wtorek, 31 października 2017

Z archiwum #5

Na zakończenie miesiąca zdecydowałam się tym razem powrócić do przeszłości i wyciągnąć kilka zdjęć z przeszłości. Jakoś się tak złożyło, że wszystkie one w jakimś stopniu okrążają temat sklepów i zakupów. Oczywiście z każdym z nich wiąże się jakaś historia, którą postanowiłam krótko obrać w słowa w tym poście. Zdjęcia pochodzą z przełomu lat 2011 – 2012.

Zapraszam na dzisiejszy post z serii Z archiwum!

Recycle Art

Dzisiejszy post chciałabym zacząć od pokazania Wam nietypowej sztuki. Z czystą premedytacją nazywam to sztuką, a przedstawione przedmioty dziełami. Ktoś może nazwać to jedynie kupą śmieci i żelastwa, ja jednak odnajduje w tym ogromny talent. Z grupą Recycle Art miałam okazję spotkać się już nie raz. Ich główna siedziba znajdowała się niegdyś niedaleko mojego domu. Twórcy zaszczycają również swoją obecnością przeróżne szwajcarskie eventy, przyjeżdżają na większe jarmarki świąteczne i sprzedają swoje prace.




Grupa Recycle Art tworzy rzeźby z części samochodowych i rowerowych, śrubek czy zębatek. Często odtwarzają również postaci z bajek czy bohaterów filmowych. Ciekawie wyglądają także wykonane w ten sam sposób samochody w oryginalnych rozmiarach. Najwyższe z ich rzeźb mierzą nawet 8 metrów wysokości! Przyznajcie, że wygląda to bardzo oryginalnie. Mieszkając niedaleko, mieliśmy szansę podziwiać zmieniające się figury na zewnątrz ich sklepu.



Fanka Hello Kitty

Gdy przyjechałam do Szwajcarii, moja siostra była jeszcze małym dzieciakiem, przepadającym za różem i postacią Hello Kitty. Znając jej upodobania, bardzo często wyszukiwałam w sklepach rzeczy z tym motywem, by przy nadarzającej się okazji sprezentować jej coś wyjątkowego. Często przesyłałam jej również zdjęcia rzeczy, które wydawały się mnie samej interesujące.



Idąc tym tropem, uchowały się jeszcze zdjęcia z tamtych czasów, przedstawiające między innymi figurkę Hello Kitty w wersji świątecznej. Wypatrzyłam ją na stoisku Swarovskiego podczas zuryskiego jarmarku bożonarodzeniowego. Godna uwagi jest zwłaszcza cena: 165 franków. Być może nie widać tego dokładnie na zdjęciu, ale ta figurka miała raptem wielkość kciuka. Innym przykładem był pokój stworzony właśnie dla wielbicielki tej postaci, który był niewątpliwie marzeniem mojej siostry. Jak to jednak bywa z dziećmi, ich upodobania szybko się zmieniają.



























Co zrobić z podartymi dżinsami?

Pozostając przy sklepowych wystawach i tym, co można na nich wypatrzeć, ciekawy okaz stanął niegdyś w naszym najbliższym centrum handlowym. Był nim fotel obszyty kawałkami dżinsów. Naturalnie była to reklama jednego ze sklepów z odzieżą dżinsową.


Poczucie humoru Francuzow

Na kolejny wystawowy smaczek natrafiliśmy we Francji, a konkretniej w Marsylii. Czy ma być to dowód na nietypowe poczucie humoru tej narodowości? A może raczej spojrzeć na to pod kątem nieznajomości bądź niechęci do nauki języków obcych? Najbardziej prawdopodobne wydaje się wytłumaczenie zwykłego chwytu marketingowego, bo na wszechobecny napis Fucking soldes od razu zwróciliśmy uwagę.


Coca-Cola w akcji

Pamiętacie jeszcze akcję Coca-Coli ze znajdowaniem swojego imienia na etykiecie? Z imieniem Angelika w Szwajcarii się nie spotkałam, a jedynie ze skróconą wersją, która odnoszę wrażenie również do popularnych nie należy. Mimo że nie pijam Coca-Coli i nie znoszę, gdy ktoś zwraca się do mnie w ten sposób, poniższa butelka znalazła się również w moich rękach.



sobota, 28 października 2017

Półrocznicowy TAG z gościem specjalnym

Hej! Witajcie!

Cóż za niespodziewany wpis pojawia się dziś na blogu! Chyba nigdy nie pomyślałabym, że przygotuję dla Was coś podobnego. Najbardziej nieoczekiwane jest jednak to, że w jego przygotowaniu uczestniczył mój mąż. Jest to tym samym pierwszy gość na mojej stronie – nie mógł to być nikt inny! Pomysł na ten wpis powstał dość spontanicznie. W tym miesiącu minęło pół roku, odkąd jesteśmy małżeństwem i żeby poniekąd uczcić ten mały jubileusz postanowiliśmy odpowiedzieć na kilka pytań o nas.

Zapraszamy!



1) Gdzie się poznaliśmy?

