piątek, 26 maja 2017

Ballada o slubnych przygotowaniach #3 - Goscie, goscie...

Temat gości poruszałam krótko w pierwszym poście z tej serii (LINK), a dziś chciałabym nieco się w niego zagłębić. Tak jak już wspominałam, nasza lista gości była dość elastyczna i kilka razy nanieśliśmy na nią poprawki. Oczywiście główną zasadą, jaką się kierowaliśmy, było: „Nic na siłę!”. Jeśli nie czuliśmy potrzeby zapraszania na ślub i wesele niektórych osób, to żaden argument nie był nas w stanie do tego zmusić. Nie wychodziliśmy z założenia, że kogoś wypada zaprosić.



Wstępna lista gości została przez nas sporządzona na samym początku przygotowań, co i Wam radzę zrobić jak najszybciej. Wszystko to dlatego, by móc rozpocząć planowanie innych ważnych kwestii, jak wybór odpowiedniej sali, na której goście nie musieliby się cisnąć, czy ilość menu, napoi itp. Temat gości wyszedł ponownie na pierwszy plan w momencie wyboru zaproszeń. Nie zakładałam sytuacji, w której musiałabym sama zająć się tą częścią przygotowań, dlatego rozpoczęłam poszukiwania stron internetowych, które oferują papeterie ślubne. Na samym początku miałam jeszcze nadzieję, że w dekoracji pojawi się wymarzona przeze mnie lawenda i szukałam tylko i wyłączenie wzorów z tym motywem przewodnim. Z biegiem czasu (gdy okazało się to być praktycznie niemożliwe) rozszerzyłam poszukiwania na zaproszenia z elementami kolorystycznymi: biel-fiolet. Wydaje mi się, że przejrzałam wszystkie strony z zaproszeniami, łącznie z większością fanpage'y na Facebooku. Po wypisaniu stron i numerów projektów, które mi się spodobały, zrobiliśmy wspólną selekcję i … jak się okazało, oboje wybraliśmy zaproszenie, które znalazłam jako pierwsze. Tym samym późniejsze wielogodzinne przeszukiwanie internetu było bezcelowe, ale przynajmniej w naszym wyborze byliśmy jednogłośni.


Zaproszenie, o którym mowa, wypatrzyłam na Allegro. Zanim jednak do niego powróciliśmy, minęło sporo czasu, a ogłoszenie zniknęło i mogliśmy zobaczyć je jedynie w Archiwum. Udało mi się dotrzeć do strony internetowej producenta, gdzie z ulgą odnalazłam także wybrany projekt. Problem polegał jedynie w tym, że kosztowały one nieco więcej. Koszt zaproszeń na stronie internetowej wynosił 2,59 zł, a na Allegro 1,99 zł za sztukę. Wydawałoby się, że różnica jest minimalna, lecz w przypadku ślubu sprawdza się powiedzenie, mówiące że małe koszty generują duże straty. Wiedziałam, że to konkretne zaproszenie pojawia się cyklicznie na Allegro, dlatego (mając jeszcze dużo czasu do ślubu) postanowiłam poczekać. Całe szczęście nie zdecydowaliśmy się zamówić zaproszeń bezpośrednio od producenta, bo faktycznie kilka dni później mogliśmy złożyć zamówienie poprzez znaną stronę sprzedaży online. Być może zyskaliśmy grosze, ale zawsze to swego rodzaju oszczędność, którą można było inaczej spożytkować (zwłaszcza jeśli chodzi o ten sam produkt). 



*Zdjęcie pochodzi ze strony producenta. Dla zainteresowanych: zaproszenie jest obecnie dostępne na Allegro.

Osobiście zwróciłam uwagę na nasze zaproszenia, ponieważ nie były one typowe. Zauroczył mnie sam projekt drzewa z fioletowymi kwiatami i motylami. Ciekawym elementem była także pierwsza strona w formie kalki. Całość przewiązana fioletową kokardą wygląda uroczo. Po wyborze własnego tekstu zaproszenia oraz czcionki i elementów dekoracyjnych podjęliśmy decyzję o niewstawianiu nazwisk gości, a jedynie pozostawieniu w tym miejscu kropek, byśmy sami mogli je wypisać – Oboje zwracamy zawsze uwagę na wszelkie ręcznie wykonane dopiski, które stanowią dla nas pewnego rodzaju osobisty aspekt. Na realizację zamówienia nie czekaliśmy długo (kilka dni). W paczce znalazły się także 2 dodatkowe zaproszenia i puste koperty, których było o wiele więcej niż zaproszeń.



