sobota, 29 lipca 2017

Ballada o ślubnych przygotowaniach #6

W ostatnim ślubnym poście opowiedziałam Wam historię wyboru mojej sukni ślubnej. W tym samym poście planowałam zamieścić również opowieść o mojej fryzurze i makijażu, ale pewnie nikt nie doczytałby wtedy do końca. Zdecydowałam zatem rozdzielić ten wpis na dwie części.

Wydawałoby się, że wybór fryzury i makijażu to pestka przy wybraniu sukni ślubnej. Czy tak jednak jest? Jakie przygody spotkały mnie na tym etapie?

Zacznę może od września tamtego roku, kiedy to wybraliśmy się do znajomych na wesele. Przyjeżdżaliśmy dosłownie na chwilę i nie miałam czasu na wielkie przygotowania do tego wydarzenia, dlatego umówiłam się na szybkie podpięcie włosów u miejscowej fryzjerki. Mieścina, w której odbywał się ślub, była dość mała, tak więc nie powinno nikogo zdziwić, że w okolicy działał jeden salon fryzjerski. Pani właścicielka zajęła się moimi włosami i po pół godzinie wyszłam z efektem „Wow!”.






















Wiedząc już, że i mnie czeka niedługo TEN dzień, zaczynałam powoli rozmyślać nad jak najlepszym zorganizowaniem. Ta fryzurka tak bardzo mi się spodobała, że koniecznie chciałam, by owa pani zjawiła się w Mierzęcinie i uczesała mnie na mój własny ślub. Niestety ze względów logistycznych nie było to możliwe. Obie miejscowości dzieliło ponad 75 km, a pani fryzjerka nie mogła pozwolić sobie na zamknięcie swojego salonu na cały dzień. Z bólem serca zrozumiałam to wytłumaczenie i rozpoczęłam poszukiwania przypadkowego fryzjera.

Jednym z najgorszych minusów organizacji ślubu zza granicy jest właśnie niemożliwość sprawdzenia wszystkiego na własnej skórze oraz fakt, że nie miałam żadnych sprawdzonych typów. Będąc na miejscu pewnie pochodziłabym po fryzjerach, sprawdziła ich możliwości i wybrała najlepszego. Niestety internetowe poszukiwania wypadają dość słabo. Pomimo tego, że obecnie praktycznie każda firma ma swój fanpage czy stronę internetową, wśród fryzjerów z mojej okolicy nie jest to najwidoczniej praktykowane. Szkoda, ponieważ widząc efekty czyjeś pracy, byłoby mi łatwiej podjąć jakąkolwiek decyzję. Jak zatem szukałam fryzjera na tak ważne wydarzenie jak ślub? Losowo, po nazwisku, które wydało mi się przyjemne.


Poszukiwania rozpoczęłam od mojego rodzinnego miasta, które jest największym miastem w regionie, a salony fryzjerskie znajdują się na każdym rogu, więc myślałam, że łatwiej będzie mi znaleźć kogoś, kto przystanie na moją propozycję. Jednak pokonanie 50-cio kilometrowej drogi do miejsca uroczystości, by uczesać mnie na miejscu okazało się być dla wszystkich awykonalne. W dniu ślubu „nie wychodziłam z domu”. W Mierzęcinie byliśmy już dzień wcześniej, by wszystkiego dopilnować, więc stratą czasu byłoby dla mnie jeżdżenie przez całe przedpołudnie od drzwi do drzwi, gdzie mój stres narósłby wtedy do granic wytrzymałości. Tym bardziej, że byliśmy umówieni z fotografem i kamerzystą na reportaż z przygotowań, więc panowie musieliby za nami wszędzie jeździć, co nie miało najmniejszego sensu i trwało by pewnie zdecydowanie zbyt długo. To wszystko spowodowało, że jedyną najlepszą dla wszystkich opcją było sprowadzenie podwykonawców na miejsce.