On: To długa i złożona historia...
Ona: Zacznijmy zatem od początku: w Polsce mieszkaliśmy na jednym osiedlu i dzieliły nas od siebie dosłownie dwa kroki, lecz nie znaliśmy się osobiście.
On: Znaliśmy się jednak z widzenia. Jeździliśmy nawet tym samym autobusem do szkoły.
Ona: Każde z nas było jednak w innych związkach i nie zwróciliśmy na siebie większej uwagi.
On: No może poza tym, że uważaliśmy się za młodszych niż jesteśmy w rzeczywistości.
Ona: Około dwóch lat później otrzymałam pewną tajemniczą wiadomość na jednym z portali. Artur mnie zaciekawił, więc postanowiłam w drodze wyjątku się do niego odezwać (wcześniej nie odpowiadałam na takie zaczepne wiadomości).
On: Mieszkałem już wtedy w Szwajcarii, toteż pierwsze spotkanie nastąpiło dopiero trzy miesiące po wysłaniu pierwszej wiadomości.
Ona: Umówiliśmy się na kawę i jakoś poszło!

2) Ile jesteśmy razem?

Ona: W grudniu minie 6 lat odkąd zaczęliśmy się na poważnie spotykać.
On: Małżeństwem jesteśmy od 22. kwietnia tego roku, ale oboje zawsze zapominamy o wszystkich rocznicach.



* Rok 2011

3) Gdzie odbyła się pierwsza randka?

On: Pierwsza randka miała miejsce w jednej z naszych lokalnych kawiarnio-lodziarni.
Ona: Do tej pory chodzimy tam za każdym razem, gdy przyjeżdżamy do Polski na urlop.

4) Jakie było Twoje pierwsze wrażenie o mnie?

Ona: Ja miałam bardzo pozytywne odczucia. Artur wydał mi się inteligentnym i odpowiedzialnym facetem. Był błyskotliwy i tajemniczy. Rozmowa wręcz sama się prowadziła.
On: Moje wrażenia były równie pozytywne. Angelika ujęła mnie swoim nastawieniem i od razu poczuliśmy do siebie sympatię.

5) Na co najpierw zwróciłeś/-łaś uwagę w wyglądzie?

Ona: Być może zabrzmi to banalnie, ale wygląd nie jest dla mnie aż tak ważny i patrzyłam raczej pod kątem ogólnego wizerunku. Jeśli miałabym jednak wskazać jakąś cechę fizyczną, to chyba sylwetka i postawa.
On: Oczywiście na śliczną twarzyczkę. 



* Pierwszy daleki wyjazd, rejs 2013

6) On/Ona siedzi przed telewizorem – co jest na ekranie?

On/Ona: Nie mamy w domu telewizora!

7) Kiedy poznałeś/-łaś moją rodzinę?

Ona: Najwcześniej poznałam szwagra – już kilka dni po naszym poznaniu. Z teściami zobaczyłam się jakiś czas po wspólnym zamieszkaniu.
On: W grudniu 2012 roku na Święta Bożego Narodzenia poznałem wtedy całą rodzinę Angeliki.
8) Czy mamy jakieś wspólne tradycje?

On: Oboje jesteśmy raczej zapracowani i spoczywają na nas różne obowiązki, które czasem powodują, że mijamy się w domu. Naszą tradycją jest zatem spędzenie jednego popołudnia w tygodniu tylko we dwoje. To czas na rozmowę, zrobienie czegoś wspólnie...
Ona: Odkładamy wtedy wszystkie sprawy na bok. Nie poruszamy tematu pracy i problemów. Najważniejsi jesteśmy wtedy my. Zawsze staram się też przygotować na ten dzień coś specjalnego do jedzenia (dwudaniowy obiad i deser). Oboje wyczekujemy tego wspólnego czasu.



Wyjazd do Paryża, kwiecień 2014

9) O co najczęściej się kłócimy?

Ona: My się nie kłócimy, my wymieniamy burzliwie zdania ;)
On: Zazwyczaj o głupoty, ale natychmiast się godzimy.

10) Co najczęściej oglądam w internecie?

Ona: Nieważne o jakiej porze dnia, tygodnia, roku Artur zawsze ogląda coś poświęconego motoryzacji.
On: Powiedziałbym, że często lecą vlogi na YouTubie, czego osobiście zupełnie nie rozumiem :P
Ona: Usprawiedliwię się tylko, że zdarza się to coraz rzadziej!

11) Czy mamy jakieś dziwne obsesje?

Ona: Skarpetki! Nieważne, jak wielki upał panuje na zewnątrz, Artur musi mieć na stopach skarpetki!

12) Czy coś kolekcjonujemy?

On: Wydaje mi się, że wspólnie kolekcjonujemy pocztówki i pamiątki z podróży. Nie mamy jakiś osobistych kolekcji.



Bern, sierpień 2015

13) Jaki rozmiar butów noszę?

Ona: Hmm...42?
On: 38 – na pewno .

14) Kiedy wychodzimy coś zjeść, to co zamawiam do picia?

Ona: U Artura w menu często pojawia się cola bez lodu.
On: U Angeliki częściej wybór pada na fantę lub napoje owocowe.

15) Co mógłbym/mogłabym jeść codziennie?

On: Na pewno coś z kurczakiem.
Ona: Ja powiedziałabym, że u Artura mogłyby się wiecznie pojawiać pierogi lub mięso wieprzowe.
16) Czego nie lubię do jedzenia?

Ona: Artur nie przepada za ryżem.
On: Angelika nie znosi tłustego jedzenia.

17) O czym najczęściej dyskutujemy?

Ona: O całym złu tego świata!
On: Raczej o wszystkim. Nie ma tematu, którego byśmy wspólnie nie poruszali.


Wesele znajomych, wrzesień 2016

18) Gdybym mógł/mogła żyć wszędzie, gdzie by to było?

On: W Barcelonie!
Ona: Oh tak!
19) Na co przeznaczam bardzo dużo mojego czasu?