Otwartym pytaniem pozostawał czas wręczenia zaproszeń. Wiele osób próbowało nam doradzać w tej kwestii i każdy miał na ten temat inne zdanie. Jaki jest właściwie najlepszy czas na rozwożenie zaproszeń? Czy zawiadomienie na 4 miesiące przed to zbyt dużo czasu, a miesiąc za mało? Na to pytanie chyba nie ma dobrej odpowiedzi. Jak wiecie, nie mieszkamy w Polsce i nie mogliśmy zjawić się tam na zawołanie, dlatego nasza sytuacja wymusiła na nas wypełnienie tego obowiązku w konkretnym czasie. Nasz ślub odbył się pod koniec kwietnia, a w Polsce byliśmy na początku lutego i to właśnie wtedy odbyliśmy maraton po rodzinie i przyjaciołach. Wcześniej rozmawialiśmy jednak z zaproszonymi gośćmi i informowaliśmy ich, że mają się spodziewać takiego wydarzenia. Gdy nasz urlop nie był jeszcze pewny, rozważaliśmy wysłanie wszystkich zaproszeń pocztą, jednak zdecydowanie odradzam ten sposób. Jeśli tylko macie sposobność wręczenia zaproszeń osobiście, zróbcie to! W naszym przypadku jedynie 5 zaproszeń zostało wysłanych i były to osoby, które nie mogły się zjawić, lecz chcieliśmy, by czuli się mimo wszystko zaproszeni. Osobiste wręczanie zaproszeń ma swoje zalety także dla samej Pary Młodej. Wszak można zorientować się w intencjach zaproszonych (często otrzymywaliśmy od razu potwierdzenie przybycia), a także można poinformować gości o najważniejszych informacjach (jak np. transport czy nocleg, o ile na takie się decydujecie).

Moja rada: Rozwożenie zaproszeń to bardzo czasochłonna część przygotowań. Musicie nastawić się na to, że każdy poczęstuje Was kawa czy ciastem, a i rozmowa o ślubnych detalach chwilę potrwa (zwłaszcza jeśli nie widzieliście się długo). Jeśli macie zatem możliwość zorganizowania większego spotkania, na którym pojawi się kilka z zaproszonych par – np. przyjaciół, którzy się znają, koniecznie z tego skorzystajcie. Spędzicie czas w miłym gronie, a przy okazji rozdacie kilka zaproszeń i … nie będziecie musieli się powtarzać ;)



Standardowo na zaproszeniach umieszcza się informację o potwierdzeniu przybycia. Nie zawsze jednak goście stosują się do tego zapisu i radzę Wam nastawić się na to, że i tak będziecie musieli kontaktować się z gośćmi i dopytywać czy przyjdą. Z takim nastawieniem zaoszczędzicie sobie stresu związanego z całą tą absurdalną sytuacją. Będąc zaproszoną na ślub, zawsze pilnuję daty potwierdzenia przybycia, bo wiem (zwłaszcza po własnym ślubie!) jak ważne jest to dla przyszłych nowożeńców. Choćbym do ostatniego dnia nie była pewna przybycia, to stanę na głowie, by dać konkretną odpowiedź zainteresowanym. W naszym przypadku ponad połowa zaproszonych gości nie dała nam żadnej odpowiedzi. Na telefony do Polski wydaliśmy majątek, by z każdym się skontaktować, a wyjaśnienia, które słyszeliśmy były przeróżne: od klasycznego Przecież to logiczne, że będziemy! przez Organizujemy transport – daj nam jeszcze 2 dni... po Nie możemy przyjechać, więc nawet nie dzwoniliśmy.

Ten dzień ostateczny, w którym wisieliśmy na telefonie od wczesnych godzin rannych do wieczora zapadł mi w pamięci najbardziej z całego czasu przygotowań. Po kilku odmownych odpowiedziach pojawił się także drażliwy temat doproszenia kilkorga dalszych znajomych.



Znając ostateczną (czy na pewno?) liczbę gości, rozpoczęliśmy trudną sztukę ich usadzania przy stolikach. Okrągłe stoły na sali wyglądają elegancko i sama idea podoba mi się bardzo, ale praktyczne nie jest to za grosz. O ile wszystkie osoby, będące na ślubie znają się, nie są w konflikcie i potrafią się ze sobą dogadać, może się to odbyć bezstresowo. Umówmy się jednak, że taka sytuacja to rzadkość, a rozsadzenie rodziny i znajomych w taki sposób, by każdy dobrze czuł się na swoim miejscu jest bardzo trudnym zadaniem. Początkowo rozpaczałam nad tym, że nie mogę mieć na sali prostokątnych stołów, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba brać się do roboty.