W taki sposób rozpoczął się prawdziwy maraton wiszenia na telefonie. Ja – zza granicy, moja mama – w Polsce. Obie obdzwaniałyśmy wszystkie fryzjerki w mieście i praktycznie zawsze słyszałyśmy tę samą odpowiedź: „Nie dojeżdżamy”. Musiałam zawęzić kręgi poszukiwań i znaleźć kogoś, kto będzie bliżej Pałacu i nie miał z tym problemu. Zaczęłam szukać fryzjerów w małych okolicznych mieścinach, co było jeszcze trudniejsze. Próby skontaktowania trwały często kilka dni. Moje nerwy sięgały zenitu, gdy po raz setny słyszałam tekst: „Nie dojeżdżamy”. Salon oddalony jest jedynie 5 minut od tego miejsca! Na dobrą sprawę, nie trzeba dojechać tam, a dojść... Niestety żadne argumenty nie przekonywały pań, z którymi się kontaktowałam. Jedna powiedziała, że w sobotę to ona ma wolne i kropka. Inna była już bliska zgodzenia się, lecz gdy okazało się, że chcę umówić się także na fryzurę próbną, odpowiedziała: „No co Pani! Ja robię raz a dobrze”. Tym razem to ja podziękowałam. W czasie całych poszukiwań zastanawiałam się, czy w Polsce aż tak polepszyła się sytuacja materialna (również ta w małych miasteczkach), że można łatwą ręką odmówić przyjęcia potrójnej zapłaty za wykonaną usługę?



Byłam w totalnej kropce. Wiedziałam, że sama nie zrobię sobie fryzury, bo jestem totalnym beztalenciem w tej dziedzinie. Żaden z moich gości również nie wykonywał takich zajęć, nawet amatorsko. Z pomocą przyszedł mi Pałac Mierzęcin, który podrzucił mi numer do fryzjerki „na telefon”. Jej nazwisko nie pojawiło mi się na żadnej z przeglądanych stron, więc postanowiłam spróbować. O dziwo, udało się! Pani Ania nie miała problemu z dojazdem ani wykonaniem fryzury próbnej. Ba! Nawet umówiłyśmy się na wykonanie fryzury kilku gościom. 

Problem w tym, że ja nadal nie miałam pojęcia, co właściwie chce mieć na głowie. Miałam nie za długie włosy i skomplikowane upięcia nie wchodziły w grę. Poza tym w głowie miałam ciągle moją fryzurę z poprzedniego ślubu, na którym byłam. Dwa miesiące przed ślubem umówiliśmy się na próbną fryzurę, w domu fryzjerki. Domowa, swojska atmosfera. Poczuliśmy się, jak gdybyśmy byli gośćmi, a nie klientami. Zostałam posadzona na krzesło, a pani Ania krzątała się wokół mojej głowy, tworząc trzy różne wersje fryzur (inspirowane poniekąd pokazaną fryzurą z wesela znajomych). Wśród nich wybrałam tę ostateczną i umówiłyśmy się na konkretną godzinę w dniu uroczystości. Takim sposobem znalazłam moją dojezdną fryzjerkę. Byłam uratowana!


Jeśli chodzi o makijaż, to miałam bardzo mieszane uczucia. Początkowo byłam przekonana, że zlecę jego wykonanie komuś, kto się na tym zna. Niestety pierwsze próby wykonania make-upu przez kogoś innego nie wyszły najlepiej. Nie czułam się w tym sobą, a na widok zaproponowanej mi ilości „tapety” mój ukochany błagał mnie, bym nie pokazała się tak na ślubie. Kolejny raz nie wiedziała, co zrobić. Dużo osób przekonywało mnie, bym zajęła się tym sama i tak, jak lubię. Posiadałam kosmetyki, które wiedziałam, że przetrwają na mojej twarzy całą noc, dlatego postanowiłam spróbować. Kilka tygodni przed ślubem zaczęłam wypróbowywać połączenia kolorystyczne, by stworzyć efekt, który mnie zadowoli. W makijażu postanowiłam zawrzeć fiolet, który pojawiał się również w dekoracji ślubnej. Efekt końcowy możecie zobaczyć na zdjęciach.