On: Angelika zdecydowanie dużo czasu poświęca blogowi i wszystkiemu, co z tym związane.
Ona: Artur obecnie przykłada największą wagę do nauki i każdą wolną chwilę spędza na pisaniu pracy dyplomowej.

20) Jakie jest moje ulubione zajęcie?

Ona: Wszystko, co związane z samochodami.
On: Podróżowanie.

Myślę, że dzięki temu luźnemu wpisowi, mogliście nieco lepiej nas poznać. Z tego miejsca podziękować muszę mojemu ukochanemu mężowi, że zdecydował się wziąć udział w tym przedsięwzięciu i mam nadzieję, że nie będzie to jego ostatni raz na blogu. 

czwartek, 26 października 2017

Mix nowości kosmetycznych i przesyłki - wrzesień / październik

Moje pozbywanie się zapasów idzie mi powoli, ale przesuwa się do przodu. Dziś mogę zaprezentować Wam pierwszy wpis z serii haul, który w całości opiera się na produktach, które musiałam kupić z powodu ich braku. Konieczność zmusiła mnie do zrobienia kilku zakupów, co muszę przyznać jest całkiem przyjemnym uczuciem. W końcu nie widzę zalegających kosmetyków w postaci 20 opakowań jednego rodzaju... Dużą część tych nowości stanowią także przesyłki, które otrzymałam w celu przetestowania. Jeśli jesteście ciekawe któregokolwiek z tych produktów, to koniecznie dajcie znać, bym opisała je Wam bliżej w Testowni, w której swoją drogą już dawno żaden produkt się nie pojawił.

Zapraszam na przegląd nowości!

1) Szampon + miniaturka
Marka: Guhl
Rodzaj: Tiefen Aufbau
Sklep: DM
Pojemność: 250 ml + 50 ml
Cena: 3,45 euro



Charakterystyka: Szampon odbudowujący przeznaczony do włosów zniszczonych. Regeneruje, wzmacnia i pielęgnuje włosy dzięki zawartości oleju monoi i keratynie. Nie jest to mój pierwszy kontakt z tym produktem. Chciałam przypomnieć sobie jego działanie przed opisaniem marki na blogu. Skusiła mnie również dołączona miniaturka produktu, którą z powodzeniem zabrałam ze sobą na wyjazd.

2) Peeling myjący
Marka: Terra Naturi
Rodzaj: Orange & Minze
Sklep: Müller
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,25 fr.



Charakterystyka: Peeling myjący marki Terra Naturi to produkt wegański, który ma w delikatny sposób usuwać martwy naskórek i gruntownie oczyszczać pory. Przeznaczony do użytku pod prysznicem. Ma intensywny zapach łączący w sobie nuty pomarańczy i mięty. Po wykończeniu wszystkich peelingów Joanny nie został mi żaden produkt w kolejce, toteż musiałam zaopatrzyć się w coś na lokalnym rynku. Wybór padł na tę znaną markę. 

3) Krem do kąpieli
Marka: Tetesept
Rodzaj: Kleopatras Geheimnis
Sklep: Müller
Pojemność: 20 ml
Cena: 1,95 fr.



Charakterystyka: Dodatek do kąpieli w formie zamkniętego w saszetce kremu na bazie mleka, miodu i oleju migdałowego. Zestawienie takich składników ma zabezpieczać skórę przed wysuszaniem i zapewnić jej intensywną pielęgnację. Jedna saszetka produktu przeznaczona jest do jednej kąpieli. Produkt nie zawiera parabenów, silikonów, olejów mineralnych ani mydła. Dostępny również w dużej butelce. Skończyły mi się wszelkie płyny i kule, które mogłabym dorzucić do kąpieli, więc pomyślałam, że sięgnę po markę Tetesept, która jest tu bardzo znana, a ja jeszcze nigdy jej nie używałam.

4) Maszynki do golenia
Marka: Gillette
Rodzaj: Simply Venus
Sklep: DM
Pojemność: 4 szt.
Cena: 1,65 euro



Charakterystyka: Opakowanie jednorazowych maszynek do golenia. Tym razem jest to wersja niebieska (zazwyczaj sięgam po różowe). Maszynki te charakteryzują się podwójnym ostrzem, paskiem nawilżającym, zapewniającym gładkie przesuwanie maszynki oraz rączką w kształcie łezki.

5) Chusteczki do demakijażu
Marka: Bebe
Rodzaj: Young Care
Sklep: Radikal
Pojemność: 2 opak. po 25 szt
Cena: 3,50 fr.



Charakterystyka: Mokre chusteczki to podstawa każdego wyjazdu. Te zakupiłam właśnie w tym celu. Produkt marki Bebe charakteryzuje się 5 cechami: usuwa gruntownie nawet wodoodporny makijaż, nie wymaga zmycia, odświeża twarz, można spokojnie używać go do demakijażu oczu, gdyż nie zawiera alkoholu, przy czym nie wysusza skóry i jest delikatny. Produkt przeznaczony do skóry normalnej.

6) Pasta do zębów
Marka: Elmex
Rodzaj: Karriesschutz
Sklep: Radikal
Pojemność: 2 opak. po 75 ml
Cena: 4,95 fr.


Charakterystyka: Pasta, która najczęściej u mnie gości, to zdecydowanie Elmex. Tutaj dorwałam podwójne opakowanie w korzystnej cenie, więc nie wahałam się kupić.