Pierwszym krokiem naszego działania było omówienie planu rozmieszczenia stolików na sali. Ten etap poszedł całkiem sprawnie: od sali otrzymaliśmy ich propozycję, którą nieco zmodyfikowaliśmy i ostatecznie powstało 7 stołów – 6 okrągłych + stół prezydialny, prostokątny, przy którym zasiedliśmy wraz ze świadkami i ich osobami towarzyszącymi. Stworzenie naszego stołu odbyło się bezproblemowo. Od samego początku chcieliśmy, by wyglądał on w ten sposób. Problem pojawił się przy usadzaniu reszty gości, a sam plan zmieniał się kilkanaście razy i rozważaliśmy różne warianty. Zacznijmy jednak od części praktyczno-organizacyjnej. Znając już rozstawienie stolików, przygotowaliśmy prostą makietę z ich zaznaczeniem. Następnie wydrukowałam nazwiska naszych gości, które pocięłam na małe paski (z uwzględnieniem dzieci, których paski były o połowę krótsze). Tak przygotowane karteczki mogliśmy z łatwością przenosić pomiędzy stolikami i rozkładać w dowolny sposób, by w końcu znaleźć odpowiednie usadzenie. W naszym przypadku liczba osób przy stoliku nie mogła przekraczać 10. Zdecydowaliśmy się również na ustawienie 3+3 (trzy stoliki najbliżej nas zajęła rodzina, trzy w kolejnym rzędzie przyjaciele).



Podczas rozsadzania gości musieliśmy wziąć pod uwagę wiele aspektów:
 ->pokrewieństwo rodzinne – czy lepiej będzie usadzić rodzinę w swoim gronie, czy np. kuzynostwo wraz z rówieśnikami z grona znajomych, czy mieszamy rodziny czy też każda pozostaje w swoim towarzystwie?
 ->wiek – czy wychodzimy z założenia, że nasi znajomi w różnym wieku będą potrafili się dogadać, a może będą czuć się skrepowani różnicą wieku?
->ewentualne konflikty – nawet jeśli na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku, to można mieć 100% pewności, że ktoś z grona gości się z kimś nie lubi. Zwłaszcza z grona rodziny docierały do nas co chwilę informacje o tym, kto z kim NIE ZAMIERZA siedzieć.
 ->umiejętności językowe – na naszym ślubie pojawiły się osoby z Niemiec, Szwajcarii, Danii, Norwegii, a nawet Meksyku. Ważne było zatem dla nas, by mieli szansę porozmawiać z kimś w języku, jaki znali. Postaraliśmy się także o dwujęzyczne przemowy, prowadzenie zabaw w języku polskim i angielskim oraz piosenki z krajów, z których pochodzą.
 ->prywatne kontakty – gdy część z zaproszonych gości zna się prywatnie, to rozwiązuje to jeden z problemów ich usadzenia. Wiadomo, że jeśli dwie osoby znają tylko siebie na imprezie, to raczej rozsadzać się ich nie powinno.
 ->single – czy na naszej imprezie pojawią się single, czy robimy dla nich osobny stolik, a może mieszamy z parami?



*Grafika została stworzona za pośrednictwem strony goscieprzystole.pl

Znając już liczbę osób przy stole, musieliśmy zdecydować w jakiej kolejności zasiądą. Tutaj braliśmy również pod uwagę, kto znajdzie się przy drugim stoliku, za plecami konkretnego gościa. Staraliśmy się usadzić starszych gości w taki sposób, by zmęczeni tańcami mogli nadal obserwować wszystko, co dzieje się na parkiecie. By rodzice przychodzący z dziećmi mieli jak największą swobodę, zdecydowaliśmy także dla wszystkich pociech ustawić dodatkowe krzesła.

W ten sposób udało nam się usadzić gości i wielokrotnie słyszeliśmy głosy aprobaty, twierdzące, że świetnie dobraliśmy osoby przy stolikach. Ważnym aspektem podczas usadzania gości jest umiejętne oznaczenie stołów za pomocą numerów, miejsc przy udziale winietek, a w końcu ustawienie ogólnej informacji w formie tablicy z usadzeniem gości. O tych aspektach opowiem Wam jednak w kolejnym poście, gdzie dowiecie się także, jakie przedmioty stworzyliśmy własnoręcznie.

A jak przebiegł u Was etap zapraszania gości? Czy spotkania z rodziną i znajomymi również trwały tak długo jak nasze? Czy mieliście problem z usadzeniem gości? Na jakie stoły się zdecydowaliście?

środa, 24 maja 2017

Mój codzienny makijaż - jakich kosmetyków używam?

Dzisiejszy post jest lekką odskocznią od tego, co pojawia się zazwyczaj na blogu. Przyznam, że zaplanowałam wcześniej inny wpis w jego miejsce, jednak w ciągu ostatniego tygodnia bardzo ciężko chorowałam i nie byłam w stanie go przygotować, a wymaga on poświęcenia dużej ilości czasu. Tym samym wpadł mi do głowy pomysł na przedstawienie Wam moich ulubieńców w dziedzinie kosmetyków kolorowych.

Czego używam do stworzenia standardowego makijażu na co dzień? Dowiecie się z tego postu!





Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jestem osobą, która nie potrafi wyjść z domu bez makijażu. Wręcz przeciwnie! Nie mam z tym największego problemu i bardzo często tak robię. Lubię siebie i makijaż nie stanowi dla mnie nałożenia maski innej (perfekcyjnej) osoby. Jeśli decyduję się na make-up, to jest jeden warunek: musi on być delikatny, stonowany, niekrzykliwy. Staram się, by jedynie lekko zatuszował niedoskonałości i podkreślił walory, a przy stworzył jak najbardziej naturalny efekt. W makijażu muszę nadal czuć się sobą.

