czwartek, 19 października 2017

Szwajcaria w podróży - Liestal

Moje znajome, które mieszkają w Szwajcarii o wiele dłużej niż ja, często powtarzają: „Ty widziałaś już wszystko i byłaś wszędzie”. Zawsze odpowiadam wtedy, że ten kraj (mimo że jest mały) ma tyle pięknych zakątków i miasteczek, że szkoda jest ich nie poznać i na przekór wynajduję kolejne miejsce, w którym wcześniej mnie nie było. Przykładem takiego miasteczka jest Liestal, do którego trafiliśmy z mężem zupełnym przypadkiem. Kupiliśmy pewną rzecz, którą musieliśmy odebrać w okolicy i tym samym padł pomysł odwiedzenia starówki i spędzenia w ten sposób popołudnia.

Zapraszam na relację z Liestal!

Do szwajcarskich starówek prowadzą okazałe bramy. Bardzo często tuż obok nich stoją wieżyczki (bądź jak w tym przypadku sama brama stanowi wieżę). Charakterystyczne są nie tylko zegary, ale także malowidła, często bramy ozdobione są herbami miasta i kantonu, w którym leżą.

 
Coraz częstszym widokiem na styku Starego i Nowego Miasta są dobudówki do domów mieszkalnych. Przykład takiego połączenia możecie obejrzeć poniżej. Charakterystyczny dom ze starą dachówką i okiennicami został „udoskonalony” maleńkim pawilonem handlowym. Co sądzicie o takich pomysłach architektonicznych?
























W tym dniu w mieście odbywał się festiwal o nazwie 5 Jahre Guggenheim Festival. Można było posłuchać na nim współczesnych piosenek w zupełnie innej wersji i w wykonaniu chóralnym, co było całkiem ciekawym doświadczeniem.
























Uwielbiam detale szwajcarskich starówek. Jeśli wybieracie się do jakiegokolwiek miasta, warto jest odwracać się na wszystkie strony i ciągle patrzeć w górę. Metalowy but jako szyld sklepu obuwniczego? Dlaczego nie! Stara maszyna do szycia ustawiona przed zakładem krawieckim? Koniecznie!

























O dziwo w tym mieście ratusz nie był zbyt okazały. Nie został stworzony w starym, widocznym z daleka budynku, jak to zazwyczaj jest.


A oto budynek starego ratusza, który o wiele bardziej pasuje do tej funkcji. Pięknie zdobiony budynek powstał w 1568 r. i pokrywają go malowidła, przedstawiające ważne wydarzenia z życia miasta. Na pierwszym piętrze tej budowli znajdują się wczesnobarokowe eksponaty.



No i w końcu mogę Wam przedstawić dowód na to, że jestem najbardziej pechową osobą na świecie! Już nieraz mówiłam, że wszędzie tam, gdzie pojadę zawsze występują roboty drogowe, atrakcje są zamknięte z powodu remontów i rekonstrukcji właśnie tego dnia i wszystko dookoła jest rozkopane. Ta dam! Całe Stare Miasto wyglądało jak pobojowisko (szkoda, że ta informacja nie była zamieszczona na stronie internetowej miasta). Nawet pogoda się w tym momencie popsuła...


No cóż, trzeba było wybrnąć jakoś z tej sytuacji. Postanowiłam zatem fotografować budynki od pewnej wysokości w górę, ale humor miałam dość solidnie popsuty, co też spowodowało, że szybko zwinęliśmy się do domu.

























Szwajcaria słynie z zamiłowania do malowideł na ścianach budynków. Oto jeden z przykładów takiego dzieła.
























Szwajcarskie wystawy sklepowe zawsze kryją wiele smaczków (dosłownie i w przenośni :)). Cukiernie prezentują swe wypieki, a reklamy sklepów są oryginalne i niesztampowe.























Podczas gdy w wielu krajach świata dzieci „zabijają się” o najnowsze smartfony i interaktywne zabawki, w Szwajcarii wygląda to zupełnie inaczej. Dzieci bawią się najczęściej figurkami zwierząt hodowlanych, drewnianymi klockami czy (jak na zdjęciu poniżej) wycinankami.