Przesyłki:

7) Krem BB do nóg
Marka: L'oreal
Rodzaj: Summer Legs; Sublime Bronze
Pojemność: 150 ml
Przesyłka: Toluna


Charakterystyka: Nowy produkt L'oreal póki co wszedł na rynek w krajach norweskich i taki też język znajduje się na opakowaniu, co utrudnia mi jego dokładną charakterystykę. Z tego co zdążyłam zauważyć jest to kosmetyk działający na zasadzie sztucznych rajstop. Nie sądzę, bym chciała go używać, biorąc pod uwagę to, że mamy już jesień i raczej nie będzie już okazji do pokazywania nóg. W dodatku jestem raczej bledziochem i dziwnie wyglądałoby, gdyby moje nogi zdecydowanie odróżniały się kolorem od reszty ciała.

8) Primer retuszujący
Marka: Garnier
Rodzaj: Skin Naturals
Pojemność: 30 ml
Przesyłka: Toluna


Charakterystyka: Jak widać Toluna postanowiła mnie rozpieścić i otrzymałam od niej aż dwa produkty w bardzo krótkim przedziale czasowym. Z tego jestem zdecydowanie bardziej zadowolona. Jest to baza retuszująca niedoskonałości i pory, która ma za zadanie optycznie zmniejszać widoczność przebarwień. Efekt gładkiej skóry powinien pojawić się już po 5 sekundach od aplikacji. Na razie jestem w fazie testów tego produktu. Opakowanie zewnętrzne zostało nieco uszkodzone w trakcie przesyłki.

9) Podkład
Marka: Artdeco
Rodzaj: High Definition Foundation
Odcień: 04 Neutral Honey
Pojemność: 8 ml
Przesyłka: Artdeco



Charakterystyka: Miniaturka od marki Artdeco, którą otrzymałam, zawiera 8 ml podkładu o najjaśniejszym z dostępnych odcieni. Całe szczęście, bo kolor jest dla mnie idealny. Producent zapewnia, że jest to kosmetyk nadający twarzy efekt drugiej skóry i niewidzialnego make-upu. Miałam go na sobie już dwa razy i faktycznie muszę przyznać, że coś jest w tych słowach prawdą, bo krycie jest minimalne i twarz wygląda jak gdyby była pozbawiona makijażu.

10) Krem na dzień
Marka: Vichy
Rodzaj: Slow Age
Pojemność: próbka 1 ml
Przesyłka: Vichy


Charakterystyka: Marka Vichy dba z kolei, bym po zużyciu każdej próbki produktu, miała w zanadrzu kolejny. To już któraś z kolei próbka kosmetyku serii Slow Age, która swoją drogą jest w moim odczuciu świetna. Tę próbeczkę zużyję również z ogromną przyjemnością.

Rabat 25%
Marka: WE


Otrzymałam również imienny rabat na zakupy w sklepie WE na najnowszą kolekcję ubrań damskich i męskich bez kwoty minimalnej.


Czy znacie któryś z tych produktów? Który kosmetyk Was zaciekawił?

wtorek, 24 października 2017

Projekt: 100 filmów w rok #5

W momencie, gdy czytacie ten post, pewnie jestem jeszcze poza domem. Bardzo prawdopodobne, że cel naszej podróży jest dla Was widoczny na moim koncie na Instagramie, lecz by nie zostawić Was z niczym, przygotowałam w ogromnym stresie i z zegarkiem w ręku kolejny wpis, przedstawiający dawkę ostatnio obejrzanych filmów. Przyszła jesień. Każdy twierdzi, że jest to czas, który poświęca się właśnie filmom i książkom, a u mnie to zupełnie nie idzie w parze i moje oglądanie leży gdzieś w kącie i czeka aż łaskawie je przeproszę. Mimo to udało mi się zebrać 10 kolejnych pozycji.

Zapraszam do przeglądnięcia piątej części mojego rocznego projektu!

56, 57, 58) Duch I, II i III – produkcja USA, horror.



Małżeństwo z trójką dzieci przeprowadza się do jednego z domów na nowo wybudowanym osiedlu. Nie wiedzą, że na tym terenie znajdował się niegdyś indiański cmentarz.

Film Duch to dla mnie klasyka gatunku. Był to pierwszy horror, który obejrzałam, a jako że byłam wtedy małym berbeciem, to nie spałam po nim przez dobre dwa tygodnie, przysparzając trosk rodzicom, którzy nie wiedzieli, co mi jest. Powracając do niego w dorosłym życiu, nie mogę powiedzieć, by spowodował on u mnie jakikolwiek strach czy przerażenie. Momentami wydarzenia na ekranie powodowały raczej wybuch śmiechu, ale biorąc pod uwagę rok produkcji pierwszej części (1982), nie ma się co dziwić. W końcu to ponad 30 lat, które w kinematografii spowodowały ogromny przeskok w kwestii chociażby efektów specjalnych. Wracając jednak do tematyki filmu, pierwsza część była najlepsza ze wszystkich. Dwie kolejne (a zwłaszcza trzecia) zostały zrobione na siłę, podejrzewam, że ze względu na sukces pierwszej części. Sam pomysł na scenariusz wydaje się fajny, a nad realizacją należy przymknąć nieco oko. Warto obejrzeć, lecz jedynie pierwszą część.

Moja ocena: 7 dla pierwszej części, 5 dla dwóch pozostałych

59) Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki – produkcja USA, komedia familijna, długość: 1:41.



Wynalazca tworzy maszynę do zmniejszania przedmiotów. Przypadkowo zmniejsza ona jednak jego dzieci.