Na większe wyjścia zawsze nakładam jako pierwszą bazę. Ulubieniec w tej dziedzinie to Smashbox Photo Finish. Produkt ten jest bardzo wydajny. Miniaturka, której używałam starczyła mi na bardzo długo, a połowę opakowania oddałam do wypróbowania siostrze. Obecnie zakupiłam nowe, większe opakowanie. Jedynie ziarenko tego specyfiku rozprowadzone na całej twarzy utrzymuje makijaż w nienagannym stanie przez kilkanaście godzin (wypróbowane na ślubie!). Przyjemna formuła stwarza wrażenie wygładzonej twarzy i zupełnie jej nie zapycha.

Praktycznie za każdym razem, gdy maluję powieki sięgam po bazę z Kiko. Zdecydowałam się na zakup neutralnej, niebłyszczącej wersji, która ma konsystencję kremu i przyjemnie rozprowadza się po powiece. Produkt jest bardzo fajny w użyciu, nie trzeba długo czekać na jego wyschnięcie. Dodatkowo nadaje on matowy, lekko beżowy odcień powiece, wyrównując jej koloryt. Ta baza zdecydowanie przedłuża trwałość każdych cieni, a także podbija nieco ich kolory.




Od dłuższego czasu podkładem, jaki używam jest Rimmel Match Perfection. To właśnie wśród produktów tej marki znalazłam odcień, który idealnie współgra z kolorem mojej skóry twarzy – 100 Ivory. Spełnia on wszystkie oczekiwania pod względem swoich właściwości. Na mojej twarzy utrzymuje się on nieprzeciętnie długo, bez potrzeby wykonywania poprawek. Nie należy on do podkładów bardzo kryjących, ale na takim efekcie raczej mi nie zależy. Cieszy mnie natomiast to, że z jego pomocą jestem w stanie wyrównać koloryt skóry, a przy tym stworzyć bardzo naturalny rezultat. Utwierdza mnie przy tym fakt, że znajome, które widzą mnie najczęściej w pełnym makijażu, komplementują moją cerę i dziwią się, że zawsze narzekam na jej stan.



Wśród korektorów zostaje wierna marce Catrice. Posiadam dwa kultowe już produkty. Bardzo kryjący korektor w kremie Camouflage świetnie nadaje się tuszowania wszelkich niedoskonałości i zaskórników. Ten sam korektor w płynie nakładam na okolicę pod oczami. Produkt pięknie ją rozświetla, maskując przy tym przebarwienia.


Moim ulubionym pudrem jest również produkt Catrice. All Matt Plus to puder matujący, który bez wątpienia nazwać mogę odkryciem życia. Sprawia on, że moja twarz jest matowa przez wiele godzin. Nie pozostawia efektu nadmiernej pudrowości, maski czy też nienaturalnego zbielenia. Doskonale utrwala makijaż, a do tego kosztuje niewiele. Widzę same plusy jego używania.




Paleta Too Faced Chocolate Bon Bons jest moją absolutną miłością. Odkąd ją zakupiłam, nie wyobrażam sobie używać niczego innego! Wiele osób pyta mnie, czy naprawdę pachnie ona czekoladą. Odpowiedź brzmi: Zdecydowanie tak! Jest to tak aromatyczny zapach, że aż chciałoby się ją zjeść. Kolory cieni, które znajdują się w palecie, są wręcz idealne! Świetnie wpasowują się w moje gusta. Zarówno osoby, lubiące matowe wykończenia, jak i wielbicielki błysku znajdą w niej coś dla siebie. Paleta nadaje się na każdą okazję. Wśród cieni najchętniej sięgam po delikatne brązy i beże: Cachew Chew, Almond Truffle czy Mocca. Dobrze pracuje się również z Bordeaux. Nie jestem zwolenniczką błyszczących cieni, jednak z tej paletki zakochałam się w Satin Sheets i Molasses Chip, które ślicznie mienią się na środkowej części powieki. Pigmentacja i trwałość są niebywałymi zaletami tego produktu. Odstraszać może nieco cena, ale ta paleta jest warta grzechu.



By rozświetlić nieco spojrzenie, na dolną linię wodną oka nakładam zawsze kredkę Jelly Pong Pong. Jest to co prawda rozświetlacz w kredce, jednak do tego celu zupełnie się nie nadaje. Ze względu na jego naturalny kolor znalazłam dla niego całkiem inne (lepsze!) zastosowanie.


Tusze zmieniam bardzo często. Chętnie wypróbowuję nowe marki. Jak do tej pory na plus ocenić mogę tusze L'oreal i Covergirl. Moim ulubieńcem jest jednak produkt od Clinique, którego obecnie używam. High Impact Mascara daje bardzo naturalny efekt. Ładnie podkreśla rzęsy, lekko je pogrubiając. Produkt nie skleja rzęs i nie jest przyczyną powstawania znienawidzonych przeze mnie pajęczych nóżek. Odpowiada mi jego intensywnie czarny kolor.