Ciekawym pomysłem dla najmłodszych jest także wypożyczalnia gier planszowych. Tego typu bibliotekę widziałam po raz pierwszy i przyznam, że bardzo mi się spodobała.

























Szwajcarskie miasto bez fontanny z wodą pitną? Nie ma szans!


Z każdego punktu Starego Miasta widać biało-czerwoną wieżyczkę z zegarem. To część kościoła (St. Martin Stadtkirche).


 
I na tym zakończyła się nasza wizyta w tym miasteczku. Być może wybierzemy się tam ponownie, ale na pewno po zakończeniu prac budowlanych!

Czy coś w tym miasteczku szczególnie przykuło Waszą uwagę?

wtorek, 17 października 2017

Topy i Flopy - lipiec, sierpień, wrzesień

Od jakiegoś czasu zamieszczam w poście podsumowującym miesiąc (LINK) listę najchętniej i najgorzej czytanych postów. Zauważyłam, że jest to dla Was bardzo pomocne i chętnie powracacie do tych wpisów, dlatego pomyślałam, że mogłabym tworzyć takie podsumowania co trzy miesiące. Osobny post tego rodzaju to nowość na blogu, dlatego z chęcią wysłucham Waszej opinii na ten temat. Które rozwiązanie jest lepsze?

Zapraszam na premierowy post!

Top 5

1. Projekty Denko – czerwiec, lipiec, sierpień

Jeśli miałabym wypowiedzieć się na temat najchętniej wyświetlanych postów, to nie spoglądając ani razu w statystyki, bez wątpienia wskazałabym na wpisy z serii Projekt Denko. Wiem, że istnieje spora grupa ludzi (w tym również ja), która uwielbia posty z opiniami w kwestii zużytych kosmetyków. Sama uważam, że najlepszą recenzję uzyskać można właśnie po ukończeniu kosmetyku. Stosując się ściśle mojego planu, dotyczącego wykańczania produktów i nieotwierania następnego opakowania przed ukończeniem starego, w moim Denku pojawia się każdego miesiąca minimum 10 produktów, więc jest co czytać!




Tak wysokie umieszczenie w rankingu mojego planu pielęgnacyjnego na jesień jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Tym bardziej, że pomysł stworzenia cyklu takich wpisów siedział w mojej głowie od bardzo dawna, jednak nie miałam w sobie tyle zapału, by go zrealizować. Oba opublikowane do tej pory plany pielęgnacji cieszą się jednak sporym zainteresowaniem, co utwierdza mnie w przekonaniu, że podjęłam słuszną decyzję. Posty tego typu są dla mnie o tyle ciekawe, że mogę pokazać Wam kosmetyki, których aktualnie używam, a pod koniec kwartału przekonać się, jak moje plany sprawdziły się w praktyce.



Spotkałam się kiedyś z opinią, że blogosfera opiera się w głównej mierze na pokazywaniu nowości i ogólnopojętym konsumpcjonizmie. Trudno się z tym nie zgodzić, zwłaszcza patrząc na zamieszczoną listę, gdzie aż dwie pozycje zajęły wpisy z nowościami. Nie do końca jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy i staram się, by tego typu postów było coraz mniej, a tym samym chciałabym coraz bardziej rozwijać w sobie myśl: „Lepiej być, niż mieć”.



Bardzo pozytywnie przyjęliście również post o moim poszukiwaniu idealnej sukni ślubnej i dodatków. Cała seria ślubnych postów była dla mnie szalenie osobista, a ten wpis w szczególności. Ukazały się w nim nawet zdjęcia z tego wyjątkowego dla nas dnia. Jest mi niezmiernie miło, że z chęcią go przeczytałyście i zostawiłyście pod nim tyle ciepłych słów!