To kolejny sentymentalny powrót do czasów dzieciństwa. Uwielbiałam ten film jako dziecko, a oglądając go ostatnio zakochałam się w nim ponownie. Przede wszystkim rewelacyjny pomysł na film, którego fabuła wręcz prowadzi się sama. Całość dopełnia świetny humor, który śmieszyć będzie nie tylko maluchów. Po tym seansie zastanawiałam się, dlaczego obecnie nie powstają dobre komedie, skoro najlepsze są właśnie najprostsze pomysły. Role głównego bohatera gra genialny aktor. Szkoda, że przestał wykonywać swój zawód.

Moja ocena: 8,5/10

60) Miasteczko Pleasantville – produkcja USA, komedia-dramat, fantasy; długość: 2:04.



Rodzeństwo przenosi się do świata serialu z lat 50.

I znowu film starszej produkcji, jednak przeze mnie obejrzany został po raz pierwszy i pewnie nie ostatni. To również przykład genialnego w swej prostocie pomysłu, dzięki któremu dwójka nastolatków z lat 90. przenosi się na plan serialu, gdzie panuje idealna harmonia i równowaga, a życie jest po prostu czarno-białe. Jest humor, jest akcja – dla mnie był to film, który absolutnie zaskakuje. Podchodziłam do niego ze sporym dystansem, a po zakończeniu miałam mnóstwo pozytywnych emocji.

Moja ocena: 8/10

61) Dzień Świstaka – produkcja USA, komedia romantyczna; długość: 1:41.



Prezenter pogody wyrusza do miasteczka, by zrelacjonować Dzień Świstaka. Następnego dnia odkrywa, że musi przeżyć ten sam dzień.

Tego filmu chyba nie trzeba przedstawiać. Jak widać jestem miłośniczką starych komedii z lekkim humorem i ciekawym pomysłem. Do takich zalicza się również Dzień Świstaka, na którym śmieję się do łez. Co prawda jest tutaj wątek romantyczny, za którym ja nie przepadam w filmach i ten rodzaj najczęściej pomijam, ale sam pomysł jest bardzo przyjemny w odbiorze.

Moja ocena: 7,5/10

62) Unreal: Telewizja kłamie – serial; 2 sezony




Kontrowersyjne kulisy pracy nad programem telewizyjnym.

Gdy usłyszałam o tym serialu, od razu pomyślałam sobie, że muszę go obejrzeć. Tak też się stało i pierwszy sezon pochłonęłam w dwa dni. Z drugim poszło mi już nieco gorzej, ale i fabuła nie do końca przypadła mi do gustu. O ile pierwsza część pokazywała w dużym stopniu kulisy pracy nad programem tv, manipulacje uczestnikami i cały ten burdel po drugiej stronie kamery, to 2. sezon skupił się w dużej mierze na życiu organizatorów, co było już w moim odczuciu mniej ciekawe. Ta pozycja serialowa bardzo mnie zaintrygowała. Jest to niewątpliwie świeża krew wśród seriali. Pomysł mocno kontrowersyjny tak, jak i wydarzenia pokazywane na ekranie. Zobaczę, co producenci wymyślą w kolejnym sezonie. Polecam obejrzeć.

Moja ocena: 7/10

63) Nędznicy – produkcja USA-Wielka Brytania; dramat, musical; długość: 2:37.



Adaptacja powieści Victora Hugo w formie musicalu. Były wiezień próbuje powrócić do normalnego życia, prześladowany przez inspektora. Wersja z roku 2012.

Sam fakt tego, że obejrzałam musical trwający ponad 2 godziny jest już dość dziwny. Nie jest to gatunek filmowy, który do mnie przemawia i zdecydowanie przeszkadzało mi w oglądaniu fabuły to, że nie było ani jednego wersu wypowiedzianego. Film byłby inny w odbiorze, gdyby zawarto w nim dialogi połączone z piosenkami (dla mnie byłoby to bardziej znośne). Sama treść musicalu była ciekawa, zwłaszcza że silnie rozbudowany został także wątek powstania i nastrojów przed rewolucją. Jako miłośniczka filmów z wojnami w tle mogę ocenić tę część za najciekawszą. Mogłabym przewrócić oczami na myśl o Oskarze dla Anne Hathaway, tylko za ścięcie włosów..., ale Oskary rządzą się własnymi prawami. Ogólnie oceniam film bardzo wysoko. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie był to musical, ale i tak po zakończeniu pozostał on w mojej głowie na długo. Końcówka filmu należy do bardziej udanych, jakie widziałam.

Moja ocena: 8/10

64) Był sobie pies – produkcja USA; komedia familijna; długość: 1:40.



Historia życia psa, który umierając, odradza się w nowym wcieleniu.

Słysząc po raz pierwszy o tym filmie, od razu stwierdziłam, że to propozycja nie dla mnie. Następnie zobaczyłam zwiastun i pomyślałam: „Hej, to może być całkiem przyjemny film”. W końcu go obejrzałam i przepadłam! Jest to chyba jeden z lepszych filmów, które zostały ostatnio wyprodukowane. Ma on w sobie wszystko: wyśmienity humor, emocje, dużo ciepła. Świetna produkcja, którą można obejrzeć z dziećmi i wykorzystać to do poruszenia wielu życiowych kwestii. Zakochałam się w całej otoczce, pięknych ujęciach, no i nie sposób nie wspomnieć o rewelacyjnej grze głównego bohatera ;) Dla wrażliwców będzie to wyciskacz łez.