W mojej kosmetyczce mam dwa zestawy: w jednym jest bronzer z różem marki Jelly Pong Pong, a drugi to cienie do powiek od Catrice. Konturowania twarzy nie wykonuję codziennie. Zabieram się za tę czynność w zależności od okazji czy też czasu, jakim dysponuję. Dobrze sprawdza się u mnie zestaw bronzer + róż, gdzie za pośrednictwem jednego muśnięcia pędzlem jestem w stanie nałożyć na twarz oba te produkty. Brwi są z kolei moją pietą Achillesową i nadal jestem na etapie nauki ich podkreślania. Najbezpieczniejszą opcją jest zatem lekkie przyprószanie ich przy pomocy cienia. W skład zestawu wchodzi dodatkowo mała pęsetka i pędzelek do wyczesywania.



W końcu nadszedł czas na ulubioną ostatnimi czasy kategorię, jaką są usta. W moich zapasach znaleźć można naprawdę wiele produktów, które nadają piękny kolor ustom, a większość z nich pochodzi z najlepszej moim zdaniem marki, produkującej pomadki. Mowa tu oczywiście o Golden Rose. Bardzo podoba mi się matowe wykończenie ust i po takie pomadki sięgam. Jakiekolwiek błyszczyki i perłowe produkty zupełnie odpadają. Piękne maty odnalazłam właśnie wśród oferty GR, a biorąc pod uwagę fakt, że otrzymują się one nadzwyczajnie długo i mają do tego piękne odcienie, musiałam zaopatrzyć się w sporą ilość. 



Wśród wszystkich produktów, które posiadam, najchętniej sięgam po płynną pomadkę o nr 03 oraz kredki 08, 10 i 22. Ostatnia z tego grona ma kolor bardzo zbliżony do mojego naturalnego, więc nie muszę się nawet przejmować tym, w jaki sposób się zjada. Przed nałożeniem pomadki obrysowuję dodatkowo usta transparentną kredką tej samej marki.



Poznaliście dziś produkty, których najczęściej używam podczas wykonywania standardowego makijażu. Czy znajdują się wśród nich kosmetyki, których równie chętnie używacie? Które z nich są Wam znane?

poniedziałek, 22 maja 2017

20 nieznanych faktów o mnie

Przez kilka lat blogowania z pewnością zdążyliście całkiem dobrze mnie poznać. Same posty, które ukazują się na tej stronie, świadczą o tym jaką jestem osobą, co mnie interesuje i sprawia najwięcej radości. Są jednak rzeczy, o których wiele osób nie ma pojęcia i nawet znając mnie osobiście, ciężko byłoby im uwierzyć w kilka moich niedoskonałości.

Dziś uchylę Wam rąbek tajemnicy, przedstawiając 20 nieznanych faktów o mnie!

1) Jestem dobrą organizatorką

Szwajcaria nauczyła mnie, by zawsze mówić o swoich plusach, dlatego zaczniemy od pozytywnej cechy. Wszyscy dookoła uważają, że jestem świetnie zorganizowaną osobą. Nie lubię spontanicznych akcji, choć czasem zdarza mi się coś takiego inicjować. Większość wydarzeń w moim życiu była jednak zaplanowana. Moja organizacja najbardziej pomocna jest podczas naszych wyjazdów. Zawsze sama wytyczam trasy wycieczek i odnajduję miejsca, które warto zobaczyć, a mój mąż z uśmiechem mówi zawsze, że jestem jego najlepszym przewodnikiem. Całkiem sprawnie poszła mi również organizacja własnego ślubu.




2) Nie rozstaję się z aparatem

Podchodzi to już pod pewnego rodzaju zboczenie. Gdzie tylko byśmy się nie wybrali, muszę mieć przy sobie aparat (ewentualnie w grę wchodzi również telefon, ale i tak zawsze ubolewam nad tym, że aparat został w domu). Zaczęło się to chyba w momencie, gdy któregoś razu wybraliśmy się na zakupy do oddalonego o jakieś 50 km od nas miasta, a nie mając nic ciekawego do roboty, postanowiliśmy spontanicznie odwiedzić starówkę jednego z większych miast kantonu. Uwierzcie mi na słowo, że jest tam pięknie, ale nie miałam wtedy przy sobie aparatu i nie byłam w stanie tego sfotografować. Od kilku już lat obiecuję sobie, że tam wrócę, ale niestety nigdy nie nadarza się taka okazja. Teraz nie zobaczycie mnie już na żadnym wyjeździe czy spacerze bez aparatu.

3) Zbieram wspomnienia

Jestem okropnie sentymentalna. Nie chcę, by umknęło mi jakiekolwiek wspomnienie (stąd też ta potrzeba fotografowania wszystkiego). Tym samym w moim domu znajduje się mnóstwo pudełek pełnych rzeczy, które przypominają mi najważniejsze wydarzenia z mojego życia czy wyjazdów. Spokojnie mogę powiedzieć, że mam sporą kolekcję: pocztówek, map, biletów wstępu, biletów do kina i teatru czy suwenirów z podroży. Dodatkowo od zeszłego roku zapisuję wszystkie ciekawsze wydarzenia na kartkach i zbieram w pudełku wspomnień.