FLOP 5


Nie chciałabym traktować postów z listy FLOP jako porażki, choć może w Waszym odczuciu były to niezupełnie udane wpisy, a ja powinnam wylać na siebie falę krytyki. Całkowicie szczerze muszę przyznać, że przed pisaniem tego podsumowania myślałam, że na tej liście pojawią się całkiem inne posty. Zaskoczeniem jest najgorzej czytany post z tym kwartale – jeden z wpisów z Leksykonu kosmetycznego. Dlaczego? Często dostawałam w komentarzach wskazówki, żebym pokazywała więcej szwajcarskich marek i kosmetyków. W momencie, gdy spełniłam te prośby, okazało się, że taki post zyskał zerowe zainteresowanie. W dodatku, gdy pokazuje szwajcarskie marki kosmetyczne, zazwyczaj komentarze ograniczają się jedynie do słów: „Nie znam”. Jest to taki swoisty paradoks sytuacji. Nad istnieniem całej serii zastanawiałam się już od dawna i w dalszym ciągu stoi ona pod znakiem zapytania ;)


Spacerowe wpisy to mój pomysł, w którym możemy wspólnie przejść się ulicami danego miasta czy jego zielonej okolicy. W tym zestawieniu znalazły się dwa tego typu wpisy ze zdjęciami: jedno z miasteczka Klosters i z miasta, które zamieszkuję. Do obu można się doczepić! Moja okolica nie należy do najpiękniejszych i nie przypomina „typowej Szwajcarii”. Ja sama nie do końca jestem zadowolona z tej lokalizacji i często narzekam na brak miejsc, do których można byłoby pójść. Ile można w końcu chodzić po lesie? Miasteczko Klosters wygląda pod tym względem o niebo lepiej, jednak cóż to był za wpis... Jakiś przykrótki, mało tekstu, mało zdjęć. No i kto chce oglądać takie słoneczne zdjęcia, gdy za oknem paskudna ulewa. Absolutnie z nim nie trafiłam!



Seria Z archiwum jest stosunkowo młoda. Pojawiły się dopiero 4 części, a ja jeszcze nie wyrobiłam sobie zdania, co do jej kontynuacji. Z jednej strony mamy ranking, w którym aż dwa wpisy pojawiają się na „podium”, z drugiej jednak w komentarzach uważacie ten pomysł za dobry i opinie są bardzo motywujące. Zastrzeżenia w tych postach można mieć naturalnie do zdjęć. Czasy, do których się cofam, nie mogę nawet nazwać moimi początkami z fotografią, bo wtedy absolutnie nie miałam z tym nic wspólnego. Nie miałam dobrego aparatu i uważałam, że zamiast zdjęcia budynku lepiej zrobić je komuś, kto ze mną tam jest. Staram się wybierać te lepsze zdjęcia, ale efekt jest, jaki jest. No i moje życie nie należy do fascynujących, toteż historie jakieś takie O!





Jeśli już tworzyć podsumowanie, to pełną parą! Doskonałym łącznikiem pomiędzy blogiem a moim życiem prywatnym jest Instagram i zdjęcia, które tam publikuję. Z tego względu postanowiłam przejrzeć instagramowe statystyki i przedstawić Wam 5 najlepszych i 5 najgorszych zdjęć z tego samego okresu.

TOP 5 na Instagramie



Bezapelacyjnym zwycięzcą jest tutaj zdjęcie, które nie bez powodu nazwalam „instagramowym”. Jak widać, wpasowało się idealnie w gusta przeglądaczy. Nie mogło obyć się również bez Denka, które także na tym portalu bije rekordy. Podium zamyka pyszne danie obiadowe z niedalekiej restauracji. Tuż za nimi z bardzo niewielkimi różnicami: nasze ślubne zdjęcie z fotoksiążki i najlepsze ciacho na lato.

FLOP 5 na Instagramie


Piątka najgorszych zdjęć nie ma nic wspólnego z idealnym instagramowym życiem. Być może takie zdjęcia się nie sprzedają, ale tak jak mówiłam traktuję to konto jak uchylenie drzwi do mojego prywatnego życia. Już na pierwszym zdjęciu widać, z czym zmagam się na co dzień. W moim regionie zazwyczaj niebo wygląda właśnie tak... Drugie zwycięskie zdjęcie to praca, którą musiałam przynieść do domu, a tego przecież nikt nie lubi (tak tłumaczę sobie tą niewielką ilość lajków ;)). Na Instagramie nie spodobały się również zdjęcia zagranicznych słodkości, którymi były słynne Pocky o smaku zielonej herbaty (paskudnie mdłe) i australijski przysmak: ciasteczka Tim Tam. Zdjęcie jaskini nie wyszło tak jak planowałam.