Moja ocena: 9/10

65) Carte Blanche – produkcja polska; dramat obyczajowy; długość: 1:46.



Nauczyciel historii dowiaduje się, że traci wzrok. Postanawia ukryć ten problem, by zachować swoją pracę i uczy się żyć w nowym, ciemnym świecie.

Absolutnie poruszający film! I na tym powinnam zakończyć mój wywód, a każdy z Was w sekundę później wyszukałby tę produkcję i ją obejrzał. Zdecydowanie warto. Jeśli ktoś chce obejrzeć film, który jest po prostu prawdziwy i poruszający, to niech będzie to Carte Blanche. Osobiście obejrzałam go z tak wielkim zainteresowaniem, jak żadnego dotąd. Dodatkowo jest to film oparty na prawdziwej historii jednego z polskich nauczycieli, co wywołało u mnie jeszcze większe emocje i myśl: „Co ja bym zrobiła?”. Polecam gorąco!

Moja ocena: 9/10

66) Show – produkcja polska; komedia sensacyjna; długość: 2:09.



Na niezamieszkanej wyspie powstaje show telewizyjne typu reality show. W tajemniczych okolicznościach ginie jeden z nich, co staje się przyczyną dalszych wydarzeń.

Bardzo ciekawy film, zwłaszcza jeśli przed obejrzeniem pozna się nieco informacji zza kulis i powodów jego nagrania. Nie wiem, czy pamiętacie te czasy (rok produkcji 2003), kiedy na polski rynek szturmem wbiły się wszystkie reality show typu Big Brother, Bar itp. Oglądali to wszyscy, przechodnie na ulicach zatrzymywali się, by debatować, kto odpadnie, a kto wygra. Był to absolutny szał! I w takich okolicznościach powstaje inteligentna komedia (humor filmu nie jest zbyt prosty i zdecydowanie ustawiony został na pewnym poziomie), która pokazuje, jak telewizja manipuluje masami. Jak liczą się jedynie słupki oglądalności i w jaki sposób uczestnicy zostają postawieni w sytuacjach, gdzie prawda nie zawsze jest prawdziwa. Wcześniej opisywałam nową produkcję Unreal o manipulacjach w amerykańskim show, tu mamy spolszczoną wersję sprzed 15 lat, którą również warto obejrzeć.

Moja ocena: 7/10

67) Czerwony smok – produkcja: USA, Niemcy; thriller; długość: 2:04.



W poszukiwaniu psychopatycznego zabójcy pomaga więzień skazany za kanibalizm i wielokrotne morderstwa. Wersja z roku 2002.

Postać Hannibala Lecktera była mi oczywiście znana, ale filmów wcześniej nie oglądałam. Czerwony smok wydał mi się bardzo ciekawy. Jak dla mnie postać dr. Hannibala Lecktera została idealnie stworzona przez granego ją Anthonyego Hopkinsa. Każda scena z nim była godna uwagi i dodawała pikanterii całemu filmowi. Gdyby nie to, że więzień pomaga w odnalezieniu innego przestępcy, film wiele by stracił.

Moja ocena: 7/10

68) Milczenie owiec – produkcja USA; thriller; długość: 1:58.



Inteligentna agentka łączy siły z seryjnym mordercą, by odnaleźć przestępcę.

Kolejna odsłona filmu z Hannibalem Leckterem w roli głównej. Tematyka bardzo podobna do poprzedniego. Po raz kolejny strona „prawa” musi współpracować z więźniem, by odnaleźć innego przestępcę. Bardzo dobra produkcja ze świetną grą aktorską. Film określany jest nawet za najlepszy thriller stulecia.

Moja ocena: 7/10

69) Dragon's Den – program telewizyjny




Odchodząc nieco od filmów i seriali, w ostatnim czasie obejrzałam wszystkie odcinki programu telewizyjnego Dragon's Den, w którym uczestnicy prezentują swoje pomysły na wynalazki i biznesy, pragnąc znaleźć inwestora dla swojego projektu. Bardzo ciekawe i pouczające. Zwłaszcza jeśli ktoś myśli o rozwinięciu własnego biznesu.


Czy znacie te produkcje?

sobota, 21 października 2017

Z przymrużeniem oka #4 - Czego nauczyła mnie Szwajcaria?

Czasem trudno w to uwierzyć, ale w Szwajcarii spędziłam już ponad 5 lat. Czas leci nieubłaganie i nie sposób go zatrzymać. Do Polski jeżdżę stosunkowo rzadko. Ostatnie wyjazdy były związane jedynie z organizacją ślubu, a teraz w ogóle nie zapowiada się, żeby częstotliwość wyjazdów się zmieniła. Jeśli myślę o mojej emigracji, to z pewnością nie jak o emigracji zarobkowej, ale ten temat poruszę innym razem. Po 5 latach mogę śmiało powiedzieć, że czuję się tu jak u siebie. Mówiąc „dom”, mam na myśli właśnie Szwajcarię. Po tej okrągłej rocznicy nadszedł czas na odrobinę refleksji, dlatego też zapraszam Was do przeczytania dzisiejszego postu.

Czego nauczyła mnie Szwajcaria?