4) Wymyślam nowe nazwy rzeczy

Być może zabrzmi to głupio, ale czasami brakuje mi słów na rzecz, którą chcę nazwać. Nie należę do osób, które po 5 latach przebywania za granicą zapominają języka ojczystego (zdecydowanie NIE!), ale zdarza się tak, że jako pierwsze do głowy przychodzi mi określenie w innym języku, tudzież wiem, o co chodzi, ale nie potrafię znaleźć słowa określającego owy przedmiot. Wtedy w ruch wchodzi moja wrodzona wyobraźnia, która nadaje nową nazwę, która czasem jest na tyle zabawna, że przyjmuje się w mowie potocznej i cała rodzina zaczyna tak ją nazywać :P W taki sposób powstały np. szampinionsy na określenie pieczarek.

5) Nigdy nie gaszę światła

Gdy spytałam mojego męża, jakie fakty mogłabym zamieścić w tym poście, to bez chwili namysłu powiedział, że nigdy nie gaszę światła. Polemizowałabym ze słowem nigdy, bo czasem mi się zdarza :P Często łapię się niestety na tym, że zauważam włączone światło w pomieszczeniu, z którego wyszłam godzinę temu. Wiem, wiem. Z oszczędnością nie ma to nic wspólnego, ale nie jestem w stanie wyuczyć w sobie nawyku gaszenia światła, mimo że sama jestem za każdym razem na siebie wściekła.




6) Jestem paskudnie uparta i zawsze mam rację

Prawdziwy ze mnie zodiakalny byk. Mój upór objawiał się od małego i tak mi już pozostało. W dodatku, gdy wydaje mi się, że mam rację, będę dążyć do tego, żeby wyszło na moje. Nawet jeśli ktoś zdoła przedstawić argumenty, które będą tę rację podważać. Nie bez przyczyny otrzymałam kubek z napisem Pani, która zawsze ma rację.


7) Jako dziecko nie jadłam niczego co zielone

Awersja do zielonych warzyw pojawiła się znikąd i zniknęła dopiero, gdy zaczęłam samodzielnie gotować. Do tego czasu potrafiłam wybierać nawet natkę pietruszki z zupy pomidorowej, co doprowadzało moją mamę do szału.

8) Obecne nawyki żywieniowe


A obecnie... od kilku dobrych lat nie jem w ogóle masła, margaryny czy też innych smarowideł. Zrezygnowałam już dawno ze słodzenia kawy czy herbaty. Kawę piję tylko i wyłącznie czarną, bo nie spożywam również mleka, po którym zawsze źle się czuję.



9) Jestem fanką marcepanu

Uwielbiam wszystko, co zawiera w sobie marcepan i choć kiedyś unikałam tego składniku, to obecnie jest to moja ulubiona słodycz. Nic dziwnego, że zakochałam się w austriackich kuleczkach Mozarta.

10) Moja fobia to owady

Mam okropną fobię przed wszystkimi owadami. Moje mieszkanie jest z każdej możliwej strony zabezpieczone siatkami na owady, a bez nich nie otworzę nawet okna w upalny dzień. Paradoksalnie nie przerażają mnie tak bardzo pająki, jak np. pszczoły i szerszenie. Gdy tylko widzę te drugie, strach mnie wręcz paraliżuje. Nie jestem w stanie zasnąć, gdy w pomieszczeniu lata komar czy mucha. Niemile widziane są również biedronki. Potrafię nawet sprecyzować od czego zaczął się ten lęk: pewnego dnia podczas spaceru wplątała mi się we włosy pszczoła. Było to tak traumatyczne przeżycie, że odcisnęło piętno do dnia dzisiejszego.

11) Lubię styl rustykalny i drewno

Zdecydowanie przemawia do mnie drewniany wystrój wnętrza. Nigdy nie byłam zwolenniczką nowoczesnych wykończeń, białych mebli rodem z idealnego profilu z Instagrama. Od początku wiedziałam, że meblując moje mieszkanie znajdzie się w nim jak najwięcej drewnianych elementów. Kompletowanie wszystkich mebli w jasnym odcieniu nieobrobionego drewna zajęło nam dwa lata, ale było warto!



12) Moja pieta Achillesowa to paznokcie

Mogę wymienić całą listę rzeczy, które umiem robić i dobrze mi wychodzą, ale na pewno nie zaliczają się do tego paznokcie. Co do ich kondycji nie mogę narzekać, ale zupełnie nie wychodzi mi malowanie, robienie wzorków itp. Najzwyczajniej w świecie się do tego nie nadaję. Przy całej niechęci do robienia czegokolwiek z paznokciami, nie lubię też uczestniczyć w rozmowach na ten temat, pomijam tego typu posty na blogach. Ten temat ewidentnie mi nie leży i zupełnie mnie nie kręci siedzenie przez 3 godziny bez ruchu tylko po to, by mieć coś napaciane na paznokciach.