Zarówno z fryzury, jak i z makijażu byłam zadowolona. Na ślubie zgarnęłam miliony komplementów, mówiących, że wyglądam piękne (na co nie wiedziałam, szczerze mówiąc jak reagować – kompletnie nie umiem przyjmować komplementów). Cieszę się, że wszystko skończyło się dobrze. Nawet jeśli musiałam najeść się tyle strachu i nerwów!

A czy Wy mieliście problem ze znalezieniem fryzjerki i makijażystki? A może zdecydowałyście się wykonać wszystko same?

czwartek, 27 lipca 2017

Mini-haul zakupowy

Kochani!

Lipiec powoli dobiega końca, a ja czuję, że nabieram coraz większej chandry, jak gdyby nadchodziła już jesień. Co prawda pogoda jest iście październikowa, ale jeszcze nigdy wcześniej nie odczułam tak mocno, że zawodzę. Nie tylko prywatnie, ale też na blogu. Wypaliła się gdzieś ta iskierka motywacji i chęci do działania. Im bardziej się się staram, tym gorzej mi to wychodzi... Na dziś przygotowałam dla Was jedynie krótki haul z nowościami. Wraz z mężem wybraliśmy się do jednej z okolicznych, outletowych dzielnic i zakupiliśmy kilka ubrań. Ja poszalałam zwłaszcza na dziale z trampkami, ponieważ brakowało mi właśnie tego typu obuwia w szafie (Z myślą o ciepłych dniach, które miałam nadzieje, nastaną...).

Zapraszam na mini-haul z ubraniami!

1) Buty
Marka: Reno
Rozmiar: 39
Kolor: czarny, białe wzorki
Cena: 15,95 fr.




2) Trampki w kwiaty
Marka: Dosenbach
Rozmiar: 39
Kolor: niebieski, haftowane kwiatki
Cena: 14,90 fr.



3) Klasyczne trampki
Marka: Dosenbach
Rozmiar: 38
Kolor: czarne, białe sznurówki
Cena: 12,45 fr.

>>Strona internetowa<<



4) Spodenki męskie
Marka: Tom Tailor
Rozmiar: 38
Kolor: szary
Cena: 22,50 fr.


5) Spodenki męskie
Marka: Tom Tailor
Rozmiar: 38
Kolor: ciemnoniebieski
Cena: 22,50 fr.


6) Bluzka
Marka: Tom Tailor
Rozmiar: 36
Kolor: ciemnoniebieski
Cena: 35 fr.


A co wpadło ostatnio w Wasze ręce?

wtorek, 25 lipca 2017

Z archiwum #3 - Lato 2012

Dawno już nie uraczyłam Was dawką niepublikowanych wcześniej zdjęć. Osobiście bardzo lubię powracać wspomnieniami do fajnych wydarzeń z mojego życia. Jeszcze lepiej, gdy udało mi się tę chwilę uwiecznić na zdjęciu i z uśmiechem przeglądam nawet te nieudane fotografie, gdzie zupełnie nie przejmowałam się kadrowaniem czy prześwietleniem zdjęcia. Dziś chciałabym Wam pokazać kilka fotografii, które wykonane zostały jeszcze w 2012 roku podczas naszych wyjazdów oraz opowiedzieć Wam kilka historii z nimi związanych.

Zapraszam na post!

1) Pierwszy wyjazd do Francji


Ileż na tym zdjęciu dojrzeć można „pierwszych razów”... Pierwszy raz mój ukochany zabrał mnie wtedy w podróż, a ja nie miałam absolutnie żadnego pojęcia, dokąd jedziemy. Moja ekscytacja była tym większa, że PO RAZ PIERWSZY pojechaliśmy do Francji. Przygraniczna miejscowość Mulhouse (pol. Miluza) stała się celem naszego jednodniowego wypadu. Pamiętam, że jedyną myślą, jaką miałam wtedy w głowie, było to, że miasto wygląda raczej jak jedna z dzielnic Bronxu: obdrapane mury, pełno podejrzanych grup murzyńskich... No może poza ścisłym centrum, gdzie faktycznie zobaczyliśmy ładną starówkę i jeden z ładniejszych ratuszy. Nie wiem już nawet, w którym miejscu, ale po drodze natrafiliśmy na ten ciekawy posag , przy którym nie omieszkałam sobie zrobić zdjęcia. Uwaga! Po raz pierwszy od 15 lat w sukience!