-> Samodzielności

Wyjazd do Szwajcarii wiązał się dla mnie również z wyprowadzką z rodzinnego domu. Bez wątpienia była to więc dla mnie znacząca podróż, która zmieniła moje życie. Od czasu wyjazdu spadły na moją głowę wszystkie obowiązki domowe, których wcześniej często nie wykonywałam. Nie było już mamy, która podstawi pod nos talerza z kanapkami czy wypierze ubrania. Jednym zdaniem: „Byłam na swoim...”. Być może trudno w to uwierzyć, ale w momencie wyjazdu miałam np. dwie lewe ręce do gotowania i przypalałam nawet wodę na herbatę. Zawzięłam się jednak i postawiłam cel: nauczyć się tej czynności i być w tym naprawdę dobra. Po kilku latach dostaje nawet zamówienia na domowe wypieki, więc cel chyba został osiągnięty (choć moja rodzina nadal nie wierzy, że własnoręcznie wykonuje wszystkie z przesyłanych na zdjęciach potraw i ciast :P)



Wracając do tematu, w Szwajcarii musiałam wejść w dorosłe życie, które wiązało się także z wejściem na poważniejszy etap związku: wspólne zamieszkanie, które często ukazuje nie tylko zalety, ale i wady partnera. Właśnie z tym kojarzą mi się pierwsze miesiące spędzone w tym kraju. Przede wszystkim była to spora nauka nad samą sobą.

-> Uprzejmości

Osobiście zawsze uważałam się za osobę uprzejmą, ale też nie do przesady. Umiałam posługiwać się magicznym słowami i nie było dla mnie problemem przywitanie się z sąsiadem czy przeproszenie, gdy przypadkiem na kogoś wpadłam. Szwajcaria zdefiniowała jednak na nowo moje pojęcie uprzejmości. Już pierwsze wyjście do sklepu pokazało mi, z czym będę mieć do czynienia. W małym osiedlowym sklepiku zostałam 4 razy spytana o to, co może mi pokazać jedna z pracownic (po czym jeszcze 10 razy zapewniano mnie, że są w pobliżu gdybym jednak czegoś szukała). Każdy pracownik przywitał się ze mną i pożegnał, słowa: dziękuję i proszę zostały powtórzone 30 razy. No i ten początkowo irytujący, nieco sztuczny (tak mi się wydawało) uśmiech od ucha do ucha. Początkowo było to dla mnie bardzo męczące, zwłaszcza, że jestem osobą, która woli pozostać jak najbardziej anonimowa. Nie lubię skupiać na sobie niczyjej uwagi, a idąc do jakiegokolwiek sklepu zawsze szukam produktów sama. 



Ten poziom uprzejmości, do którego musiałam się dostosować wszedł na moje wyżyny. Przeżyłam nawet niezbyt miłą sytuację, w której w pracy złożono na mnie skargę za bycie niemiłą w momencie, gdy byłam dla każdego o 50 razy bardziej miła niż zachowywałabym się normalnie w Polsce. Posłuchałam się rady, która brzmiała: „Przesadzaj!” Na każdym kroku mówiłam dzień dobry, wszystkich przepraszałam i dziękowałam im za każdy drobiazg. Życzyłam ludziom na ulicy miłego dnia, prawiłam komplementy. No i poskutkowało! Szwajcarska uprzejmość weszła mi tak w krew, że obecnie, jadąc do Polski, nikt nie chce iść ze mną na zakupy, bo twierdzi, że zachowując się tak jak na co dzień w CH, zwracam na siebie za dużo uwagi. Ot, różnice kulturowe!

-> Rasizmu

Ten punkt jest zdecydowanie najbardziej kontrowersyjny. W dodatku kłóci się on z powyższym punktem, ale spróbuję Wam to jakoś wyjaśnić. Będąc w Polsce, miałam bardzo nikły kontakt z obcokrajowcami. Jeśli już go nawiązywałam, to były to bardzo serdeczne kontakty międzyludzkie i pochodzenie nie miało żadnego znaczenia. Przecież liczy się człowiek! Umówmy się jednak, że ilość obcokrajowców w Polsce nie jest aż tak wysoka, by na co dzień była zauważalna. W Szwajcarii istnieje tak dużo kultur i zderza się z sobą tyle narodowości, że nie może nie dochodzić do spięć. Na marginesie muszę Wam powiedzieć, że często słyszałam stwierdzenia od rodowitych Szwajcarów, że mają dość obcokrajowców w kraju. Przez cały ten czas pobytu tutaj przy ciągłym kontakcie z ludźmi wyrabia się jednak opinie o konkretnych grupach społecznych na podstawie własnych doświadczeń. 



Pracując w branży, która wymaga bezpośredniego kontaktu z człowiekiem, często nawiązywania znajomości ze stałymi klientami i obserwacji zachowań różnych narodowości, wywołała ona u mnie efekt odwrotny od zamierzonego. Nie stałam się bardziej tolerancyjna dla innych kultur, a wręcz przeciwnie: przekonałam się, że nie mogłabym żyć w innych warunkach. Przestałam wierzyć, że dwie osoby różnych kultur i narodowości są w stanie stworzyć udany związek, dlatego podchodzę do takich romansów wśród moich znajomych sceptycznie, co mają mi za złe. Z dezaprobatą patrzę też na kobiety owinięte szmatami od stóp do głów – nie ze względu na nietolerowanie tej religii. Denerwuje mnie okropnie to, że ktoś przyjeżdża do cywilizowanego kraju i nie jest w stanie dostosować się do reguł, które w nim panują - nie tylko wyglądem, a przede wszystkim zachowaniem. Mnie też nie wszystko się tu podobało, ale chciałam żyć w tym miejscu, więc musiałam się dostosować. Nie wspominając już o sytuacjach, które widziałam nagminnie wśród konkretnej narodowości, a które wywołały u mnie bardzo negatywny stosunek do nich. I nie chodzi tutaj o przykrość wywołaną przez jedną osobę, a podejście życiowe wynikające z ich wychowania, kultury itp., które zakłada np. brak szacunku do kobiety i pod tym względem mogę śmiało powiedzieć, że jestem rasistką dla takich osób.