13) Polak głodny, Polak zły

To przysłowie zna chyba każdy, a ja jestem jego chodzącym potwierdzeniem. Granica pomiędzy stanem Chyba za niedługo muszę coś zjeść, a Ratunku! Zaraz umrę z głodu! jest u mnie krucha niczym wiosenna kra na rzece. Najbardziej cierpi na tym najczęściej mój mąż, któremu obrywa się w takich sytuacjach najbardziej. Nawet nie jestem wtedy zła – ja jestem chodzącym wulkanem, który wylewa tony lawy, dopóki jedzenia nie otrzyma.

14) Zawsze muszę być przykryta

Nieważne, czy na zewnątrz panuje paskudny ziąb czy też niemiłosierny upał, ja i tak muszę być podczas snu przykryta od stóp do głów. Latem wcale nie zmieniam kołdry na lżejszą, a jadąc do kogoś zabieram najgrubszy koc. Tak, jestem dziwna.

15) Jestem chodzącym pamiętnikiem

Pamiętam wszystkie wydarzenia z życia łącznie z ich datami i miejscem. To czasem zakrawa wręcz o jakąś nadprzyrodzoną moc. Możecie wyobrazić sobie miny znajomych, gdy siedząc na spotkaniu mój ukochany opowiada historię, która nam się przydarzyła i zastanawia się: „To było w maju? Nie, jakoś na jesień...”, po czym ja wypalam: 28 marca 2012 roku. Jednocześnie jestem też chodzącym paradoksem, bo np. dat urodzin i imienin nie pamiętam zupełnie.




16) Nie lubię długich włosów

Przez całe moje życie nosiłam długie włosy. Ich długość sięgała mniej więcej do pasa i (będąc jeszcze dzieckiem) co dzień rano mama robiła mi długiego kucyka, którego nienawidziłam ponad wszystko. Gdy w końcu dojrzałam do tej poważnej decyzji, poszłam do fryzjera i poprosiłam o ścięcie włosów z długości do pasa do długości sięgającej połowy szyi. Dwie panie absolutnie mi wtedy odmówiły, a trzecia wykonywała to ze łzami w oczach. Ja też płakałam, ale ze szczęścia. Tak bardzo cieszyłam się, że nie muszę już męczyć się z długimi włosami. Od tamtej pory pokochałam taką długość, choć ciężko jest mi ją na długo utrzymać, bo włosy rosną mi z zaskakującą prędkością i nim się obejrzę znowu sięgają do ramion. Obecnie marzę już tylko o tym, by je ściąć.




17) Dwie ulubione gry komputerowe

Nie mogę powiedzieć, bym była maniakiem komputerowym, który spędza (czy też spędzał) całe dnie przed komputerem, jednak dwie gry z mojego dzieciństwa tak bardzo mi się spodobały, ze do dnia dzisiejszego do nich powracam. Pierwsza gra, której humor jest absolutnie powalający (Drodzy rodzice, jak mogliście pozwolić grać w tę grę dziecku :P) to Simon the Sorcerer, a konkretniej jej druga część, którą posiadałam i byłam nią zachwycona. Typowa przygodówka, polegająca na zdobywaniu przedmiotów, które następnie trzeba było w odpowiedni sposób wykorzystywać, by przechodzić dalej. Genialny humor i dialogi czynią tę grę bardzo specyficzną. Drugą są kultowe Sims 2. Druga część jakoś najbardziej mi się spodobała i gram w nią do dziś, mając rodzinę, która liczy obecnie już 10 pokoleń.

18) Kiedy dopada mnie wena?

By rozpocząć pisanie posta potrzebuję weny, a ta nachodzi mnie zazwyczaj wczesnym rankiem. Nie ma dla mnie problemu, żeby wstać o 6 rano i zacząć pisać posta. Oczywiście w towarzystwie kubka z ulubioną kawą. Wielokrotnie próbowałam pisać w godzinach popołudniowych, czy też wieczornych, lecz zupełnie nie kleją mi się wtedy zdania. Wieczory zarezerwowane są zazwyczaj na obróbkę zdjęć.



19) Zdarza mi się mówić o sobie w trzeciej osobie

Oczywiście tylko w obecności najbliższych, których zawsze rozśmiesza mój infantylny ton i zazwyczaj wtedy, gdy czegoś chcę, bo nikt nie jest w stanie mi odmówić ;)

20) Nie róbcie mi zdjęć!

Mniej więcej od czasu ukończenia 10 lat weszłam w okres, w którym uciekałam od jakichkolwiek zdjęć. Nie lubiłam siebie na zdjęciach. Zawsze uważałam, że jestem niefotogeniczna i... teraz trochę żałuję, bo z okresu pomiędzy 10 a 20 rokiem życia nie mam prawie żadnych zdjęć. Później się to zmieniło i obecnie w moich archiwach znajdują się nawet mało korzystne zdjęcia, które jednak są swego rodzaju pamiątką, a zarezerwowane są jedynie dla najbliższych.