2) Zamek Wildegg i przebieranki

W to samo lato wybraliśmy się również do zamku Wildegg. Pamiętam doskonale ten czas, ponieważ dokładnie wtedy mój mąż stracił prawo jazdy za drobne wykroczenie (w Szwajcarii są bardzo kosztowne mandaty). Całe szczęście byłam jeszcze ja, więc dzielnie woziłam nas po kraju, wynajdując nowe miejsca podróży. Któregoś razu trafiłam właśnie ten zamek i od razu palnęłam: „Jedziemy tam!”. Szkoda tylko, że nie zobaczyłam, jak przebiega droga, bo chyba bym się na nią nie porwała. Było na niej tyle ostrych zakrętów i zjazdów w górę i w dół, że na samą myśl dostawałam choroby lokomocyjnej.



























Ale w końcu szczęśliwie dotarliśmy do naszego celu. Byliśmy wtedy jedynymi zwiedzającymi, więc spokojnie mogliśmy obejrzeć sobie każdy zakątek, poza ogrodem. Niestety w przyzamkowej kapliczce odbywał się ślub, a przyjęcie weselne miało miejsce w ogrodzie, przez co był on wyłączony dla zwiedzających. Może kiedyś jeszcze uda nam się tam wrócić, by pobyć chwilę w pięknym, różanym ogródku. Wchodząc do środka zostaliśmy zaproszeni na prywatny seans filmowy na temat zamku i jego historii, by lepiej zrozumieć muzealne ekspozycje. Następnie mogliśmy zwiedzić zamkowe komnaty. Jednym z miejsc, które mnie absolutnie zahipnotyzowało, były widoczne na zdjęciu schody.



Na jednym z pięter znajdowała się sala, w której można było przymierzyć stroje z dawnej epoki. Tej okazji przegapić nie mogliśmy! Była to świetna zabawa, której skutki możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach. 

























3) Wycieczka do starożytnego Rzymu

Trzecim miejscem, które odwiedziliśmy w tamtym czasie było rzymskie miasteczko Augusta Raurica. Jest to zamknięty kompleks, który położony jest niedaleko Basel. W środku znajduje się zbiór wszystkich pozostałości rzymskich z tych terenów. My zdecydowaliśmy się pojechać tam, gdy organizowany był coroczny rzymski fest. Można było tam zobaczyć walczących gladiatorów, podglądnąć kobiety w rzymskich strojach przy „codziennych obowiązkach”, zajrzeć do namiotów legionistów.



Całość była naprawdę bardzo fajnie zorganizowana, ale... kim właściwie był ten mężczyzna? Nasza pierwsza myśl, gdy go zobaczyliśmy: „Co tu robi Gandalf?”. Jeszcze śmieszniej zrobiło się, gdy podleciał do niego mały chłopczyk i spytał go, kim jest, na co pan spojrzał na swój brzuch, na chłopca, po czym odpowiedział: „Sam nie wiem” i odszedł.


4) Granica niemiecko-szwajcarska

Na zakończenie lata pojechaliśmy do przygranicznego miasta Konstanz. Poza wieloma atrakcjami, które skrywa ta miejscowość, istnieje tam także nietypowe przejście graniczne. Na większości szwajcarskich granic stoją zawsze strażnicy, którzy wypytują Cię o przewożone towary. Tutaj otwarta granica przebiega przez … chodnik, a na wodzie w tym miejscu stoi dziwna konstrukcja.



























W centrum miasta można spotkać również sporo dziwnych rzeczy. Za przykład niech posłuży reklama małego sklepu meblowego, na którego drzwiach zawisło krzesło.