Co myślicie o takiej formie kwartalnego podsumowania czytelnictwa na blogu? Czy widziałyście wszystkie z zamieszczonych na obu listach posty? Czy któryś z nich jest dla Was zaskoczeniem? Chętnie wysłucham Waszych opinii w komentarzach!

sobota, 14 października 2017

Z pamiętnika #3 - Historia mojej choroby

Dzisiejszy wpis jest dla mnie bardzo osobisty. Chyba nigdy jeszcze się tutaj aż tak nie otworzyłam. Jest niewiele osób, które wiedzą o tym, że zmagam się z chorobą. Nigdy nie był to dla mnie temat do rozmowy i mimo że ta przypadłość jest coraz bardziej znana, to nadal mam w głowie pytania szkolnych kolegów: „Czy to co masz na twarzy, jest zaraźliwe?”...

Jeśli tylko masz chwilę, wysłuchaj proszę mojej opowieści.

Moje problemy rozpoczęły się z dnia na dzień. Uczęszczałam wtedy do gimnazjum i pewnego dnia obudziłam się z dziwną wysypką na twarzy w okolicy nosa. W tamtym czasie byłam okropną alergiczką i alergizowało mnie dosłownie wszystko. Z tego też powodu nie przejęłam się tak bardzo. „Samo się pojawiło, samo zniknie” - myślałam. Faktycznie następnego dnia wszystkie objawy ustąpiły. Powód do zmartwień pojawił się ponownie po tygodniu. Zaczerwienienie na twarzy pojawiało się i znikało, a ja zaczęłam wiązać te symptomy z kosmetykami, których używałam, następnie z jedzeniem. Z moich obserwacji wynikało, że po spożyciu niektórych produktów spożywczych moja twarz wygląda zdecydowanie gorzej, co dodatkowo utwierdzało mnie w przekonaniu, że jest to reakcja alergiczna.


Przestałam jeść wiele produktów, w tym chociażby Bogu ducha winne pomidory, unikałam musztardy i innych ostrych przypraw. Używanie kosmetyków ograniczyłam do absolutnego minimum, kończąc ostatecznie na stosowaniu jedynie szarego mydła. Mimo to od czasu do czasu w różnych sytuacjach pojawiało się u mnie zaczerwienienie, które oprócz okolic nosa zajęło również całe policzki. Początkowo wyglądało to jak gdybym była wiecznie zawstydzona. Z czasem jednak było coraz gorzej, a pojawiający się rumień przypominał paskudne liszaje.

Bywały lepsze i gorsze dni. Mając przed sobą ważny dzień, oczywiście starałam się zamaskować te zmiany przykrywając je pudrem, co również nie za dobrze służyło mojej skórze. Chyba najgorszy etap rozpoczął się w liceum. Sama zmiana szkoły i sposób, w jaki to się odbyło (szkoła nieźle namieszała z moimi papierami i było realne zagrożenie, że nie dostanę się do żadnego liceum) przysporzyło mi sporo stresu. W dodatku jako jedyna z „paczki znajomych” dostałam się do tej szkoły, więc w klasie nie znałam absolutnie nikogo. Z natury jestem skrytą i nieśmiałą osobą, a mój wygląd już wtedy przysparzał mi mnóstwo kompleksów. Skutek był okropny: już kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego pojawiło się moje znienawidzone zaczerwienienie na twarzy, które sięgało od płatków nosa do kości jarzmowych na kącikach ust kończąc. Byłam załamana. Moja twarz jeszcze nigdy nie wyglądała tak źle, a jako nastolatka chciałam oczywiście pokazać się nowym znajomym z jak najlepszej strony.

