-> Rezygnacji z toksycznych relacji międzyludzkich

Podejrzewam, że każda osoba, która wyjechała za granicę, przyzna mi rację. Będąc w ojczystym kraju, wybieramy sobie znajomych, przyjaciół. Mieszkając za granicą, każdy kontakt z rodakami jest na wagę złota i człowiek przyjaźni się ze wszystkimi. Nie ma nic dziwnego w tym, że 20-latek kumpluje się z kimś, kto mógłby być jego ojcem itp. 



Żyjąc w Szwajcarii poznałam pojęcie toksycznych związków międzyludzkich. Trwałam w nich tak długo, aż sama zaczęłam zauważać, jakie szkody przynoszą one mi. Ba! Zaczęłam zauważać, ile wcześniej było takich więzi, które wprowadzały mnóstwo nieczystej atmosfery w moje życie. W tym momencie mogę oświadczyć, że jestem bardzo wyczulona na takie relacje. W mig je rozpoznaje i potrafię z nich od razu zrezygnować. Być może późno, ale zawsze!

PS. O relacjach Polaków za granicą można akurat rozprawiać godzinami i napisać milion powieści, więc najlepiej jest zakończyć ten punkt w tym miejscu.

-> Nie przejmować się opinią innych

Pewnie każdy z Was słyszał wielokrotnie zdanie: „A co ludzie powiedzą...”. Sama wychowałam się w domu, gdzie opinia ludzi wokół bardzo wpływała na zachowanie czy podejmowane decyzje. Szwajcaria dała mi ogromny dystans do wszystkiego, co dzieje się w Polsce, nie tylko w kraju czy miejscowości, ale przede wszystkim u rodziny czy znajomych. Do tej pory docierają do mnie newsy pt: „A ten powiedział to, a tamten uważa, że źle robisz” i mój ulubiony: „Wszyscy pytają kiedy dziecko”. 



W Szwajcarii każdy żyje swoim życiem. Większość osób tu wychowanych nigdy nie zada Ci prywatnego pytania, dopóki sam nie postanowisz o tym opowiedzieć. Opinia ludzi, zwłaszcza w Polsce, nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. To, że ludzie gadają, nie sprawi, że będę mieć, co włożyć do garnka, będę bardziej spełniona w życiu czy szczęśliwa. A ludzie gadać i tak będą, niezależnie co by się zrobiło.

-> Polegania na sobie i samodzielnego poszerzania wiedzy

Można by rzec, że Szwajcaria w gorzki sposób nauczyła mnie życia, bo przecież poleganie tylko na sobie jest jakimś stylem życia, według którego się podąża. Musiałabym tu powrócić ponownie do tematu relacji z Polakami na obczyźnie, ale pomijając zbędne fakty, koniec jest zawsze taki sam. Nie możesz polegać na nikim. Jeśli na czymś Ci zależy, nikt za Ciebie nie będę do tego dążył. Z tym wiąże się również drugi z punktów, który postanowiłam połączyć w jedną całość. Poszerzanie wiedzy na dany temat. Przyjeżdżając do obcego kraju, na pewno nie zna się wszystkich obyczajów i reguł, które tam panują. Tak było z moim przyjazdem do Szwajcarii. Wiele rzeczy było dla mnie absolutną nowością. 


Mogłabym oczywiście spotykać się z kolejną grupą rodaków, wśród których każdy ma inne zdanie na podsunięty temat i powielać ich mylne przekonania w kwestiach prawnych i systemowych, bazując na ich wiedzy. Ale czy to byłoby dobre? Zdecydowanie nie! Mimo że każdy język w dziedzinie polityki, prawa itd. jest bardzo zagmatwany i trudny, mając jakiś problem, nigdy nie zwróciłam się do kogoś, lecz sama szukałam fachowej wiedzy, doszkalałam słownictwo, by rozwiązać go od podstaw. Ostatnią rzeczą, jaką powinno się zrobić, to szukanie pomocy u przypadkowych znajomych...

-> Cieszyć się drobnostkami

Zupełnie nie spodziewałam się, że ten post osiągnie tak sporą ilość tekstu, dlatego zdecydowałam się zakończyć go na tym optymistycznym punkcie. Szwajcaria pokazała mi wiele pięknych miejsc i widoków, obok których kiedyś przeszłabym obojętnie. Dziś cieszy mnie każdy promień słońca w jesienny dzień, każde dzień dobry wypowiedziane na ulicy, każdy zapach domowego ciasta, które przygotowuję. Doceniam każdą chwilę wolnego czasu, każdą rozmowę z najbliższymi, spacer po parku i udaną fotografię. Z nabycia tej cechy cieszę się najbardziej!

























Pomimo tej ogromnej ilości tekstu zdaję sobie sprawę, że w dalszym ciągu nie poruszyłam wszystkich kwestii i nie „wyczerpałam” tego tematu. Jeśli więc po przeczytaniu nasuwają Ci się pytania, bądź chcesz bym nieco dokładniej opisała jakieś wydarzenia czy anegdoty, śmiało pisz w komentarzu!


Dziękuję za przeczytanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...