Właśnie w Konstanz widzieliśmy najdziwniejszą fontannę. Wyglądało to jak brodzik, w którym główne miejsce zajmowała ogromnych rozmiarów kobieta, której dosłownie wszędzie zwisały fałdy tłuszczu. „W wodzie” siedzieli również starzy, nadzy mężczyźni w czepkach kąpielowych. Dookoła nich były także figury zwierząt z uwzględnieniem ich płci. Do zrobienia zdjęcia zastosowałam cenzurę ;)


Mam nadzieję, że poprawiłam Wam nieco humor dzisiejszym postem i moimi krótkimi opowieściami i z przyjemnością obejrzeliście niepublikowane wcześniej zdjęcia. A Wy pamiętacie co robiliście latem 2012 roku?

sobota, 22 lipca 2017

Projekt: 100 filmów w rok #3

Nasz roczny projekt, zgodnie z którym powinniśmy obejrzeć 100 filmów w ciągu tego roku, dzielnie pnie się w górę. Być może nie wiecie, ale jestem ogromną fanką filmów, tworzonych na faktach, a jeszcze bardziej moją uwagę przyciągają filmy dokumentalne. Niestety wiele tytułów z tej dziedziny kinematografii jest niedostępnych w sieci, nad czym okropnie ubolewam. Nie przeszkodziło mi to jednak w zorganizowaniu maratonu i obejrzeniu 5 filmów dokumentalnych, które przedstawię Wam w tym poście. Co jeszcze w nim znajdziecie? 2 absolutne hity ostatnich miesięcy oraz stare polskie komedie.

Jakie filmy udało mi się ostatnio obejrzeć?

36) Kurczaki w Fast Foodach – film dokumentalny. Długość: 50 min.



Mięso z kurczaka to jedno z chętniej jedzonych mięs na świecie. Uważane jest jako zdrowsze i pyszniejsze od wszystkich innych. Czy jednak to co kupujemy, jest w rzeczywistości tym, czego oczekujemy?

Ta produkcja porusza aspekt jakości mięsa z kurczaka, które kupić można w supermarketach. Pod lupę zostają wzięte lubiane (zwłaszcza przez dzieci) nuggetsy. Producenci próbują dowiedzieć się, w jaki sposób są faktycznie przygotowywane zanim trafią do opakowania, co okazuje się wcale nie być łatwym zadaniem. Analizują także faktyczne składy produktu z informacjami, które znajdują się na opakowaniach produktów. A wyniki ich badań są naprawdę skandaliczne. Po obejrzeniu tego dokumentu traci się ochotę na zjedzenie jakiegokolwiek półproduktu.

37) Wysoki koszt niskich cen – Produkcja: USA. film dokumentalny. Długość: 1:35.



Film dokumentalny poświęcony sieci amerykańskich marketów Wal-Mart. Przedstawia historię powstania aż po tragiczne dla wielu skutki ich polityki.

Osobiście nie znam sieci tych supermarketów, ale ich działania można podpiąć pod każdy duży market działający w danym kraju. Tragiczna sytuacja finansowa pracowników, których nie stać na opiekę zdrowotną, mimo że sieć notuje rocznie milionowe przychody. Polityka chińskich produktów najniższej jakości za najniższą cenę, która likwiduje konkurencję w postaci małych, lokalnych sklepów. I chyba najgorsze z tego wszystkiego: brak alternatyw dla małych miasteczek.

38) W poszukiwaniu Wielkiej Stopy – film dokumentalny. Długość: 50 min.



Dokument, starający się rozwiązać zagadkę jednego z nagranych filmów, którego bohaterem była Wielka Stopa.

Możecie się śmiać, ale od dziecka temat kryptozoologii bardzo mnie intrygował. Śledziłam wszelkie doniesienia o nowych dowodach na istnienie przedziwnych stworów. Oglądając powyższe dokumenty jako następny w kolejności pojawił się ten, więc z ciekawości kliknęłam. Cały film opiera się o krótkie nagranie, które zostało nakręcone w latach 60. Naukowcy próbują dowieść, że znajdująca się na nim postać to faktycznie znana Wielka Stopa, jednak dokument nie jest na tyle wiarygodny, by przekonać nawet mnie – osobę, która marzy o tym, by którekolwiek z legendarnych stworzeń okazało się być prawdziwe. 


39) W poszukiwaniu Sasquatcha – film dokumentalny. Długość: 51 minut.

Dokument, próbujący udowodnić istnienie kanadyjskiej Wielkiej Stopy.