Przez pierwsze tygodnie szkoły moje „plamy” nie ustępowały, a ja coraz bardziej skrywałam się w sobie. Moje życie towarzyskie praktycznie nie istniało. W końcu postanowiłam wybrać się do lekarza pierwszego kontaktu. Pech chciał, że akurat w dniu wizyty wszystkie objawy zniknęły – podczas późniejszego maratonu po lekarzach sytuacja ta nagminnie się powtarzała. Nie mogłam zatem „pokazać” mojego problemu, a jedynie o nim opowiedzieć. Usłyszałam wtedy, że to tylko jedna z postaci trądziku i otrzymałam alkoholowy płyn do przecierania twarzy. Jaki był tego efekt? Myślałam, że umrę od pieczenia, które spowodował u mnie ten „lek”. Szybko go odrzuciłam i rozpoczęłam serie wizyt u państwowych lekarzy-dermatologów.

Terminy wizyt były od siebie oddalone czasem nawet miesiącami, ale po kilku z nich (u różnych specjalistów) wiedziałam, że nikt mi nie pomoże. Diagnozy, które usłyszałam to: ponownie trądzik, alergia, „taka moja uroda”. Zdarzyła się nawet opinia: „Nie wiem”. 
























Objawy zdążyły przez ten czas bardzo się pogorszyć. Zaczęły obejmować całe policzki. Były one krwiście zaczerwienione, potwornie piekły i swędziały. Zdarzały się dni, gdy nie mogłam się wytrzymać, żeby się nie podrapać. Te „stany”, występujące najczęściej wieczorami, były najgorsze. Starałam się robić dosłownie wszystko, by pozbyć się swędzenia i nie drapać twarzy, łącznie z wiązaniem rąk! W nocy jednak nie kontrolowałam moich bezwarunkowych odruchów i budziłam się z otwartymi ranami na twarzy, z których sączyła się krew...

Widok był tak paskudny, jak tylko możecie sobie wyobrazić. A może nawet gorszy... Na mój stan psychiczny wpłynęło to jeszcze gorzej. Poznawanie nowych ludzi było dla mnie prawdziwą tragedią. Miałam wrażenie, że patrząc na mnie, każdy zauważa mój problem. Z biegiem czasu i pogarszającymi się objawami stawałam się coraz bardziej zamknięta w sobie. Mało wychodziłam. W szkole nawet podczas odpowiedzi ustnych nie skupiałam się na dobrym wypadnięciu przed nauczycielem. Martwiłam się tylko tym, że wszyscy na mnie patrzą. Znienawidziłam moje odbicie w lustrze i starałam się w ogóle w nie nie patrzeć. Przechodząc obok luster, zasłaniałam twarz ręką. Nie wspominając nawet o zdjęciach, których nie pozwalałam sobie robić. Podczas uroczystości, gdy musiałam stanąć przed obiektywem, zawsze wybierałam miejsce z tyłu, by nikt nie musiał mnie oglądać. Tylko ja wiem, ile razy zamykałam się w łazience i płakałam nad tym, jak wyglądam. Na moje nieszczęście łzy powodowały jeszcze bardziej zaognione plamy, więc płakałam jeszcze bardziej.

Pewnego dnia, gdy było już bardzo źle, moja mama postanowiła zapisać mnie do poleconego jej lekarza prywatnego. Czekałam na tę wizytę jak na zbawienie. Podczas wywiadu lekarskiego opowiedziałam wszystko, co zauważyłam na przestrzeni 6 lat zmagania się z tym paskudztwem. Nie obyło się oczywiście bez emocji. Pani Doktor jedynie uśmiechnęła się z politowaniem i powiedziała, że gdy tylko weszłam, gołym okiem widać było, co mi dolega. Po dokładnym obejrzeniu moich symptomów w powiększeniu nastąpiła diagnoza: Łojotokowe Zapalenie Skóry (ŁZS). W pewnym sensie nieco mi ulżyło, bo przynajmniej wiedziałam, co mi jest. Specjalistą w tej dziedzinie nie jestem, lecz chciałabym krótko wyjaśnić Wam, na czym polega ta choroba.