Czy któreś z tych faktów Was zaskoczyły? A może znaleźliście cechy, które łączą się z Waszymi?

sobota, 20 maja 2017

Damsko-męski haul modowy

Jeszcze przed ślubem wraz z przyszłym wtedy mężem udaliśmy się na szybki shopping. Już od dawna nie wybrałam się na zakupy tego typu, tym bardziej w męskim gronie, jednak okazały się one być całkiem owocne. Poszukiwania nowych ubrań nie trwały długo. Zazwyczaj wchodziliśmy do jednego sklepu, z którego wychodziliśmy z pełną torbą rzeczy. W sumie takie wypady były dwa: jeden jeszcze w Szwajcarii, drugi już w Polsce. Nowości z tych dwóch wyjść możecie zobaczyć w tym poście.


Zapraszam do przeglądnięcia naszych nowości!

1) Żakiet w prążki
Marka: Reserved
Materiał: 60% poliester, 35% wiskoza, 5% elastan
Rozmiar: 36
Kolor: szary
Cena: 79,99 zł



2) T-shirt z czaszką
Marka: Reserved
Materiał: 100% bawełna
Rozmiar: M
Kolor: czarny
Cena: 39,99 zł



3) T-shirt męski
Marka: Reserved
Materiał: 100% bawełna 
Rozmiar: S
Kolor: czarny
Cena: 49,99 zł 


4) Bluza w auta
Marka: Reserved
Materiał: 60% bawełna, 40% poliester
Rozmiar: S
Kolor: niebieski
Cena: 89,99 zł (obecnie przeceniony na 62,99 zł)



5) Skarpetki damskie
Marka: Reserved
Materiał: 70% bawełna, 27% poliester, 3% elastan
Ilość: 5 par
Rozmiar: 38-41
Kolor: czarny, biały
Cena: 34,99 zł 



6) Sweterek z kołnierzykiem
Marka: House
Materiał: 100% bawełna
Rozmiar: M/L
Kolor: szary z białymi elementami
Cena: 39,99 zł



7) T-shirt w serca
Marka: House
Materiał: 60% bawełna, 40% poliester
Rozmiar: M
Kolor: biały
Cena: 29,99 zł 


8) T-shirt z kieszonką
Marka: House
Materiał: 60% bawełna, 40% poliester
Rozmiar: M
Kolor: czarny
Cena: 19,99 zł



9) Sukienka koktajlowa
Marka: Modissa
Materiał: 100% poliester
Rozmiar: 36
Kolor: biały
Cena: 50 fr.


10) Spodnie męskie
Marka: Medicine
Materiał: 97% bawełna, 3% elastan
Rozmiar: M
Kolor: niebieski
Cena: 139,99 zł 



11) Spodenki krótkie
Marka: C&A
Materiał: 99% bawełna, 1% elastan
Rozmiar: 40
Kolor: ciemny dżins
Cena: 25 fr.


12) Botki
Marka: Cube
Materiał: eko-skóra 
Rozmiar: 38
Kolor: czarny
Cena: 10 fr.


13) Półbuty
Marka: Lasocki
Materiał: skóra-lico
Rozmiar: 38
Kolor: ciemnoniebieski
Cena: 149,99 zł 
























14) Buty na obcasie
Marka: Deichmann
Rozmiar: 38
Kolor: biały
Cena: 89,90 zł



15) Bandanka
Marka: 4F
Rozmiar: One size
Kolor: czarny, zielony
Cena: 28,49 zł 



Wypatrzyłyście coś z naszych nowości?

czwartek, 18 maja 2017

Post fotograficzny #21

Bardzo dawno na blogu nie pojawił się żaden post fotograficzny. Bardzo zmienna, szwajcarska pogoda spowodowała, że roślinność bardzo późno obudziła się w tym roku do życia, a nagminny deszcz nie zachęcał do wychodzenia z domu. W dodatku panujący ostatnio napięty czas nie pozwalał na zwykły spacer z obiektywem. Dziś przygotowałam jednak kilka zdjęć, które udało mi się uchwycić. Jak zawsze przyroda jest najpiękniejszym obiektem do fotografowania.


Seit langem habe ich kein Eintrag mit Fotos veröffentlicht. Sehr wechselhaftes, schweizerisches Wetter ist die Ursache und die Antwort auf die Frage: warum die Natur so spät zum Leben erwacht. Der häufige Regen hat kein Lust bekommen, um nach draussen zu gehen. Dazu kommt noch gespannte Zeit in meinem Leben. Heute ist aber endlich! Ich habe für euch ein paar Fotos. Auf dem ersten Plan ist die schöne Natur zu sehen.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć!





































Życzę Wam udanego dnia!

Wunderschönen Tag!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...