Tuż po obejrzeniu poprzedniego dokumentu włączyłam wersję kanadyjską. Tam Wielka Stopa znana jest pod nazwą Sasquatch. Cały film kręci się wokół jednego rybackiego domku, położonego na odludziu, gdzie dochodzi do systematycznych wtargnięć i kradzieży jedzenia. Seria dowodów w tej sprawie jest jednak jeszcze mniejsza niż w przypadku pierwszego z dokumentów o tym legendarnym stworze. Oglądałam jednym okiem.

40) Grizzly Man – film dokumentalny. Długość: 1:43. Biografia Timothyego Treadwella.



Dokument opowiadający historię człowieka, który przez wiele lat obserwował życie niedźwiedzi grizzly w ich naturalnym środowisku.

Już na wstępie muszę powiedzieć, że ten dokument jest naprawdę interesujący, zwłaszcza gdy spojrzy się na niego pod różnym kątem. Timothy Treadwell był ogromnym pasjonatem grizzly, fascynował się ich życiem, przede wszystkim w naturalnym środowisku, dlatego też co sezon wyjeżdżał w najgłębsze zakątki Alaski, by przypatrywać się tym zwierzętom. Podchodził do nich tak blisko, jak tylko się dało. Ba! Nawet bawił się z młodymi niedźwiedziami, zapominając przy tym jak bardzo są one niebezpieczne. Oglądając film, nie sposób nie mieć myśli, że główny bohater nie jest do końca zdrowy psychicznie (część osób twierdzi, że był on jedynie głupi). Faktem jest jednak, że swoją pasję przypłacił życie.

41)  Czarne lustro – serial sci-fi, thriller. Długość: 3 sezony.



Serial ukazujący w krzywym zwierciadle przyszłość, która może nas czekać. Każdy odcinek opowiada inną historię. Całość bazuje na negatywnym wpływie technologii na nasze życie czy manipulacji masami.

Tego tytułu przedstawiać raczej nie trzeba. Jest to jeden z seriali, o którym swego czasu mówili wszyscy. Wszystkie trzy sezony można spokojnie obejrzeć „na raz”. Wśród odcinków znajdują się oczywiście lepsze i gorsze, ale ogólny zamysł jest naprawdę interesujący. Chyba najlepszym określeniem dla tej produkcji jest fakt, że szokuje! Po obejrzeniu odcinku pojawia się myśl w głowie: „A gdyby tak naprawdę...”. Trzeci sezon był jak dla mnie bardziej zachowawczy i bezpieczny, przez co też nieco słabszy. Mimo wszystko polecam zapoznać się, jeśli jeszcze nie mieliście okazji.

Moja ocena: 7/10

42) 13 powodów – Serial, dramat. Długość: 1 sezon, 13 odcinków.



Nastolatka Hannah Baker popełnia samobójstwo, pozostawiając po sobie serię nagrań, na których znajduje się 13 powodów jej decyzji.

Kolejny hit ostatnich miesięcy. Niestety nie czuję się nim zachwycona, jak większość widzów. Mogę jedynie powiedzieć, że serial jest niezły, ale postawa jego bohaterów co najmniej irytująca (a już przede wszystkim główna bohaterka). Zaznaczam, że nie czytałam książki, więc ocenie podlega jedynie sam serial, bez porównań. Miałam wrażenie, jak gdyby producenci chcieli wepchnąć wszystko, co najgorsze w jeden serial i życie jednego człowieka. Powody samobójstwa? Cóż. Co chwilę zastanawiałam się, czy młodzi ludzie mają taką mielonkę w mózgu, że z powodu takich głupot są w stanie się zabić? Mam nastoletnią siostrę, która również obejrzała serial, co było pretekstem do podjęcia poważnej, egzystencjalnej rozmowy. Ulżyło mi, gdy miała takie samo zdanie jak ja. Nie chcę spolerować, ale o wiele ciekawiej zapowiadałaby się kontynuacja serialu, gdyby pociągnięto wątek zemsty jednego z uczniów.

Moja ocena: 6/10

43) Bathory – film historyczny. Długość: 2:18. Biografia Elżbiety Batory.