ŁZS to choroba skóry, która objawia się widocznym zaczerwienieniem na twarzy, które umiejscowione jest na policzkach, w dużej mierze wokół nosa, tworząc kształt motyla. Istnieją różne stadia choroby, które wiążą się również z intensywnością zaczerwienienia i miejscami występowania (choroba objąć może również skórę głowy, plecy, dekolt, uszy itp.). Owy stan zapalny charakteryzuje się także nadmiernym złuszczaniem naskórka. Choroba ta nie jest uleczalna. Jej objawy można jedynie zaleczyć i wprowadzić schorzenie w stan uśpienia. W każdym momencie może jednak nastąpić nawrót. 


Spytacie o przyczyny? Sama wielokrotnie pytałam, dlaczego akurat mnie to spotkało. Odpowiedź nie będzie satysfakcjonująca. Nie wiadomo, dlaczego właściwie się ona pojawia u pewnej grupy osób. Istnieją różne teorie: jedni twierdza, że odpowiedzialna jest za to wzmożona aktywności gruczołów łojowych, inni – nieprawidłowy skład łoju, a nawet zaburzenia układu odpornościowego. Może być to także wina drożdżaków – baterii, które wchodzą w skład naturalnej flory bakteryjnej zdrowego człowieka. U osób chorych wywołują one jednak tak okropne rumienie. Na spotkaniu z lekarzem zostałam poinformowana, jakie czynniki wzmagają objawy choroby. Zaliczają się do nich: nieprawidłowa dieta, palenie papierosów, alkohol, nadmierne eksponowanie twarzy na działanie promieni słonecznych, zanieczyszczenie środowiska i przede wszystkim stres, którego przecież nie jesteśmy w stanie wyeliminować.





















Gdy usłyszałam, że postać mojej choroby nie jest jeszcze najgorsza, a mój przypadek został zakwalifikowany jako lekki, prawie spadłam z krzesła. Została mi wyjaśniona dokładna procedura leczenia choroby. Miałam do wyboru leczenie tańsze i droższe. Pierwsza z przepisanych mi maści kosztowała zaledwie 10 zł (nazwy niestety nie pamiętam), ale zostałam uprzedzona, że może ona nie przynieść żadnego rezultatu. Mimo wszystko postanowiłam spróbować. Faktycznie, nie zadziałała. Drugi lek okazał się być moim wybawieniem. Zaczęłam używać maści Protopic 0,1% według zaleceń lekarki: odrobinę maści (wielkości grochu) rozsmarowywałam w chore miejsca na twarzy. Dodatkowo przyjmowałam kwasy Omega 3 i probiotyki. Już po tygodniu widziałam pierwsze efekty, a po miesiącu moja twarz wyglądała, jak gdyby nigdy nic mi nie dolegało.


Tak, jak wspominałam, tej choroby nie da się wyleczyć, więc od tamtej pory, już kilka razy zdarzył mi się jej nawrot. Objawy nie były jednak bardzo widoczne, a potraktowane odpowiednio szybko wymienioną maścią natychmiast znikały. Może wydać się to śmieszne, ale w walce z ŁZS najbardziej chyba pomogła mi przeprowadzka do Szwajcarii, gdzie prawie w ogóle nie występują u mnie żadne symptomy. Powracają one jednak, gdy bywam w Polsce i używam zwykłej wody z kranu czy jem lokalne jedzenie.

Póki co jestem w fazie uśpienia. Rumienie nie występują u mnie. Jedyny problem, jaki mam to nawracający łupież, który jest skutkiem występowania tej choroby na skórze głowy. Sytuacja na twarzy poprawiła się na tyle, że mogę używać większości kosmetyków, a moja skóra znosi je tak samo jak skóra zdrowego człowieka. I mam nadzieję, że tak pozostanie!

