowe majonezy się niestety chowają.
    Widzę, że będziesz mieć rodzinę na święta. Super, cieszę się razem z Tobą :)
    Almette lubię, choć zazwyczaj kupuję tylko ten serek o smaku chrzanowym, który jakoś najbardziej mi odpowiada.
    Mandarynki mmm.
    Mnie święta kojarzą się zdecydowanie z zupą śledziową i makiełkami. Reszta mogłaby dla mnie nie istnieć :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe spostrzeżenia dotyczące zakupów w Niemczech. Z tego ci wiem, to Niemcy przyjeżdżają do Polski na zakupy, bo tu taniej;)
    Świąt nie wyobrażam sobie bez...obecności mojej Rodzinki. Reszta może być, a może nie;)
    pozdrawiam serdecznie z nad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie w Niemczech ciągnie jedynie do drogerii DM :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli chodzi o Herbapol, to nie wiem jak jest w przypadku akurat tych soków, ale w niektórych zawartość owoców na jedną butelkę wynosi, np. pół maliny... Zdecydowanie polecam czytać skład, bo sama się przeraziłam :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz mi, że mieszkając za granicą nie straszne ci składy - byleby mieć produkt z Polski i każdy jest szczęśliwy ;) Poza tym są dobre :P

      Usuń
  6. Mąż bałagani, żona sprząta, nie ma to jak podział obowiązków hehe

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja słyszałam ze to Niemcy lubią do Polski jeździć na zakupy :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja się nie orientuję w cenach w Szwajcarii, ale mąż tam pracuje i On twierdzi, że taniej jest w Niemczech i to tam jeździ na zakupy

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo ciekawy wpis! Super :)
    Kusisz tymi słodyczami, ojjj kusisz :D
    Zapraszam na nowy post :)
    http://www.stylishmegg.pl/2017/12/szare-futerko-i-czerwony-plecak.html

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że przyczyniasz się do istnienia tego bloga! ♥

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...