Któż nie zna Elżbiety Batory, która nazywana jest również Krwawą Hrabiną bądź wampirem z Siedmiogrodu. Węgierska arystokratka uznana została największą morderczynią w historii ludzkości, ale czy słusznie?

Jako nastolatka uwielbiałam zagrzebywać się w biografię skomplikowanych postaci historycznych. W ten sposób poznałam Elżbietę Batory, o której krążyły legendy, mówiące że morduje młode dziewczyny, po czym zażywa kąpieli w ich krwi. Miało to ponoć zapobiegać starzeniu. Ten film pokazuje prawdę w zupełnie innym świetle. Legenda Elżbiety Batory zostaje zdemaskowana, a na jaw wychodzi spisek, którego padła ofiarą. Niektóre sceny można byłoby skrócić, bo film nieco się dłuży, ale w ogólnej ocenie jest to dobra produkcja europejska.

Moja ocena: 7/10


44) Fuks – Produkcja polska. Komedia sensacyjna. Długość: 1:26.



18-letni Alex podkochuje się w Sonii. Ma również plan wobec jej pracodawcy, którego chce „stuknąć na kasę”.

W poprzednim poście wspominałam, że uwielbiam polskie komedie. Trzy polskie tytuły w dzisiejszym zestawieniu oglądałam z pewnością już setkę razy. Plejada polskich aktorów, obłędny Maciej Stuhr i fajny plan, realizowany przez niego w tej produkcji. Przyjemnie było powrócić do tego filmu.

Moja ocena: 7,5/10

45) Poranek Kojota – Produkcja polska. Komedia sensacyjna. Długość: 1:32.



Młody chłopak, Kuba (grany po raz kolejny przez M. Stuhra) zakochuje się w piosenkarce Noemi. Nie jest to na rękę jej byłemu chłopakowi Brylantowi, który potrzebuje pieniędzy na spłatę długu u gangstera, a ślub z bogatą dziewczyną rozwiązałby jego problemy.

Zarówno ten jak i kolejny film mogę nazwać fenomenalnymi polskimi produkcjami. Ubóstwiam oba za perfekcyjne żarty i karykaturalne postacie. Jednym słowem kultowy film i nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by ktoś go nie widział.


Moja ocena: 10/10

46) Chłopaki nie płaczą – Produkcja polska. Komedia sensacyjna. Długość: 1:36.



Kolejny film powstały na przełomie XX i XXI wieku. Młody skrzypek wpada w sam środek gangsterskich porachunków.

Ten film jest skarbnicą rewelacyjnych ról aktorskich. Dialogi Gruchy i Freda są wręcz obłędne. Prześmiewczy obraz polskiej mafii i teksty, które weszły do języka potocznego. Chyba nie muszę już nic więcej mówić. Moim zdaniem najlepsza komedia!

Moja ocena: 10/10

A Wy co ostatnio obejrzeliście?

czwartek, 20 lipca 2017

Szwajcaria w podróży: spacer po okolicy

Mam nadzieję, że lubicie ze mną spacerować, bo dziś przygotowałam dla Was kolejną trasę. Tym razem po mojej bliskiej okolicy. Część Szwajcarii, w której mieszkam nie jest zbyt urodziwa – przyznaję to z pełną świadomością moich słów. Mojemu miasteczku bliżej do rejonów industrialnych niż malowniczych, szwajcarskich krajobrazów z górskim widokiem w tle. Wychodzę jednak z założenia, że w każdej, najmniejszej cząstce da się znaleźć coś pięknego.

Moja miejscowość położona jest w kantonie Aargau. Zapraszam na krótki spacer po okolicy, który zakończymy w pobliskim lesie.
























Już po wyjściu z domu natrafiłam na pierwszy, uroczy obiekt fotograficzny, jakim jest fioletowy bez w ogródku mojej sąsiadki. Niewątpliwie ma on mnóstwo wdzięku i wygląda pięknie, gdy padają na niego promienie słońca. Ma on jedynie jedną wadę: okropnie mnie alergizuje, przez co nie mogłam nigdy cieszyć się nim w domowym zaciszu. Nie zważając jednak na moją przypadłość, wpadłam w te drzewko i w ekspresowym tempie zrobiłam kilka zdjęć, po czym odeszłam czym prędzej, pociągając nosem.



