czwartek, 12 października 2017

Szwajcarskie zamki: Zamek Lenzburg

Ostatnio odkryłam, że na moim laptopie kryją się jeszcze zdjęcia, których nie widzieliście. Pochodzą one z naszego pobytu w jednym z okolicznych zamków. Dokładnie pamiętam ten dzień. Mieliśmy ogromną ochotę gdzieś pojechać, lecz pogoda była paskudna, co nieco nas ograniczało. Gdy już porzuciliśmy jakąkolwiek nadzieję na wyjazd, popołudniu wyszło słońce. Nie chcieliśmy marnować czasu na długie dojazdy, dlatego szukaliśmy jakiegoś celu w okolicy. Wybór padł właśnie na zamek w Lenzburgu, który nieraz mijaliśmy (jest on doskonale widoczny z autostrady, która prowadzi do naszej miejscowości), lecz nigdy nie skręciliśmy w tę stronę.

Zapraszam na relację z kolejnego szwajcarskiego zamku!

























Dojazd do zamku jest nieco utrudniony. Mimo że zamek jest umiejscowiony na wzgórzu i widać go z daleka, wąskie uliczki nie doprowadzają nas do jego bram. Podjeżdżając od naszej strony, musieliśmy zostawić auto na bezpłatnym parkingu przy ulicy. Od zamku dzieliło nas jakieś pół kilometra pod górkę.

Zamek na górce robi w całości spore wrażenie. Patrząc na to piękne niebo, aż trudno uwierzyć, że całe przedpołudnie było deszczowe. 


Dojście do celu nie było zbyt wyczerpujące, tym bardziej ze przez cały czas otaczała nas bujna roślinność.








Po wejściu na górę ukazał nam się napis Burg Waldegg, a za nią kryła się miniatura zamku – plac zabaw dla dzieci.
























Godziny otwarcia:
Sezon trwa od 1. kwietnia do 31. października
od wtorku do niedzieli: 10 – 17

Cena wstępu:
zamek + muzeum: 14 fr.
tylko zamek: 5 fr.





Zamek Lenzburg zalicza się do jednych z najstarszych zamków Szwajcarii. Znajduje się on dokładnie nad Starym Miastem w mieście Lenzburg i położony jest na wzgórzu na wysokości 508 m. Czas wzniesienia tej budowli datuje się na XI w.



Początkowo znajdował się on w posiadaniu rodu Staufer, następnie Kyburg. Na przełomie XIII i XIV wieku przeszedł on w posiadanie Habsburgów. Podczas ich panowania budynek został powiększony o bramę i dom rycerski. W 1442 roku na zamku zamieszkał właściciel pochodzący z Berna. Dzięki jego obecności część pomieszczeń została przebudowana na styl berneński. 


























Po założeniu kantonu Aargau w 1803 r. budowla przeszła na własność państwa. W 1823 roku została wynajęta przez pedagoga, który stworzył tam szkołę dla chłopców. Po jego śmierci zamek „wędrował” z ręki do ręki: od poety, przez Amerykanina, na badaczu polarnym kończąc. Od 1956 r. miasto Lenzburg ponownie przejęło zamek. Całość została odrestaurowana i udostępniona do publicznego zwiedzania.


Kompleks składa się z 7 widocznych na zdjęciach budynków, które powstawały od XII do XVIII wieku. Są one ustawione w kształcie podkowy wzdłuż głównego dziedzińca. Wśród nich dominują style: gotycki i barokowy. Zamek jest utrzymany w bardzo dobrym stanie. Próby czasu nie przetrwało jednak kilka pomieszczeń tj. piekarnia, pralnia, pokój zabaw czy stróżówka.




W środku zamku znajduje się masa muzealnych eksponatów i pięknie udekorowane pokoje z cudownie zachowanymi meblami i detalami godnymi wrażenia. Jeśli ktoś zamierza wejść na teren zamku, to nie powinien odpuścić sobie zobaczenia wnętrz, które pod względem dekoratorskim są prawdziwym majstersztykiem. Zdecydowanie można w nich poczuć klimat dawnego zamku.