W ciągu całego okresu spędzonego w Szwajcarii zauważyłam, że w większości miast każdy zielony skrawek jest zagospodarowany. Nie ma tu zaniedbanych podwórek. Dodatkowo żadne prywatne podwórko nie jest ogrodzone, a rośliny, które na nim rosną, zostały zasiane z rozmysłem i ich wygląd cieszy oko.



Najczęstszym materiałem, który używany jest do upiększenia własnego ogródka jest kamień. Poniżej przykład ogrodowej sztuki i nowo zasianych roślin.


W każdej, nawet najmniejszej miejscowości, wyróżnić można także tereny podmiejskie, które zamieszkuje bogatsza część społeczeństwa. Wyróżnia się ona obecnością okazałych domków jednorodzinnych. Można tam spotkać przechadzające się koty. Nie są one jednak bezpańskie. W Szwajcarii nie ma problemu bezpańskich zwierząt. Każde zwierzę domowe przypisane jest właścicielowi i musi nosić obrożę bądź chip z danymi właściciela.


Wracając jednak do tematu samych przydomowych ogródków, to skrywają one takie detale, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Nikt nie boi się wystawić na nieogrodzonym trawniku figurek, krasnali czy innych własnoręcznie wystruganych panolków i ma pewność, że pozostawiona przez właściciela rzecz, będzie tam leżeć, dopóki sam nie przyjdzie jej przenieść. To jeden z aspektów życia w Szwajcarii, który bardzo mi się podoba.








Wśród Szwajcarów nie ma osoby, która nie lubiłaby chodzić na piesze wędrówki, jeździć na rowerze czy jakkolwiek inaczej spędzać aktywnie czas wolny na świeżym powietrzu. Na każdej drodze wędrownej można spotkać rodowitych Szwajcarów (często w sędziwym wieku), którzy z szerokim uśmiechem witają gromkim „Grüezi!” nieznanych im ludzi. Patrząc na wędrowne szlaki nie trudno dziwić się, dlaczego tak chętnie spędzają tam czas. Przyleśne tereny mają swój klimat. Jest swojsko, spokojnie i pięknie.




























Wchodzimy do położonego na wzgórzach lasu. Szwajcarskie lasy zdecydowanie różnią się od polskich. Na próżno szukać w nich grzybów, a w większości przypadków dominują drzewa liściaste.



 
Większość leśnych dróg została wytyczona i nie sposób jest się zgubić, czy też zboczyć z trasy. Nasz las, położony na wzgórzu, charakteryzuje się ruchem po okręgu.




W środku lasu droga wiedzie przez miejsca, gdzie nie widać niczego innego, jak tylko wąską ścieżkę pod nogami i mnóstwo drzew dookoła, jak i przez otwarte tereny.

























Co jakiś czas warto jest się rozejrzeć na boki i dostrzec ciekawe obiekty, które podstawia nam natura pod sam nos.



Gdy drzew dookoła nas coraz mniej, możemy mieć pewność, że dotarliśmy do szczytu wzgórza i teraz czeka nas jedynie droga powrotna. Można cofnąć się tam skąd przyszliśmy lub wybrać drogę, która prowadzi do drugiego końca miasteczka.




























Nawet w lesie dostrzec można mnóstwo atrakcji. Potężne korzenie drzew, fantazyjnie powyginane gałązki, ciekawe gatunki roślin.



























Co jakiś czas zza drzew wyłania się obraz miasta.


Nasz las nie jest do końca dziki. Znajduje się w nim kilka śladów działalności człowieka.


Wychodząc z lasu, po prawej stronie szumi woda ze strumyka, a my znajdujemy się już w miejskiej części miasta, gdzie dominują jedynie budynki i ciężko znaleźć jakiś zielony fragment krajobrazu.

 
I na tym kończymy dzisiejszy spacer. Dziękuję, że ponownie zechcieliście mi towarzyszyć!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...