Dom rycerski utrzymany jest w późnogotyckim stylu. Pochodzi z XIV wieku i jest reprezentacyjnym pomieszczeniem zamku. Ma on charakter budynku świeckiego, a obecnie używany jest często do organizacji imprez firmowych. Całość składa się z dwóch sal rycerskich: w jednej z nich znajdują się interaktywne eksponaty w formie quizu. Ta część zamku połączona jest z dziedzińcem, przez co stanowi świetną platformę dla wydarzeń kulturowych. Można je także wynająć do prywatnych uroczystości.





Ciekawym pomieszczeniem jest z pewnością znajdujące się we wschodnim skrzydle wiezienie z 2 oryginalnymi celami z XVII w. Dodatkiem do tej mrocznej aury jest postać śpiącego stróża, więźniowie w celach i zachowane narzędzia tortur.





Osobiście najbardziej podobało mi się zwiedzanie pomieszczeń mieszkalnych. W skład muzeum wchodzą jednakże nie tylko one. W cenie rozszerzonego biletu zwiedzić można również zbiory historyczne, sezonowe wystawy oraz muzeum dziecięce. W ostatnim punkcie wycieczki znajduje się mnóstwo atrakcji dla najmłodszych m.in. przebranie się w stroje inspirowane każdym stuleciem istnienia zamku.

Zamkowa kuchnia utrzymała swoje pierwotne położenie, a całość do dziś zachowała swój średniowieczny charakter. Na miejscu podpatrzeć można średniowieczną kuchenkę i dmuchawę. Po wejściu do pomieszczenia słychać odgłosy kładzionych na stole talerzy, gotującej się wody i krzątania po kuchni. Ponadto przyjrzeć można się tam oryginalnym przyborom kuchennym oraz naczyniom. Na głównym stole kuchennym widać, że dużo się dzieje.





























W pomieszczeniu obok kuchni stał z kolei piec kaflowy, przybory do polowania oraz kilka okazów. Wśród nich: skóra niedźwiedzia.




Wchodząc do salonu, ma się wrażenie, jak gdyby naprawdę wchodziło się do zamieszkałego domu. Na środku stoją krzesła, obszyte zieloną, połyskującą tkaniną. Mały stoliczek pośrodku wręcz zachęca do skosztowania kawy z porcelanowych filiżanek. Widoczny w tym miejscu piec jest oryginałem pochodzącym z XIV wieku. Na uwagę zasługują również ozdobne tkaniny na ścianach.




























Jednak to w tym pomieszczeniu zakochałam się po uszy! Przepiękne detale w stylu rokoko spowodowały, że nie chciałam stamtąd wychodzić. Kobieca sypialnia z łóżkiem z baldachimem i dołączona do niej łazienka to miejsce, w którym nawet mogłabym zamieszkać. Przepiękne ramy luster, toaletka. W dodatku był to jedyny jasny pokój w zamku. Zresztą zobaczcie same!



























Łazienka również przykuwa wzrok swoimi detalami. Wśród nich wypatrzyć można takie perełki jak np. złote szczoteczki do zębów.





 Muzealne detale:








W samym środku zamku znajduje się duży dziedziniec z mnóstwem zieleni, miejscem do odpoczynku i ogrodem. Dziedziniec ma w dużej mierze charakter edukacyjny. Cyklicznie odbywają się na nim bowiem lekcje historii dla klas szkolnych, podczas których najmłodsi przygotowują wspólnie średniowieczny posiłek. Piękny ogród zamkowy powstał w roku 1900 i oferuje zwiedzającym idylliczną atmosferę. Podziwiać można w nim fantazyjnie rozmieszczone gatunki roślin. Do wejścia zapraszają ozdobne drzwi.










Z ogrodu z łatwością można przedostać się na taras widokowy, z którego rozpościera się widok na okolice miasta. 































Po skończonym zwiedzaniu obeszliśmy jeszcze wzgórze dookoła, by poczuć odrobinę sielskiego klimatu tego miejsca.






Czy ten wypad nam się podobał? Zdecydowanie tak! Nie sądziłam, że tak blisko domu mamy tak piękne miejsce. W końcu po latach tam dotarliśmy i cieszymy się, że mogliśmy zobaczyć te wspaniałości, które oferuje zamek. Z czystym sercem polecamy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...